A więc, urodziłem się daleko stąd w olbrzymiej watasze, liczącej sobie chyba nieco mniej niż pół setki wilków. Nieźle, co?. Rodzicami moimi byli Chocono, czarna opiekunka szczeniąt i Lio, pospolity wojownik, obrońca terenów o wysokim wzroście i dość chudej budowie. Pamiętam tę parkę jako bardzo miłe, dobre i poczciwe wilczki, które starały się przekazać synkowi, czyli mnie, jak najwięcej tych pozytywnych wartości. W sumie to im się udało. A potem zmarli, kiedy miałem trochę ponad dwa lata. Nie było w tym nic dziwnego, żaden to spisek czy wypadek, po prostu syn im się urodził na jesieni życia (co może wyjaśniać, dlaczego jestem jedynakiem) i zanim dorósł, przyszedł po prostu ich czas. Długo nie mogłem się z tym pogodzić i czułem się strasznie samotny, więc jeszcze tego samego roku postanowiłem wybrać sobie stanowisko i zająć się pracą. Zostałem wojownikiem. Jednym z wielu, ot, taki szary szeregowy. Ze trzy lata później, czyli stosunkowo wcześnie wziąłem ślub z pewną piękną waderą należącą do mojego stada, którą znałem w sumie z widzenia. To była złotowłosa Amaya. Rok później urodziły nam się nawet dzieci - dwie waderki, Mirah i Lujayn oraz basiorek o imieniu Balay. I tak sobie żyłem, ale muszę przyznać, że byłem w tym życiu nieco nieszczęśliwy. Pracę miałem nudną, rodzina i stała partnerka już była, życie uważałem za już ustawione i w końcu, pewnego dnia zacząłem się... bawić. A wiecie jak? Wkręciłem się w zabijanie. Tak, zostałem mordercą na zlecenie. Taka dorywcza praca dawała mi ekscytację, zastrzyk adrenaliny, czyli to, czego potrzebowałem. Czułem, że żyję! Najpierw kończyłem z wilkami z okolicznych, sąsiędnich watah, ale potem, kiedy zaczęły już krążyć plotki, wilki z rodzinnego stada też kilka razy złożyły mi zlecenia na pozbycie się któregoś z sąsiadów. Oczywiście pozorowałem to wszystko na wypadki, zaginięcia, ale pewnego dnia moje brudne sprawy jednak wyszły na jaw. Zostałem poprowadzony przez sąd i cudem uniknąłem kary śmierci, na rzecz... wygnania. I kiedy odchodziłem tak wyklęty na oczach wszystkich członków stada, ujrzałem w tłumie twarz swojej ukochanej, dobrodusznej Amayi. I wtedy zrozumiałem swój błąd. Zrozumiałem, że powinien cieszyć się z tego co mam, być po prostu dobrym i skupić się na miłości i rodzinie, zamiast szukać wrażeń zagłębiając się w zło. Zacząłem żałować wszystkich złych czynów, ale było już za późno. Krzyknąłem jeszcze do niej głośne ,,Przepraszam'', ale ta odwróciła się ode mnie i wraz ze szczeniakami odeszła w głąb terenów. To naprawdę mnie złamało. Wygnany długo tułałem się po świecie, znajdowałem nowe watahy i opuszczałem je, po drodze jeszcze wiele razy wpadałem w koszmarne kłopoty, z rozpaczy i wyrzutów sumienia zacząłem... eh, mówią, że zacząłem szaleć, miałem jeszcze sporo przygód, ale to nie jest już historia na tę chwilę.
Płeć: Samiec
Kolor oczu: Złoty
Kolor sierści: Czarny
Wysokość: 82
Masa: 55
Imię: Ingrate
Przydomek: The Steadfast
Wiek: 7
Żywioł: Powietrze
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz