Dzisiaj postanowiłam wybrać się na zniszczone tereny, bowiem magowie ziemi mogą tam czegoś doświadczyć. Ziemia i roślinki, w sumie to może nawet wodnych natchnie na odkrywanie mocy? W końcu to oni są odpowiedzialni za ożywanie i leczenie, chociaż czy to będzie działać też na florę? Nie jestem pewna, można spróbować.
Spokojnym krokiem zmierzałam ku miejscu zbiórki, bowiem nasze sale lekcyjne nie były jeszcze zdatne do użytku, aż tu nagle zza jednego korytarza wyszedł wilk... czarny basior. Już miałam na niego krzyczeć, żeby przestał mnie śledzić, kiedy zorientowałam się, że to ktoś inny. Nie mamy tu wiele czarnych samców, tak samo jak i samic, więc musi to być ktoś nowy.
- Cześć. Zgubiłeś się? - zapytałam łagodnym tonem głosu, przyglądając mu się nieco uważniej.
Ingrate
A więc, przedzierałem się przez błonie. Wolnym, ciężkim krokiem, bowiem bardzo zaczęło brakować mi siły. Może to przez to powietrze? Jest ciężkie. I dosyć zimne. Chyba zbiera się na deszcz, bo niebo jest całe zasnute siwymi chmurami. Już z lekka kropi. Ale to dobrze, naprawdę dobrze, taka aura idealnie pasuje do mojego dzisiejszego nastroju. W sumie, nie dzisiejszego. To chyba taki dłuższy stan. Ale kogo to obchodzi, po co ja miałbym się nad sobą użalać? Co się skończyło, to skończyło.Rozglądałem się w około. Teraz szedłem przez taką dużą polanę, w oddali majaczyły jakieś drzewka, pagórki... Nie wiem, gdzie właściwie trafiłem, ale powiem, że dosyć tu brzydko. Wszystko gnije. Trawa jest brzydka, mało jej na czarnej, pofalowanej ziemi... Drzewa leżą połamane, zaczynają już się rozkładać, śmierdzi wokół wilgocią i zgnilizną. Wygląda, jakby tutaj przeszła powódź. Albo tornado. Albo oba naraz. A i jeszcze ten rozwalony (albo na wpół zbudowany, w sumie nie wiem) pałacyk na horyzoncie. Co to właściwie jest za budowla? Trzeba sprawdzić. Właśnie tam szedłem.
Drogę przez gaik pokonałem szybko, i zaraz stanąłem u wrót pałacu. Okej, raz dwa, szybko wspiąłem się po kamiennych schodach, na których znajdowało się kilka pęknięć i mocą telekinezy otworzyłem z rozmachem ogromne, drewniane wrota. Te wyglądają akurat na nowe. Hmm... W środku widziałem kamienne korytarze, wszędzie dużo drzwi. Na ścianach wisiały jakieś prowizoryczne ozdoby, jakby ktoś chciał na szybko ocieplić wnętrze. Ruszyłem długim korytarzem, ostrożnie stawiając łapy, nie wiedziałem bowiem, czy stare zamczysko nie jest przypadkiem zamieszkiwane.
Było. Bo nagle usłyszałem za sobą czyjś głos.
Całe życie ćwiczyłem, jak utrzymać spokój i opanowanie, ale i tak prawie podskoczyłem na miejscu. Zjeżyła mi się sierść na karku, instynktownie obnażyłem kły i lekkim, błyskawicznym ruchem zrobiłem obrót o sto osiemdziesiąt stopni, by ujrzeć tajemniczą istotę. A to była wadera o rudej sierści. Z jednej strony okej, nikt groźny, do tego jeszcze płeć piękna... Matko moja świętej pamięci, jak dawno nie spotkałem żadnej panienki. Tylko, że... Tylko... co ona tutaj robi? Zmierzyłem ją wzrokiem, od łap, kończąc na jej oczach, a w tych ujrzałem, że czekała na odpowiedź. Ale ja... Aha. Czy się zgubiłem. Nie, w sumie, to nie, ciężko się zgubić, jak się podróżuje tylko bez celu i wcale nie ma się domu. A może... może ruszę sobie teraz gdzieś na północ? Wiesz, lasy grube i wielkie, śnieżek, zorze polarne? Zaaaraz, było pytanie.
- Nie, ale bardzo miło, że pytasz. A czy to twój zameczek, rudy kojocie mój piękny?
Chciałem wiedzieć wszystko o tym miejscu, czułem się w tej krainie trochę zagubiony... Myślałem, że to opuszczone.
Foxy
Kojocie? Czy on mi czasem nie ubliża? Czy ja wyglądam jak jakiś marny kojot?! Nie, nie wyglądam! Jestem wilczycą czystej krwi. Dobra, nie denerwuj się Foxy, to tylko marny samiec, taki jak każdy inny. W dodatku jakiś nowy. Każdy głupi wie, że zamek to posiadłość króla, który jedynie udostępnia nam komnaty. - Nie tylko mój. - odparłam, zastanawiając się nad tym, jakim cudem on tu wszedł, nie widząc nikogo po drodze. Co jak co, ale to dość uczęszczany teren. A strażnicy? Zawsze wszystkich łapią nim ci zdążą wejść do środka, zwłaszcza jak ktoś jest nowy, a tymczasem... nic? A może on ich zabił? Nie, tak to by wiedział, że nie jestem tutaj sama i nie zadawałby głupich pytań. Chociaż, mógł ich zabić, a teraz spotyka mnie w środku i pyta czy jestem cesarzową. Kurde, naprawdę? Myślę o zabijaniu, kiedy tak naprawdę nikt nikogo nie zabija? Coś z nim jest nie tak, inaczej energia nie pokierowałby mych myśli na te tory.
- Nie wiem jak udało ci się tutaj wejść, nie zastając strażników przy wrotach, tym bardziej przy murach zamku, ale jakbyś chciał wiedzieć, jesteś na terenie Arcanterry. - oznajmiłam, przypominając sobie, że mury to tak naprawdę ruina. Jeszcze ich nie odnowiliśmy, więc mógł się przemknąć przez jakąś szczelinę.
Ingrate
Parsknąłem pogardliwym śmiechem. Co mnie obchodzi, jak mój płomiennowłosy kojot nazwał swój zameczek, na co mi ta jego nazwa? Ale, ale, zaraz, może być też tak, że ta Arcantera to nie nazwa budynku, może to jakaś ich samica Alfa, i że w sensie to jej teren. Albo to mój kojot ma tak na imię, a przez problemy psychiczne lubi mówić o sobie w trzeciej osobie i przez tą samą chorobę ubzdurał sobie, że to jego ziemia. Tyle opcji. Trzeba to przemyśleć. Hmm... HMM... Po chwili wnikliwej analizy opcja druga, ta z samicą Alfa o imieniu Arcantera wydała mi się być najbardziej prawdopodobna. W końcu zawsze jest jakaś Alfa. Nawet w moim rodzinnym stadzie. Ohh...- Prowadź mnie więc, o stworzeniu pustynne, przed oblicze twojej władczyni, wielkiej pani Arcantery. Chciałbym zamienić z nią słówko. A swoją drogą, czy dobrze wam się żyje pod jej władzą? Czy nigdy nie myśleliście o rewolucji?
A ruda zrobiła takie oczy, jakbym powiedział coś niezwykle głupiego, i jakby miała zaraz wybuchnąć śmiechem.
Foxy
Czarny basior był całkiem zabawny, nie wiem czy robił to specjalnie czy może po prostu jego niewiedza sprawił iż stał się komikiem. Słuchając go uważniej, wybuchnęłam śmiechem. Mojej władczyni? Póki co to jej nie mamy i lepiej niech tak zostanie... do czasu aż ten rudzielec się zakocha w kimś lepszym, czyli we mnie. Muszę tylko zgarnąć ten cholerny eliksir czy no nie wiem... zrobić coś! - Władczyni? - zapytałam, po czym zaśmiałam się.
- Póki co to jej nie mamy, ale to się niedługo zmieni i będziesz mógł się tak zwracać do mnie. - oznajmiłam słodkim tonem głosu, udając księżniczkę.
- Możesz poznać cesarza, który no cóż... nie wiem gdzie się znajduje. - dodałam po chwili, z wrednym uśmieszkiem.
Ingrate
Czekaj, bo ja chyba nie nadążam, teraz jest, że to facet im tu rządzi? I ma na imię Arcantera? Niby dziwne, żeby męskie imię kończyło się na taką literę, ale dobra, ja tu tylko turystą jestem, może mają inną kulturę? Przedyskutowałbym to, najlepiej z wyżej wymienionym Arcanterą. Pewnie godnie by mnie ugościł i zaprosił na dobrą herbatkę, opowiedział, jak tu się u niego żyje i co może mi zaoferować, jeśli zagoszczę chwilę w tym pięknym zameczku. A że ruda nie wie, gdzie on się znajduje, to nie ważne, sam go chyba znajdę. Najpewniej gdzieś tu siedzi, bo skoro to nie domek mojego kojota, to z całą pewnością został zagrabiony przez władzę. Westchnąłem ciężko, ale potem uśmiechnąłem się słodko do wadery.- Mam nadzieję, że jeszcze się kiedyś zobaczymy. - powiedziałem, po czym ruszyłem schodami w górę, szukając... Czeszarza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz