Obserwowałam drobinki kurzu latające w powietrzu w mej komnacie. Ot, małe, nie znaczące, widziane tylko w promieniach słońca. Takie jak ja. Mała, nic Nie znacząca i widziana tylko jak ktoś raczy skupić swą uwagę na mej personie. Na co mi to wszystko było? Ta przeklęta Arcanterra... Na co było to Olethrosowi? Mówi się; Tam gdzie wilków sześć, tam nie ma co jeść. (NOTE: W rodzimowierstwie duch składa się z trzech pomniejszych dusz). Tak mam już dosyć i tylko gniew czuję na myśl o... wszystkim.
- Zrobisz ty w końcu coś? Czy tak będziemy gnić po wsze czasy? - zwróciłam się do mego towarzysza. Pełni szczęścia już bym doznał gdybyś po dobrej woli się wyeksmitowała z tego ciała, ale ty oczywiście nie chcesz i do tego nawet nie współpracujesz! Nie znalazłaś mi Evangeliny, nie wróciłaś do Miejsca jak ci kazałem, do tego niszczysz ciało jakby w twoim interesie nie leżało nawet przeżycie i nie używasz swojego popierdolonego żywiołu! Gadka-szmatka. Wstałam z łoża, wzięłam torbę i wyszłam z komnaty, zamknąwszy za sobą drzwi.
- Nie mam żywiołu - warknęłam. Jak cię kto porządnie wkurwi to wtedy zobaczysz jak ty dopiero nie masz żywiołu. - Akurat ty jesteś w tym najlepszy.
Basior w końcu się zamknął i mogłam kontynuować spacer. Stąpając po zielonej trawie, zastanowiwszy się wprzódy gdzie pójść, skierowałam swe kroki ku królewskim ogrodom. Będąc już blisko posłyszałam śpiew jakiś i dźwięki wydawane przez jakiś instrument toteż żwawo wkroczyłam między rabaty i podążyłam ku muzyce. Taka sceneryja mi się objawiła: stary basior o szarej barwie grywał na instrumencie i śpiewał z uśmiechem krasnym a naokoło niego siedziało parę wilków zasłuchanych. Niestety zdążyłam tylko na ostatnie nuty, ale zawyłam z paroma wilkami co wiwat muzykantowi winszowali. On spakował instrument do torby nieopodal i spojrzał jakby badawczo po zebranych. Jak na mię spojrzał zerwał się z miejsca i z uśmieszkiem podszedł do mnie. Od razu skłonił się przede mną i przedstawił się ślicznie. Ale, ale! Nie może być, że starszy basior się przed młodszym kłania! Znikąd poczułam wstyd i skłoniłam tedy łeb.
Leria von Vero, tak się nazywam, Waćpanie. - mruknęłam speszona.
Ethen o dziwo okazał się być naprawdę miłym i nieco szalonym wilkiem jak na swój wiek. Czas z nim spędzony był bardzo przyjemny.
Trwające wątki
Połowa Arcanterry przepadła wraz z forum. Przepraszamy.
Blog oficjalnie nieczynny ;)
Blog oficjalnie nieczynny ;)
piątek, 28 kwietnia 2017
środa, 26 kwietnia 2017
Azriel - Nauka
Wiele z tego, co wiedziałem i mogłem powiedzieć Sorschy, już jej powiedziałem. W Górach, które uchodziły za nasz dom, pokazałem młodej waderze bezpieczne zakątki. Jednak dotąd moja córka widziała jedynie tę lepszą część Gór. Zdawałem sobie sprawę, że Sorscha marzy o zobaczeniu całej Arcanterry. Nie wiem, dlaczego ona miała jakiekolwiek marzenia. Nie mam pojęcia, dlaczego taka była. Po kim odziedziczyła taki charakter? Może i nie znałem dokładnie Evangeline, ale z tego, co widziałem, księżniczka była egoistyczną, rozpieszczoną waderą. W środku rozbita, na zewnątrz posępna i pozornie szczęśliwa. Ja byłem zamkniętym w sobie, cichym pesymistą. Chciałem za wszelką cenę uchronić Sorschę przed zobaczeniem, jak bezlitosne potrafi być życie. Wiedziałem, że izolowanie jej na dłuższą metę nie wystarczy. Może jeżeli pokażę młodej skrawek naszej krainy, przestanie nalegać na informacje o jej matce? Zdawałem sobie sprawę, że marne na to szanse, ale powinienem spróbować. Muszę przygotować ją na moment, w którym odejdę, a ona zostanie sama, by radzić sobie ze złem. Przynajmniej tak mogę ją chronić. Sorscha żyła ze mną w odległej grocie, umiejscowionej w mroźnych Górach, do granicy których nigdy się nie zbliżyła. W całym swoim życiu widziała zaledwie kilka wilków. Nie wiem, czy fizycznie była gotowa na tak długą podróż... Ale miałem absolutną pewność, że była na to gotowa psychicznie już od jakiegoś czasu.
Gdy spała, spakowałem najpotrzebniejsze nam rzeczy. Po świcie usiadłem przed jej posłaniem, w oczekiwaniu na moment, w której się obudzi. Ta nastąpiła krótką chwilę później - żadne z nas, ani ja, ani ona, nie należało do wilków lubiących długo wypoczywać.
- Sorscho? - odezwałem się cicho.
Kilka razy zamrugała szybko, po czym podniosła się i spojrzała na mnie.
- Wychodzisz? - zapytała z nadzieją. - Weźmiesz mnie ze sobą? Proszę, tato. Zgódź się, ten jeden raz!
- Sorscho. - zaśmiałem się lekko. - Tak, zgodzę. Już to zrobiłem. Idziemy.
Otworzyła szeroko oczy. Jej niewypowiedziane słowa zagościły na jej pyszczku ''spełnią się marzenia''. Rzuciłem jej spojrzenie wyrażające dezaprobatę i już miałem ją zganić za przesadne nadzieje... Jednak radość wadery sprawiła, że tylko pokręciłem głową. Po zejściu z Gór zmierzaliśmy w stronę Fluvius. Po drodze opowiadałem jej o żywiołach.
- W Arcanterrze są różne wilki. Jedne mają żywioł ognia, tak jak ja, inne władają powietrzem. Są wilki o żywiole ziemi i wilki o żywiole wody. Oprócz nich Arcanterrę zamieszkują wilki nieposiadające żywiołu. Takie jak ty.
Kiwnęła głową, mimo tego, że rozglądała się dokoła ciekawskim wzrokiem, a jednocześnie słuchała mojej opowieści. Nagle przed nami przeleciał motyl. Sorscha popatrzyła na mnie pytająco. No przecież - pierwszy raz widzi takie zwierzę.
- To motyl. W Górach ich nie ma, bo tam jest dla nich za zimno.
Ta istota, zwana ''motylem'', była piękna. Zachwyciło mnie, jak swobodnie się poruszała, jaka była barwna. Zdawała się być beztroska. Skoczyłam w jej stronę, ale ona uniosła się poza mój zasięg. Spróbowałam jeszcze raz do niej doskoczyć, ale ta latająca istota oddaliła się. Odwróciłam się w stronę ojca.
- Dlaczego nie chce się ze mną bawić? - zapytałam, tłumiąc przygnębienie spowodowane jej ucieczką.
- Sorscho, motyle nie bawią się z wilkami. Możemy je tylko oglądać i podziwiać.
Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić mojego ojca w roli wilka zachwycającego się motylem.
- Och. - westchnęłam.
Na nowo podjęliśmy długą wędrówkę, która z każdym kolejnym krokiem była dla mnie coraz bardziej męcząca. Nie sądziłam, że to będzie aż tak trudne. Ojciec w końcu przerwał opowieść o żywiołach - chyba dlatego, że zobaczył brak sił na moim pysku. Zapewne dostrzegł też wolniejsze tempo, chociaż i tak się do mnie dostosowywał.
- Stój. - szepnął po chwili i sam się zatrzymał. - Nie ruszaj się.
Momentalnie zamarłam, choć nie znałam przyczyny zatrzymania się. Czy to może być coś złego? Czy zmęczenie jest wystarczającym powodem do szeptania i stania w miejscu? Basior nakazał mi bezruch, toteż jedynie wodziłam wzrokiem na boki, zastanawiając się nad powodem słów ojca. Wkrótce między krzakami naprzeciwko ujrzeliśmy zająca o szarawym futerku. Takie zwierzęta, tyle że o białej sierści, widywałam już wiele razy. To o chodziło tacie! Widząc ofiarę od razu poczułam się głodna. Mój ojciec nie raz zabrał mnie na polowanie, nigdy jednak nie polowałam sama, lecz zawsze tylko się przyglądałam. Tym razem basior przechylił głowę w stronę zająca i spojrzał na mnie znacząco. Moja pierwsza ofiara! Spróbowałam naśladować ruchy ojca, gdy polował. To chyba było tak... Pochyliłam się i zaczęłam skradać, po czym przymierzyłam do skoku. Musi się udać i się uda! Wyskoczyłam z krzaków i przyszpiliłam łapami zwierzątko do ziemi. Wyrywało się i wydawało dźwięki, które określiłabym jako desperackie. Czy potrafię je zabić? Usłyszałam kroki, to tato podszedł do mnie. Rzucił spojrzenie na zająca, a potem przyjrzał się mi.
- Sorscho? - zapytał cichym głosem, jak to miał w zwyczaju. - Jeśli czujesz, że nie dasz rady, ja to zrobię.
Przełknęłam ślinę, nie spuszczając wzroku z mojej ofiary.
- Ja...
Basior usiadł, a jego wieczny chłód i opanowanie ustąpiły trochę miejsca dla łagodności i zrozumienia.
- My, wilki, jesteśmy drapieżnikami. Żywimy się innymi zwierzętami. Tak wygląda krąg życia, Sorscho. Zając zjada roślinę. Zająca zjada wilk. Tak funkcjonuje wszystko w naturze. Jedni żyją po to, by być ofiarami... Inni są po to, by na te ofiary polować. Zające są ofiarami. Jeśli ty go nie zabijesz, zrobi to ktoś inny. Ale ty zginiesz, jeśli nie będziesz jeść. - powiedział łagodnie. - Pierwsze zabójstwo, choćby pospolitego zająca, nigdy nie jest łatwe. Ja pierwszą ofiarę zabiłem z myślą o uszczęśliwieniu rodziny. Zrób to dla mnie, Sorscho, jeśli nie potrafisz tego zrobić dla siebie.
Zawsze chciałam, by ojciec był szczęśliwy, a on o tym dobrze wiedział. Zależało mi na jego szczęściu, bo wiedziałam, że wiele wycierpiał, chociaż nigdy o tym nie mówił i nic złego nie wspominał. W ogóle niezwykle niewiele wiedziałam jego przeszłości. Miałam jednak nadzieję, że gdy się cieszył, nie zadręczał się smutnymi myślami. Chciałam też, by był ze mnie dumny. Toteż nie zastanawiałam się dłużej i zabiłam pierwsze stworzenie w swoim życiu.
Gdy spała, spakowałem najpotrzebniejsze nam rzeczy. Po świcie usiadłem przed jej posłaniem, w oczekiwaniu na moment, w której się obudzi. Ta nastąpiła krótką chwilę później - żadne z nas, ani ja, ani ona, nie należało do wilków lubiących długo wypoczywać.
- Sorscho? - odezwałem się cicho.
Kilka razy zamrugała szybko, po czym podniosła się i spojrzała na mnie.
- Wychodzisz? - zapytała z nadzieją. - Weźmiesz mnie ze sobą? Proszę, tato. Zgódź się, ten jeden raz!
- Sorscho. - zaśmiałem się lekko. - Tak, zgodzę. Już to zrobiłem. Idziemy.
Otworzyła szeroko oczy. Jej niewypowiedziane słowa zagościły na jej pyszczku ''spełnią się marzenia''. Rzuciłem jej spojrzenie wyrażające dezaprobatę i już miałem ją zganić za przesadne nadzieje... Jednak radość wadery sprawiła, że tylko pokręciłem głową. Po zejściu z Gór zmierzaliśmy w stronę Fluvius. Po drodze opowiadałem jej o żywiołach.
- W Arcanterrze są różne wilki. Jedne mają żywioł ognia, tak jak ja, inne władają powietrzem. Są wilki o żywiole ziemi i wilki o żywiole wody. Oprócz nich Arcanterrę zamieszkują wilki nieposiadające żywiołu. Takie jak ty.
Kiwnęła głową, mimo tego, że rozglądała się dokoła ciekawskim wzrokiem, a jednocześnie słuchała mojej opowieści. Nagle przed nami przeleciał motyl. Sorscha popatrzyła na mnie pytająco. No przecież - pierwszy raz widzi takie zwierzę.
- To motyl. W Górach ich nie ma, bo tam jest dla nich za zimno.
Sorscha
- Rozumiem. - odpowiedziałam.Ta istota, zwana ''motylem'', była piękna. Zachwyciło mnie, jak swobodnie się poruszała, jaka była barwna. Zdawała się być beztroska. Skoczyłam w jej stronę, ale ona uniosła się poza mój zasięg. Spróbowałam jeszcze raz do niej doskoczyć, ale ta latająca istota oddaliła się. Odwróciłam się w stronę ojca.
- Dlaczego nie chce się ze mną bawić? - zapytałam, tłumiąc przygnębienie spowodowane jej ucieczką.
- Sorscho, motyle nie bawią się z wilkami. Możemy je tylko oglądać i podziwiać.
Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić mojego ojca w roli wilka zachwycającego się motylem.
- Och. - westchnęłam.
Na nowo podjęliśmy długą wędrówkę, która z każdym kolejnym krokiem była dla mnie coraz bardziej męcząca. Nie sądziłam, że to będzie aż tak trudne. Ojciec w końcu przerwał opowieść o żywiołach - chyba dlatego, że zobaczył brak sił na moim pysku. Zapewne dostrzegł też wolniejsze tempo, chociaż i tak się do mnie dostosowywał.
- Stój. - szepnął po chwili i sam się zatrzymał. - Nie ruszaj się.
Momentalnie zamarłam, choć nie znałam przyczyny zatrzymania się. Czy to może być coś złego? Czy zmęczenie jest wystarczającym powodem do szeptania i stania w miejscu? Basior nakazał mi bezruch, toteż jedynie wodziłam wzrokiem na boki, zastanawiając się nad powodem słów ojca. Wkrótce między krzakami naprzeciwko ujrzeliśmy zająca o szarawym futerku. Takie zwierzęta, tyle że o białej sierści, widywałam już wiele razy. To o chodziło tacie! Widząc ofiarę od razu poczułam się głodna. Mój ojciec nie raz zabrał mnie na polowanie, nigdy jednak nie polowałam sama, lecz zawsze tylko się przyglądałam. Tym razem basior przechylił głowę w stronę zająca i spojrzał na mnie znacząco. Moja pierwsza ofiara! Spróbowałam naśladować ruchy ojca, gdy polował. To chyba było tak... Pochyliłam się i zaczęłam skradać, po czym przymierzyłam do skoku. Musi się udać i się uda! Wyskoczyłam z krzaków i przyszpiliłam łapami zwierzątko do ziemi. Wyrywało się i wydawało dźwięki, które określiłabym jako desperackie. Czy potrafię je zabić? Usłyszałam kroki, to tato podszedł do mnie. Rzucił spojrzenie na zająca, a potem przyjrzał się mi.
- Sorscho? - zapytał cichym głosem, jak to miał w zwyczaju. - Jeśli czujesz, że nie dasz rady, ja to zrobię.
Przełknęłam ślinę, nie spuszczając wzroku z mojej ofiary.
- Ja...
Basior usiadł, a jego wieczny chłód i opanowanie ustąpiły trochę miejsca dla łagodności i zrozumienia.
- My, wilki, jesteśmy drapieżnikami. Żywimy się innymi zwierzętami. Tak wygląda krąg życia, Sorscho. Zając zjada roślinę. Zająca zjada wilk. Tak funkcjonuje wszystko w naturze. Jedni żyją po to, by być ofiarami... Inni są po to, by na te ofiary polować. Zające są ofiarami. Jeśli ty go nie zabijesz, zrobi to ktoś inny. Ale ty zginiesz, jeśli nie będziesz jeść. - powiedział łagodnie. - Pierwsze zabójstwo, choćby pospolitego zająca, nigdy nie jest łatwe. Ja pierwszą ofiarę zabiłem z myślą o uszczęśliwieniu rodziny. Zrób to dla mnie, Sorscho, jeśli nie potrafisz tego zrobić dla siebie.
Zawsze chciałam, by ojciec był szczęśliwy, a on o tym dobrze wiedział. Zależało mi na jego szczęściu, bo wiedziałam, że wiele wycierpiał, chociaż nigdy o tym nie mówił i nic złego nie wspominał. W ogóle niezwykle niewiele wiedziałam jego przeszłości. Miałam jednak nadzieję, że gdy się cieszył, nie zadręczał się smutnymi myślami. Chciałam też, by był ze mnie dumny. Toteż nie zastanawiałam się dłużej i zabiłam pierwsze stworzenie w swoim życiu.
wtorek, 25 kwietnia 2017
Soovimatu - Szczęście
O dziwo, dzisiaj udało mi się wstać wcześniej niż moja ukochana. Nadal w głowie mam dzień naszego ślubu i tą pamiętną noc. To było coś naprawdę wyjątkowego, a skala mojego szczęścia nie przestaje rosnąć. Czasem żałuję, że nie jestem w stanie wymyślić nowych słów by to wszystko opisać, a jednocześnie by te słowa były tak piękne jak wyjątkowy, magiczny, cudotwórczy, nieziemski czy ponadprzeciętny. Mało, ciągle mi jej mało.
Spoglądałem na czarną piękność leżącą obok mnie i tulącą się w rude futro. Była taka urocza, że aż łza pojawiła się w moim oku. Czy to nie śmieszne, że chce mi się płakać, chociaż wszystko jest takie cudowne? Chce płakać ze szczęścia, bo nie znam innych emocji tak silnych jak słone kropelki delikatnie spływające po pysku. Częściej kojarzone negatywnie i to właśnie pokazuje jak bardzo brakuje nam w tym świecie miłości.
- Nie śpisz już? - powiedziała zaspana wadera, przeciągając się i kładąc przednie łapy na moim boku.
- Tak jakoś wyszło. - polizałem ją na powitanie, po czym dodałem, że ją kocham.
- Też cię kocham. - uśmiechnęła się do mnie i zaczęła błądzić pyskiem po mym futrze, jednocześnie merdając wesoło ogonem. Oczywiście odwzajemniłem ten gest.
- To na co masz dzisiaj ochotę? Znowu gryzonie? - zapytałem, zanim jeszcze wstaliśmy z posłania. Czasami zdarzało nam się tak leżeć i rozmawiać przed obowiązkami, jednak no cóż... nie zawsze zdążyłem wstać. Wadera nie miała w zwyczaju czekać na mnie jak się obudzę, zawsze powtarzała, że jestem tak słodki, że aż szkoda budzić.
- Dzisiaj chyba coś innego, ostatnio gryzonie mi się przejadły. - zaśmiała się. Taką właśnie kochałem ją najbardziej i starałem się, by tak było zawsze. Radosna i szczęśliwa, taka jakiej jej nie znałem wcześniej. A najgorsze może być to, że mogłem po prostu tego nie widzieć i jeśli tak było, żałuję. Straciłem naprawdę wiele.
Po śniadaniu zmierzaliśmy do swoich pracowni, znaczy się ona miała pracownię, ja raczej komnatę radości. Szczenięta to coś, co nadaje naszemu życiu sens. Kochałem moją pracę i kto wie, może my też się doczekamy własnych puchatych słodkości? Muszę częściej odwiedzać bibliotekę, by naszykować się na masę trudnych pytań, chociaż... już jestem nimi obsypywany. Jak czegoś nie jestem w stanie wytłumaczyć to wystarczy propozycja zabawy i pytanie jakby gdzieś wyparowywało. To naprawdę słodkie.
- Miłej pracy kochanie. - polizała mnie w policzek i zniknęła za drzwiami. Jej komnata znajdowała się niedaleko stołówki i sali medycznej, natomiast moja była na drugim końcu zamku. Zaraz przy innych salach lekcyjnych... z których nie dobiega dźwięk wściekłej rudej wadery. Foxy. Ehh...
Wieczorem naszykowałem romantyczną kolację przy świecach. Znalazłem jaśmin i rozsypałem po komnacie, chociaż wiem, że pierwsze co jej przyjdzie na myśl to, że ktoś będzie musiał to posprzątać. Wziąłem też bażanty ze stołówki, skoro już gryzonie jej się przejadły, no i oczywiście czysta, górska woda z drewnianych miskach. Mam też sok z Gokuune, chociaż on nie jest nam do niczego potrzebny, bowiem świetnie spędzamy czas ze sobą.
Czekałem, nadal czekałem a jej nie było. Dziwne, ponieważ nigdy się nie spóźniała, była na czas... może coś jej się stało? Już zacząłem panikować, kiedy drzwi się otworzyły, a zaraz potem zobaczyłem to lśniące czarne futerko. Kamień z serca!
- Martwiłem się. Coś się stało? - zapytałem z troską, podchodząc do mej ukochanej, by móc jej dotknąć.
- A jak bardzo chciałbyś, żeby coś się stało? - zapytała z uśmiechem, co mnie zdezorientowało.
- Oczywiście, że nie chciałbym. Nie mógłbym żyć bez ciebie. - odparłem bez zastanowienia.
- A gdyby tak... - zamilkła i skierowała wzrok na swoje ciało. Widziałem też, że jest uśmiechnięta.
- Gdyby co? - zapytałem, nie rozumiejąc co się właściwie dzieje. Czy coś się stało w pracy? Jakiś eliksir jej zaszkodził?
- Byłoby nas więcej. - spojrzała na mnie, po czym wytłumaczyła, że jest w ciąży. Słysząc to, zamurowało mnie. Przez chwilę nie wiedziałem co czuję, to było tak... fantastyczne!
- Naprawdę!? - krzyknąłem radośnie i zacząłem wariować. Ogon latał z jednej strony na drugą, a pysk rwał się do wycia z radości. Naprawdę!? Będę tatą? Arcanusie! Wiedz, że kocham ciebie tak samo mocno, jak mój czarny sens życia! Dziękuję! Dziękuję! Dziękuję! To prawdziwy dar!
- Już, już, uspokój się. - zaśmiała się.
- Kocham Cię, wiesz? Czekaj! Co ja gadam! Kocham was. - mówiłem, prawie piszcząc, co naprawdę musiało wyglądać komiczne. Chciałem by wszyscy o tym wiedzieli, jednak zaraz dotarło do mnie, że wszyscy już wiedzą, bo to oni są dla mnie wszystkim.
Spoglądałem na czarną piękność leżącą obok mnie i tulącą się w rude futro. Była taka urocza, że aż łza pojawiła się w moim oku. Czy to nie śmieszne, że chce mi się płakać, chociaż wszystko jest takie cudowne? Chce płakać ze szczęścia, bo nie znam innych emocji tak silnych jak słone kropelki delikatnie spływające po pysku. Częściej kojarzone negatywnie i to właśnie pokazuje jak bardzo brakuje nam w tym świecie miłości.
- Nie śpisz już? - powiedziała zaspana wadera, przeciągając się i kładąc przednie łapy na moim boku.
- Tak jakoś wyszło. - polizałem ją na powitanie, po czym dodałem, że ją kocham.
- Też cię kocham. - uśmiechnęła się do mnie i zaczęła błądzić pyskiem po mym futrze, jednocześnie merdając wesoło ogonem. Oczywiście odwzajemniłem ten gest.
- To na co masz dzisiaj ochotę? Znowu gryzonie? - zapytałem, zanim jeszcze wstaliśmy z posłania. Czasami zdarzało nam się tak leżeć i rozmawiać przed obowiązkami, jednak no cóż... nie zawsze zdążyłem wstać. Wadera nie miała w zwyczaju czekać na mnie jak się obudzę, zawsze powtarzała, że jestem tak słodki, że aż szkoda budzić.
- Dzisiaj chyba coś innego, ostatnio gryzonie mi się przejadły. - zaśmiała się. Taką właśnie kochałem ją najbardziej i starałem się, by tak było zawsze. Radosna i szczęśliwa, taka jakiej jej nie znałem wcześniej. A najgorsze może być to, że mogłem po prostu tego nie widzieć i jeśli tak było, żałuję. Straciłem naprawdę wiele.
Po śniadaniu zmierzaliśmy do swoich pracowni, znaczy się ona miała pracownię, ja raczej komnatę radości. Szczenięta to coś, co nadaje naszemu życiu sens. Kochałem moją pracę i kto wie, może my też się doczekamy własnych puchatych słodkości? Muszę częściej odwiedzać bibliotekę, by naszykować się na masę trudnych pytań, chociaż... już jestem nimi obsypywany. Jak czegoś nie jestem w stanie wytłumaczyć to wystarczy propozycja zabawy i pytanie jakby gdzieś wyparowywało. To naprawdę słodkie.
- Miłej pracy kochanie. - polizała mnie w policzek i zniknęła za drzwiami. Jej komnata znajdowała się niedaleko stołówki i sali medycznej, natomiast moja była na drugim końcu zamku. Zaraz przy innych salach lekcyjnych... z których nie dobiega dźwięk wściekłej rudej wadery. Foxy. Ehh...
Wieczorem naszykowałem romantyczną kolację przy świecach. Znalazłem jaśmin i rozsypałem po komnacie, chociaż wiem, że pierwsze co jej przyjdzie na myśl to, że ktoś będzie musiał to posprzątać. Wziąłem też bażanty ze stołówki, skoro już gryzonie jej się przejadły, no i oczywiście czysta, górska woda z drewnianych miskach. Mam też sok z Gokuune, chociaż on nie jest nam do niczego potrzebny, bowiem świetnie spędzamy czas ze sobą.
Czekałem, nadal czekałem a jej nie było. Dziwne, ponieważ nigdy się nie spóźniała, była na czas... może coś jej się stało? Już zacząłem panikować, kiedy drzwi się otworzyły, a zaraz potem zobaczyłem to lśniące czarne futerko. Kamień z serca!
- Martwiłem się. Coś się stało? - zapytałem z troską, podchodząc do mej ukochanej, by móc jej dotknąć.
- A jak bardzo chciałbyś, żeby coś się stało? - zapytała z uśmiechem, co mnie zdezorientowało.
- Oczywiście, że nie chciałbym. Nie mógłbym żyć bez ciebie. - odparłem bez zastanowienia.
- A gdyby tak... - zamilkła i skierowała wzrok na swoje ciało. Widziałem też, że jest uśmiechnięta.
- Gdyby co? - zapytałem, nie rozumiejąc co się właściwie dzieje. Czy coś się stało w pracy? Jakiś eliksir jej zaszkodził?
- Byłoby nas więcej. - spojrzała na mnie, po czym wytłumaczyła, że jest w ciąży. Słysząc to, zamurowało mnie. Przez chwilę nie wiedziałem co czuję, to było tak... fantastyczne!
- Naprawdę!? - krzyknąłem radośnie i zacząłem wariować. Ogon latał z jednej strony na drugą, a pysk rwał się do wycia z radości. Naprawdę!? Będę tatą? Arcanusie! Wiedz, że kocham ciebie tak samo mocno, jak mój czarny sens życia! Dziękuję! Dziękuję! Dziękuję! To prawdziwy dar!
- Już, już, uspokój się. - zaśmiała się.
- Kocham Cię, wiesz? Czekaj! Co ja gadam! Kocham was. - mówiłem, prawie piszcząc, co naprawdę musiało wyglądać komiczne. Chciałem by wszyscy o tym wiedzieli, jednak zaraz dotarło do mnie, że wszyscy już wiedzą, bo to oni są dla mnie wszystkim.
sobota, 22 kwietnia 2017
Soovimatu - Ślubuję ci miłość, wierność...
Nadszedł ten piękny dzień, ten wyjątkowy i ten magiczny, ten do którego przygotowywałem się tak długo. Niczego bardziej nie pragnąłem i nie pragnę, jak jej. Czy można kochać kogoś tak bardzo, że żadne słowa tego nie opiszą? Żadne, nawet jakbym wymyślił słowo, które oddawałoby by wszystkie moje uczucia do niej, to byłoby to i tak za mało. Jest piękna, cudowna i niepowtarzalna. Codziennie kiedy się budzę, mówię jej, jak bardzo ją kocham, nawet wtedy, kiedy ona wstaje pierwsza i po cichu wymyka się z komnaty, by nie zbudzić mnie ze snu. Wspaniale jest być kochanym, ale jeszcze cudowniej jest kochać i widzieć uśmiech tej jednej, jedynej istoty. Ona nie zamieszkała w mym sercu... ona jest moim sercem. Lokatora można wyrzucić, ale bez serca nie da się żyć. Mimo wszystko, słowa te i tak są niczym w porównaniu z mym uczuciem, ale będę o tym myślał i będę jej to powtarzał. Nie można pozwolić by uczucie zgasło, a czasem tak się dzieje. Wilki się do siebie przyzwyczajają, a ta cała magia gdzieś zanika. Już nie czuje się dreszczy podczas dotykania, bo jest to coś... codziennego. Jednak ja myślę, że to nam nie grozi, bo z każdym dniem zakochuję się od nowa i każda czułość należy do tej pierwszej, tej wyjątkowej. Małe iskierki rozpalające moje uczucie i jeśli miałbym codziennie gasić ogień miłości, tylko po to bym pragnął jej jeszcze bardziej, bym tęsknił za jej cudownymi oczami, jej uśmiechem, dotykiem, bym pozwalał jej zapalać go na nowo, to gasiłbym go po stokroć.
Leżałem w łóżku sam, patrząc na sufit i rozmyślając o tym cudownym uczuciu. To jest nasz cel i bez tego bylibyśmy niczym ważnym. To miłość, dzięki niej się budzimy, polujemy, uczymy się, tworzymy... Oh, ja jak cię kocham, moja księżniczko.
Kiedy w końcu wstałem, udałem się najpierw do niej i nawet jakby poszła na poszukiwania zaginionego kwiatu na koniec świata, to nie zjadłbym śniadania, dopóki nie powiedziałbym jej tego. Jednak to mi nie grozi, bowiem była w swojej komnacie i przygotowywała eliksiry. Była bardzo skupiona na tym co robi, a ja tylko spoglądałem na nią i uśmiechałem się.
- O! Soovimatu. Nawet nie zauważyłam jak wszedłeś. - oznajmiła promiennie, podchodząc do mnie by mogła mnie polizać w pyszczek.
- Nie chciałem ci przeszkadzać. - odparłem z uśmiechem, a zaraz po tym zaburczało mi w brzuchu.
- Ktoś tu jest głodny. - zaśmiała się nadzwyczaj uroczo i potarła mój nosek, swoim.
- Właśnie się wybieram na stołówkę, ale zanim to zrobię, muszę ci coś powiedzieć. - oznajmiłem, udając poważnego.
- Coś się stało? - zapytała, lekko się ode mnie odsuwając i uważniej przypatrując.
- Kocham Cię, a to wciąż za mało. - oznajmiłem z uśmiechem, a wadera przytuliła się do mnie.
Chciałbym tulić ją bez końca, jednak natura wzywa. Wystarczy, że raz prawie bym ją stracił przez swoją głupotę, więc muszę dbać o siebie. Dla niej. Pożegnaliśmy się i poszedłem coś zjeść, zaraz po śniadaniu zabiorę się za ostateczne poprawki i widzimy się o zachodzie słońca, chociaż... mogłem to bardziej przemyśleć. Wschód słońca byłby bardziej odpowiedni, chociażby dlatego, że nasza miłość dopiero wchodzi. Ehh, teraz to już za późno Soovimatu.
Wybrałem się do komików, myśliwych i pochodziłem jeszcze po zamku, by dowiedzieć się jak idą przygotowania. W lesie też byłem przed całą uroczystością, żeby sprawdzić czy aby na pewno wszystko jest dobrze i nie ma żadnego zwiędłego kwiatu. Nie chcę przecież by taki mały element wszystko zepsuł. Nasze elementy też były na miejscu, kokardka i peleryna. W prawdzie u mnie trochę ten kolor się zleje i nie będzie za bardzo widać, ale za to do niej beżowy pasuje idealnie a jaśmin? Białe kwiaty czystości, poza tym idealny kontrast będą tworzyły z jej czarnym jak smoła futrem. Jak o tym wszystkim myślę, to aż ciepło mi się robi na sercu, a czasem to nawet ogień bucha.
Jeszcze tylko dopracuję moją iluzję i sprawdzę, czy posiadam wszystkie niezbędne składniki. Poprosiłem o nie magów i zielarzy, oczywiście prosiłem też by Sarissa o niczym nie wiedziała. Wszystko dopracowaliśmy wspólnie, bo aż tak się na tym nie znam. Zaklęcie też dopracowaliśmy! Jak to szło? "Aak Ahkriin Bonaar Drem, Bahlaan Bonaar Ensosin Fahdon, Jud Haas Du'ul". Żebym tylko niczego nie poknocił. Chcę jej pokazać, że jest mi przewodniczką życia, dodaje mi odwagi, jest jednocześnie przyjaciółką i światełkiem w tunelu, lekiem na wszelkie choroby i że codziennie oczarowuje mnie na nowo. Moja królowa dla chcę być godnym poddanym. Z tego co wiem, to zaklęcie pochodzi ze smoczego języka. Oh! Będzie cudownie!
W lesie byłem wcześniej niż Sarissa i ubrałem moją kokardkę, ja nie mogę jej zobaczyć w pelerynie wcześniej niż przed ołtarzem, dlatego niecierpliwie czekałem. Z tego wszystkiego aż ogon zaczął mi chodzić w obydwie strony. Muzyka zaczęła grać, a ja spoglądałem w stronę parawanu z kwiatów. Czekałem aż się odsłoni i w końcu ją ujrzę, jak będzie stąpała po białym dywanie z jaśminu w moją stronę, a wtedy dam znać magom i stworzymy iluzję, która zachwyci wszystkich. Serce waliło mi jak dzwon, a świat jakby zwolnił, jakby ciągnęło się to wieki, ale w końcu... odsłonili moją księżniczkę, najpiękniejszą i najwspanialszą. Chciałem patrzeć teraz tylko na nią, ale... zaklęcie. Znak.
- Aak Ahkriin Bonaar Drem, Bahlaan Bonaar Ensosin Fahdon, Jud Haas Du'ul. - wyszeptałem, a magowie zajęli się składnikami i dopowiedzeniami.
Wszystko dookoła jakby zgasło, a światło słoneczne padało tylko na nią, sprawiając, że lśniła niczym diament. Delikatne promienie słońca, odbijały się od białych kwiatów, a zaraz po tym te zamieniły się w białe motylki, które także lśniły. Miliony malutkich światełek wokół mej ukochanej, a każdy jej krok powodował, że z ziemi wyłaniały się stokrotki, które zaraz traciły swoje płatki. Wiatr unosił je i wirował, jakby tańczył, dodając do tego inne, kolorowe kwiaty. Wir miłości zatrzymał się nad nami, a płatki powolnie opadały... do tego ciepłe, przyjemne promienie słońca oświetlające polanę.
- Zebraliśmy się tutaj by połączyć Sarissę i Soovimatu świętym węzłem małżeńskim... - zaczął kapłan, a my patrzyliśmy na siebie jak zaczarowani.
- Ja Soovimatu biorę Ciebie Sarissę za żonę i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Arcanusie. - powiedziałem, czując w duszy coś, czego nie da się opisać. To było cudowne. A kiedy ona wypowiedziała te słowa, o mało co nie zemdlałem.
Przytuliliśmy się do siebie, a jeszcze działająca iluzja utworzyła żółte światła i oplotła nas nimi, by na końcu utworzyć nad naszymi głowami czerwone serce.
Leżałem w łóżku sam, patrząc na sufit i rozmyślając o tym cudownym uczuciu. To jest nasz cel i bez tego bylibyśmy niczym ważnym. To miłość, dzięki niej się budzimy, polujemy, uczymy się, tworzymy... Oh, ja jak cię kocham, moja księżniczko.
Kiedy w końcu wstałem, udałem się najpierw do niej i nawet jakby poszła na poszukiwania zaginionego kwiatu na koniec świata, to nie zjadłbym śniadania, dopóki nie powiedziałbym jej tego. Jednak to mi nie grozi, bowiem była w swojej komnacie i przygotowywała eliksiry. Była bardzo skupiona na tym co robi, a ja tylko spoglądałem na nią i uśmiechałem się.
- O! Soovimatu. Nawet nie zauważyłam jak wszedłeś. - oznajmiła promiennie, podchodząc do mnie by mogła mnie polizać w pyszczek.
- Nie chciałem ci przeszkadzać. - odparłem z uśmiechem, a zaraz po tym zaburczało mi w brzuchu.
- Ktoś tu jest głodny. - zaśmiała się nadzwyczaj uroczo i potarła mój nosek, swoim.
- Właśnie się wybieram na stołówkę, ale zanim to zrobię, muszę ci coś powiedzieć. - oznajmiłem, udając poważnego.
- Coś się stało? - zapytała, lekko się ode mnie odsuwając i uważniej przypatrując.
- Kocham Cię, a to wciąż za mało. - oznajmiłem z uśmiechem, a wadera przytuliła się do mnie.
Chciałbym tulić ją bez końca, jednak natura wzywa. Wystarczy, że raz prawie bym ją stracił przez swoją głupotę, więc muszę dbać o siebie. Dla niej. Pożegnaliśmy się i poszedłem coś zjeść, zaraz po śniadaniu zabiorę się za ostateczne poprawki i widzimy się o zachodzie słońca, chociaż... mogłem to bardziej przemyśleć. Wschód słońca byłby bardziej odpowiedni, chociażby dlatego, że nasza miłość dopiero wchodzi. Ehh, teraz to już za późno Soovimatu.
Wybrałem się do komików, myśliwych i pochodziłem jeszcze po zamku, by dowiedzieć się jak idą przygotowania. W lesie też byłem przed całą uroczystością, żeby sprawdzić czy aby na pewno wszystko jest dobrze i nie ma żadnego zwiędłego kwiatu. Nie chcę przecież by taki mały element wszystko zepsuł. Nasze elementy też były na miejscu, kokardka i peleryna. W prawdzie u mnie trochę ten kolor się zleje i nie będzie za bardzo widać, ale za to do niej beżowy pasuje idealnie a jaśmin? Białe kwiaty czystości, poza tym idealny kontrast będą tworzyły z jej czarnym jak smoła futrem. Jak o tym wszystkim myślę, to aż ciepło mi się robi na sercu, a czasem to nawet ogień bucha.
Jeszcze tylko dopracuję moją iluzję i sprawdzę, czy posiadam wszystkie niezbędne składniki. Poprosiłem o nie magów i zielarzy, oczywiście prosiłem też by Sarissa o niczym nie wiedziała. Wszystko dopracowaliśmy wspólnie, bo aż tak się na tym nie znam. Zaklęcie też dopracowaliśmy! Jak to szło? "Aak Ahkriin Bonaar Drem, Bahlaan Bonaar Ensosin Fahdon, Jud Haas Du'ul". Żebym tylko niczego nie poknocił. Chcę jej pokazać, że jest mi przewodniczką życia, dodaje mi odwagi, jest jednocześnie przyjaciółką i światełkiem w tunelu, lekiem na wszelkie choroby i że codziennie oczarowuje mnie na nowo. Moja królowa dla chcę być godnym poddanym. Z tego co wiem, to zaklęcie pochodzi ze smoczego języka. Oh! Będzie cudownie!
W lesie byłem wcześniej niż Sarissa i ubrałem moją kokardkę, ja nie mogę jej zobaczyć w pelerynie wcześniej niż przed ołtarzem, dlatego niecierpliwie czekałem. Z tego wszystkiego aż ogon zaczął mi chodzić w obydwie strony. Muzyka zaczęła grać, a ja spoglądałem w stronę parawanu z kwiatów. Czekałem aż się odsłoni i w końcu ją ujrzę, jak będzie stąpała po białym dywanie z jaśminu w moją stronę, a wtedy dam znać magom i stworzymy iluzję, która zachwyci wszystkich. Serce waliło mi jak dzwon, a świat jakby zwolnił, jakby ciągnęło się to wieki, ale w końcu... odsłonili moją księżniczkę, najpiękniejszą i najwspanialszą. Chciałem patrzeć teraz tylko na nią, ale... zaklęcie. Znak.
- Aak Ahkriin Bonaar Drem, Bahlaan Bonaar Ensosin Fahdon, Jud Haas Du'ul. - wyszeptałem, a magowie zajęli się składnikami i dopowiedzeniami.
Wszystko dookoła jakby zgasło, a światło słoneczne padało tylko na nią, sprawiając, że lśniła niczym diament. Delikatne promienie słońca, odbijały się od białych kwiatów, a zaraz po tym te zamieniły się w białe motylki, które także lśniły. Miliony malutkich światełek wokół mej ukochanej, a każdy jej krok powodował, że z ziemi wyłaniały się stokrotki, które zaraz traciły swoje płatki. Wiatr unosił je i wirował, jakby tańczył, dodając do tego inne, kolorowe kwiaty. Wir miłości zatrzymał się nad nami, a płatki powolnie opadały... do tego ciepłe, przyjemne promienie słońca oświetlające polanę.
- Zebraliśmy się tutaj by połączyć Sarissę i Soovimatu świętym węzłem małżeńskim... - zaczął kapłan, a my patrzyliśmy na siebie jak zaczarowani.
- Ja Soovimatu biorę Ciebie Sarissę za żonę i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Arcanusie. - powiedziałem, czując w duszy coś, czego nie da się opisać. To było cudowne. A kiedy ona wypowiedziała te słowa, o mało co nie zemdlałem.
Przytuliliśmy się do siebie, a jeszcze działająca iluzja utworzyła żółte światła i oplotła nas nimi, by na końcu utworzyć nad naszymi głowami czerwone serce.
"Oh, nie wiem czy wiesz, ale Kocham Cię, bardzo i tęsknię... chodź mam cię tu, przy sobie, a jednak to i tak za daleko."
piątek, 21 kwietnia 2017
Ruin - W końcu wolny
Od zawsze chciałem zrobić jedno. Iść do wioski. Wiadomo jednak, że jako roczniak nic nie wolno, poza edukacją i obowiązkami domowymi. Teraz to już co innego. Mam żywioł, chociaż jest trochę dziwny. Nie wiem czy tak powinno być, ale nic mi nie wychodzi poza zamrażaniem, śniegiem i soplami. Trudno jest kontrolować ciecz czy parę. Renn radzi sobie zdecydowanie lepiej, a więc jest to dowód na to, że jestem jakiś inny. Tak, wiem. Miałem go nie trenować, nie interesować się, ale to naprawdę ciekawe zjawisko. Uwielbiałem śnieg. Spadał on tak delikatnie na moje futerko.
Przy bramie zauważyłem grupkę wilków z przewodnikiem, więc podszedłem zapytać się co mają na swej liście zwiedzania. W prawdzie wioski tam nie było, ale zmierzali w podobnym kierunku, więc postanowiłem się dołączyć, a potem sam dojdę. Tak myślę.
Zmieniło się coś. Cieszyłem się i byłem bardzo podekscytowany, tak, że nawet z kimś zacząłem rozmawiać po drodze. Mimo wszystko mój ton głosu nadal był obojętny, a na pysku raczej nie było widać szczęścia. Kiedyś wujek mówił, że oczy są zwierciadłem duszy i jeśli to prawda, to one na pewno się cieszą.
Będąc na miejscu nie mogłem przestać się nadziwić. To było naprawdę niesamowite! Wilki mieszkające w domkach, które moim zdaniem były dla mnie idealne. Myślę, że mógłbym tu zostać, jednak lepiej by było powiedzieć o tym rodzeństwu i cioci. Wiadomo, żeby się nie martwili, bo tego mi nie potrzeba.
Zauważyłem brązową waderę, która krzątała się przy jednym z domku. Obserwowałem ją bardzo dokładnie, zastanawiając się czy mogłaby mi coś opowiedzieć o życiu tutaj. Była chyba w moim wieku, czy tam starsza... na pewno młoda. Eh, nie wiem. Dobra. Spróbuję.
Przy bramie zauważyłem grupkę wilków z przewodnikiem, więc podszedłem zapytać się co mają na swej liście zwiedzania. W prawdzie wioski tam nie było, ale zmierzali w podobnym kierunku, więc postanowiłem się dołączyć, a potem sam dojdę. Tak myślę.
Zmieniło się coś. Cieszyłem się i byłem bardzo podekscytowany, tak, że nawet z kimś zacząłem rozmawiać po drodze. Mimo wszystko mój ton głosu nadal był obojętny, a na pysku raczej nie było widać szczęścia. Kiedyś wujek mówił, że oczy są zwierciadłem duszy i jeśli to prawda, to one na pewno się cieszą.
Będąc na miejscu nie mogłem przestać się nadziwić. To było naprawdę niesamowite! Wilki mieszkające w domkach, które moim zdaniem były dla mnie idealne. Myślę, że mógłbym tu zostać, jednak lepiej by było powiedzieć o tym rodzeństwu i cioci. Wiadomo, żeby się nie martwili, bo tego mi nie potrzeba.
Zauważyłem brązową waderę, która krzątała się przy jednym z domku. Obserwowałem ją bardzo dokładnie, zastanawiając się czy mogłaby mi coś opowiedzieć o życiu tutaj. Była chyba w moim wieku, czy tam starsza... na pewno młoda. Eh, nie wiem. Dobra. Spróbuję.
czwartek, 20 kwietnia 2017
Soovimatu - Przygotowanie do dnia wielkiego
Myślałem wiele i gromadziłem odpowiednie informacje, by wszystko było przemyślane i dopracowane, a jednocześnie wyjątkowe. Tak też stwierdziłem, że nasze wesele powinno odbyć się w lesie, bo to jej ulubione miejsce i Red Rose tam ofiarował jej kwiat miłości, którego jednak nie przyjęła. Wiadome też, że dekoracje mają być beżowe, kwiaty to na pewno jaśmin, a do jedzenia to oczywiście króliki i inne gryzonie, tak by miała tylko rzeczy, które lubi. Wielkim problemem było dla mnie to, czy ceremonia ma odbyć się rankiem czy też wieczorem. Wiedziałem, że Sarissa lubi poranki, jednak z drugiej strony często przypatruje się księżycowi i coś tam sobie śpiewa po cichu. Wspólne wycie to coś naprawdę cudownego, jednak... nie mam pewności.
Na razie udało mi się znaleźć kapłana, zorganizować komików, którzy pomogą udekorować polanę w lesie, a później zabawią gości na weselu, no i jeszcze jedzenie. Myśliwi wiedzą, że będę potrzebować dużo zajączków, króliczków i innych gryzoni, co tak naprawdę jest trudne do zorganizowania. Wiadomo, są to małe zwierzątka, które rzadko kogo wykarmią i w tym czasie mogliby upolować coś większego dla kilku wilków. Mimo wszystko, zgodzili się i rozumieją moje potrzeby.
Już nie mogę się doczekać, aż ona to wszystko zobaczy, jednak obiecałem sobie, że będzie to dopiero w dniu ślubu. Nawet mam beżową kokardkę i pelerynę dla niej, w której oczywiście znajdzie się jaśmin, ale to przygotują dopiero przed wyjściem. Wiadomo, kwiaty więdną i usychają. Muszę jeszcze obmyślić iluzję, która zachwyci wszystkich!
Na razie udało mi się znaleźć kapłana, zorganizować komików, którzy pomogą udekorować polanę w lesie, a później zabawią gości na weselu, no i jeszcze jedzenie. Myśliwi wiedzą, że będę potrzebować dużo zajączków, króliczków i innych gryzoni, co tak naprawdę jest trudne do zorganizowania. Wiadomo, są to małe zwierzątka, które rzadko kogo wykarmią i w tym czasie mogliby upolować coś większego dla kilku wilków. Mimo wszystko, zgodzili się i rozumieją moje potrzeby.
Już nie mogę się doczekać, aż ona to wszystko zobaczy, jednak obiecałem sobie, że będzie to dopiero w dniu ślubu. Nawet mam beżową kokardkę i pelerynę dla niej, w której oczywiście znajdzie się jaśmin, ale to przygotują dopiero przed wyjściem. Wiadomo, kwiaty więdną i usychają. Muszę jeszcze obmyślić iluzję, która zachwyci wszystkich!
środa, 19 kwietnia 2017
Soovimatu - Kwiat Miłości
Wszystko układało się dobrze i nawet zamieszkaliśmy razem, w większej komnacie. Nigdy nie czułem się tak dobrze, jak przy niej. Jest dla mnie wszystkim i córka jak zwykle miała rację. Umarłbym z tęsknoty do tej wadery. Lepszej od niej nie ma, to pewne.
Dzisiaj Sarissa wstała wcześniej, jednak udało mi się jeszcze zaobserwować ją, jak czesała futerko, patrząc w lustro. Przed nią leżały nasze torby i kiedy się przywitałem, czarna lekko szturchnęła jedną z nich. Z mojej sakiewki wypadły już lekko ususzone kwiaty, które zamierzałem jej ofiarować, będąc w ogrodzie. Jednak, zapomniałem o nich totalnie.
- Czy to kwiat miłości? - zapytała, unosząc jednego z nich i patrząc na mnie lekko podejrzliwym wzrokiem, jednak to oczywiste, że była podekscytowana.
- Miałem ci go dać wtedy, w ogrodzie... - wstałem z łóżka i podszedłem do niej, zabierając roślinę za pomocą telekinezy. - Znajdę ci nowy, ten jest stary. - odparłem, przyglądając się roślinie, a następnie kierując wzrok w jej oczy.
- Nie musisz. Ten bardzo mi się podoba. - zabrała go ode mnie i umieściła na fioletowej poduszeczce, która znajdowała się na półce obok lustra.
- Kocham Cię. - przytuliłem ją do siebie, po czym zapytałem czy chciałaby mnie za męża.
Odsunęła się lekko, patrząc mi w oczy, po czym przytuliła się ponownie. Tym razem starałem się uchwycić każde słowo, które wymawiała, nawet to najcichsze. Byłem zbyt głuchy na jej wołanie i nie mogę pozwolić by to się powtórzyło. Nasze wesele będzie takie, jakie sobie tylko wymarzy i to ja się wszystkim zajmę.
Dzisiaj Sarissa wstała wcześniej, jednak udało mi się jeszcze zaobserwować ją, jak czesała futerko, patrząc w lustro. Przed nią leżały nasze torby i kiedy się przywitałem, czarna lekko szturchnęła jedną z nich. Z mojej sakiewki wypadły już lekko ususzone kwiaty, które zamierzałem jej ofiarować, będąc w ogrodzie. Jednak, zapomniałem o nich totalnie.
- Czy to kwiat miłości? - zapytała, unosząc jednego z nich i patrząc na mnie lekko podejrzliwym wzrokiem, jednak to oczywiste, że była podekscytowana.
- Miałem ci go dać wtedy, w ogrodzie... - wstałem z łóżka i podszedłem do niej, zabierając roślinę za pomocą telekinezy. - Znajdę ci nowy, ten jest stary. - odparłem, przyglądając się roślinie, a następnie kierując wzrok w jej oczy.
- Nie musisz. Ten bardzo mi się podoba. - zabrała go ode mnie i umieściła na fioletowej poduszeczce, która znajdowała się na półce obok lustra.
- Kocham Cię. - przytuliłem ją do siebie, po czym zapytałem czy chciałaby mnie za męża.
Odsunęła się lekko, patrząc mi w oczy, po czym przytuliła się ponownie. Tym razem starałem się uchwycić każde słowo, które wymawiała, nawet to najcichsze. Byłem zbyt głuchy na jej wołanie i nie mogę pozwolić by to się powtórzyło. Nasze wesele będzie takie, jakie sobie tylko wymarzy i to ja się wszystkim zajmę.
wtorek, 18 kwietnia 2017
Zeconi - Spacer zakochanych
Ostatnio zrobiłem sobie wolne i wybrałem się do zamku, wcześniej przydzielając odpowiednie zadania tym leniom. Mają zajęty cały tydzień, a jak wrócę to wszystko sprawdzę, niech sobie nie myślą, że jak młody to głupi.
Ostatnio myślałem o tej królewnie i chciałbym ją jeszcze raz zobaczyć. Brata i tak mam gdzieś, co niby mi zrobi? Jedynie co to zacznie błagać o wybaczenie, a ja go oleję, tak jak on to zrobił. Dobrze wiedział, jak mi zależy, ale nic z tym nie zrobił. Nawet nie ruszył swej dupy z zamku, by mnie znaleźć i pogadać. Nie to nie. Teraz mam to gdzieś, a jak zostanę generałem to coś czuję, że się nie dogadamy. Oh, miło będzie na niego popatrzeć jak się płaszczy przede mną. Cesarz straci swą wartość.
Wpadłem ukradkiem do ogrodów, gdzie na złość zastałem spacerującego Uriana i jego waderę. Nosz, kurwa... teraz to nie ma opcji, że ją jakoś wyciągnę. No, ale skoro już tu jestem to jeszcze raz skoczę do Shae. Zawsze coś. Ciekawe co tam u niej, hmmm? Chciałem ich jakoś ominąć, tak by się nie doczepił czy coś, chociaż szczerze? Nie liczyłem nawet na to. No i się przeliczyłem, bowiem ni z tego ni z owego, ucieszył się i zagadał. Może jednak powinienem wejść normalnie? Ze strony dziedzińca...
- Daruj sobie. Nie przyszedłem tu do ciebie. - warknąłem niechętnie, marszcząc nos i unosząc lekko lewą wargę.
Spacer przerwał nam nikt inny niż Zeconi. Tak dawno go już nie widziałem, że naprawdę ucieszyła mnie jego obecność. Ucieszyła, ale i zaniepokoiła. Wreszcie mogłem z nim porozmawiać. Tutaj, na spokojnie, nie szukając go po lasach lub włócząc się po koszarach.
Jak zwykle jednak już na powitanie dostałem warczenie. Nie powiem, zabolało... Poczułem jak sierść jeży mi się nieprzyjemnie, ale nie dałem tego po sobie poznać. Musiałem być spokojny. Choć ten jeden raz...
- Tak też myślałem - odpowiedziałem mu. Szczerze bym się zdziwił, gdyby przyszedł do mnie, szczególnie w celu innym niż ostra wymiana... zdań. Czy naprawdę to, że byliśmy braćmi nic dla niego nie znaczyło? Jedyne czego chciał to władza? Westchnąłem ciężko coraz bardziej rozumiejąc dlaczego to mnie wybrano. Mnie nie obchodził tron... ja chciałem po prostu jakoś wszystko poukładać, zadbać o to, co było dla mnie ważne. Dlatego teraz się starałem, nawet jeżeli kiedyś nie było to w mojej naturze.
- Mimo wszystko cieszę się, że cię widzę i sądzę, że powinniśmy wreszcie porozmawiać. Naprawdę nie dość już tych kłótni i spięć?
Brat łypał na mnie spod byka, jak zawsze... Co ja mu do cholery takiego zrobiłem, co? A tak... wybrano mnie, ktoś ośmielił się zrobić coś nie po jego myśli... W takich chwilach naprawdę ciężko było mi się powstrzymywać i najchętniej siłą natłukłbym mu rozumu do łba nawet jeżeli później bardzo bym tego żałował.
- Vi... zostaw nas jeśli możesz. - zwróciłem się do wadery, która spoglądała na nas z pewnej odległości.
Urian poprosił, żebym zostawiła ich samych, ale... nie mogłam ruszyć się z miejsca. Miałam wrażenie, że ledwie spuszczę z nich wzrok, a cieniutka nić jaka jeszcze trzymała ich na miejscach, pęknie i stanie się coś złego. Nie miałam nadziei na to, że będę w stanie interweniować. Byłam słaba i bałam się, ale być może zdołam im choć do rozumu przemówić? Lub wezwać kogoś w razie potrzeby.
- Jeśli mogę... wolałabym zostać - powiedziałam cicho, ale pewna swego.
Spojrzałam na Zeconiego i uśmiechnęłam się do niego lekko. Cieszyłam się, ze go widzę, naprawdę i szczerze. W gruncie rzeczy dużo o nim myślałam. Zastanawiałam się co robi, czy jeszcze go zobaczę... Urian niezbyt chętnie wypuszczał mnie z zamku po tym jak się zgubiłam. Bał się, że następnym razem coś sobie zrobię... Szczerze miałam nadzieję, że uda mi się tę "przygodę" przemilczeć, ale nie wyszło...
Jedyne co mnie kluło to to, że Coni znów był zły... Zdecydowanie wolałam go takim, jakim był w mojej pamięci kiedy się żegnaliśmy. Rozluźniony, spokojny... Słodki... Nie chciałam oglądać go w gniewie. Gdybym tylko mogła jakoś go uspokoić.
Wymówek też żadnych nie kupuję, bo mając dwa lata mógł mnie odnaleźć, bowiem druid miał jeszcze nad wszystkim prawie stu procentową kontrolę. Teraz nasz cudowny cesarz większość sam musi załatwiać, więc no cóż... za późno. Zresztą nawet jakby teraz zechciał cokolwiek zrobić to także jest dla niego już za późno. Dwa lata się do mnie nie odzywał i nie próbował nic z tym zrobić. Dobrze wiedział jak jest i dobrze wiedział jak się czułem, mimo tego nic go to nie interesowało. Teraz miałoby być inaczej? O co to, to nie.
- Jasne, zostań, bo ja już idę. - warknąłem i odszedłem od nich. Chętnie bym go teraz rozszarpał, ale po pierwsze, strażnicy, a po drugie Viviann. Wadera to jednak wadera, więc wiadomo, że wypada zachowywać się trochę lepiej. One nie rozumieją naszych zachowań i tego, że wszystko należy rozwiązywać siłą. No tak, one rozwiązują wszystko poprzez małżeństwa. Ehh... szczęścia... życzę.
- Masz rację... Idź sobie. Uciekaj! - warknąłem w końcu. - Uciekaj tak, jak uciekałeś cały ten czas. Jak zwiałeś z zamku, przed koronacją. Jak uciekałeś po lasach, kryjąc się przede mną i nie odpowiadałeś na żadną z wiadomości. Albo zaszyj się w koszarach, jak do tej pory zwyczajnie mnie ignorując. Tylko to potrafisz. Uganiać się za waderami lub wściekać, że ktokolwiek ośmielił się zrobić cokolwiek nie tak jak ty tego chciałeś. Dlatego wybrano mnie. Ja widzę w otaczających mnie istotach żywe osoby, ty stado bydła, które albo ma cię wielbić, albo zgnić, bo postanowiła ci się przeciwstawić. Nie masz zamiaru traktować mnie jak brata? Proszę bardzo, niech i tak będzie.
Wywarczałem to wszystko niemalże jednym tchem, wyrzucając wreszcie z siebie to, co leżało mi na wątrobie tyle czasu.
- Chodź Vi, nie mamy tu już nic do roboty - ruszyłem dalej, ignorując brata tak, jak on ignorował mnie cały ten czas. Miałem już dość kombinowania jak wszystko załagodzić. Starałem się z nim skontaktować? Źle! Nie odpowiadał, uciekał! Dałem mu czas? ŹLE! Przecież go olałem, co? To nie miało sensu... nie miało go od początku...
Słuchając jego warkotu, nie mogłem zareagować inaczej. Miał już odejść i chciałem mu na to pozwolić, jednak skoro już do tego doszło... niech będzie to jasne.
- Wiesz czemu zwiałem!? Dobrze wiesz jak bardzo mi na tym zależało, tak!? Mimo tego wszystkiego nic nie zrobiłeś, totalnie nic! Olałeś mnie, kiedy ja ciebie potrzebowałem. Czemu nie odpowiadałem? Zastanawiałeś się kiedyś nad tym? Nie, na pewno tego nie robiłeś, bo wolałeś zająć się tymi bzdurami zamiast naszymi kontaktami. Druid nie miałby żadnego problemu by zająć się królestwem przez kilka pieprzonych dni! - krzyczałem, a on zatrzymał się, jednak nie odwrócił. Nastawił uszu i słuchał, więc kontynuowałem.
- Chciałem tylko, żebyś mnie odwiedził, żebyś chociaż trochę się przejął, jednak nic... wędrowałem, jednak żadnych wieści o tym, że cesarz się martwi, że mnie szuka, że chce sam z siebie coś zrobić. Wolałeś się wysługiwać innymi. Myślisz, że tylko się potrafię uganiać i wściekać, tak? Nie znasz mnie. Dobrze wiedziałem co się wiążę z tym stanowiskiem i byłem na to przygotowany. Gówno o mnie wiesz i widocznie... ja też cię nigdy nie znałem. - nie wiem dlaczego, ale coś we mnie pękło. Głos się załamał, jednak nadal starałem się jakoś to ogarnąć...
Zamilkłem, opuściłem łeb i otarłem łapą jedną łzę, która raczyła uciec. On nadal stał tyłem do mnie, co nawet mnie cieszyło. Nie zamierzam na niego patrzeć. Zrobiłem krok by stąd odejść, rzucając jeszcze tekst na pożegnanie.
- Myślałem, że chociaż ty widzisz we mnie kogoś innego niż zwykłego podrywacza i potwora. Zawiodłem się. - odwróciłem się i ruszyłem przed siebie, jednak po chwili znowu się zatrzymałem i odwróciłem wzrok na Uriana.
- Jeśli chodzi o tron. - zrobiłem krótką pauzę i spojrzałem na ziemię, by potem ponownie na niego spojrzeć i dokończyć. - Już mi nie zależy, a jeśli chcesz wiedzieć dlaczego to ci powiem. Będę generałem. Wiesz czym to się różni od twojego stanowiska? Tam nie oceniają po okładce. - oznajmiłem ze spokojem, a kiedy nastała cisza i zamiar odejścia. Wtrąciła się ona... moja królewna.
- Zeconi. - powiedziała ze łzami w oczach i zamierzała podejść.
- Nie Viviann... zostaw potwora. - powiedziałem, patrząc na nią, by następnie móc opuścić wzrok.
- Nawet teraz mam ochotę to zrobić. I co? Myślisz, że jestem w stanie? Słowa to nie czyny, mój braciszku. Mogę ci nawet mówić, że cię nienawidzę, ale byłbyś głupcem, uważając, że to wszystko prawda. - odwarknąłem mu, a on zamiast się zdenerwować bardziej... odpuścił.
Nie chciał, żeby mnie tak postrzegano? Naprawdę? Mam w to uwierzyć? On się nawet głupiego druida boi, a co dopiero powiedzieć ludowi, że wszystko w porządku. Bał się do mnie przyjść, więc nie dziwię się teraz, że każdy się na mnie tak dziwnie patrzy. Normalnie, jakbym zabił całą wioskę. Przynajmniej w wojsku wiedzą jaki jestem, ale tego co tutaj się stało... tak szybko nie da się naprawić.
- Już nie zachowuj się jak pizda, bo dobrze wiesz, że te walki były zabawne. - przewróciłem oczyma. No i miałem rację, nie znam go. Jakoś nigdy nie narzekał, że go tam ugryzłem czy przewróciłem. A nawet jeśli on to robił, to też szybko zapominałem. Tak, denerwowało mnie, kiedy mnie ośmieszał przed waderami, ale tego kwiatu jest pół światu. Może i ma rację, jednak dobrze wiedział jak będą wyglądać przygotowania i nauka. Musiałem po prostu odpocząć od tej rywalizacji, a przy nim się nie dało. Jemu nie zależało, mi za bardzo, więc to chyba nie dziwne, że się aż tak zdenerwowałem, prawda? Miałem prawo, a on powinien coś z tym zrobić, ale nie. Tak jak nie zależało mu na władzy, tak samo nie zależało mu na tym, by się pogodzić. Dość tego. Będę generałem, a on niech się wypcha swoim tronem.
- Właśnie. Tym się różnimy. Ja robię to co chcę, ty natomiast wszystkiego się boisz, na nic nie masz siły. Nic ze sobą nie robiłeś, tylko biegałeś bezsensownie po murach zamku, kiedy ja ciężko pracowałem nad tym, by się przypodobać. Jednak co wszyscy widzieli? Widzieli tylko to, że lubiłem towarzystwo wader. Lubię je nadal i się z tym nie kryję, a ty? Chowasz w sobie zbyt wiele, przez co tak to się kończy. Co czułeś? Wiesz, czemu nikogo to nie obchodziło? Bo tak właśnie chciałeś, by wszyscy myśleli jaki to jesteś cudowny. To, że zostałeś cesarzem nie znaczy, że masz tracić siebie. Nie pamiętasz ojca? Chcesz być od niego lepszy, tak? Oczywiście. - zaśmiałem się.
- Nigdy nie będziesz od niego lepszy, bo on się nie chował. Matka mówiła, że to zły wilk, że był okropny, ale popytaj mieszkańców. I co powiedzą? Pytałeś kiedyś o to? Ja pytałem. Agresywny, wybuchowy, zabawny, uwielbiający piękne wadery i dobre imprezy, jednak zawsze po tym pojawiało się... dbający o poddanych i zapewniający poczucie bezpieczeństwa. Szkoda, że prócz mnie, nikt tego nie widział. - powiedziałem, nie po to by go dobić, jednak po to by w końcu coś zrozumiał. Każdy mieszkaniec dobrze wiedział jaki był Red Rose, ale lubili go. A co mogą powiedzieć o Urianie? To, że jest idealny i bez skaz? To tylko wilk, po to ma druidów by oni zajmowali się pierdołami. Chce wszystko robić sam? Proszę bardzo, jednak niech nie oczekuje, że będzie szczęśliwy.
Brat zamilkł na chwilę i opuścił głowę. Ehh, szkoda mi go, naprawdę. Przypomniałem sobie, że kiedyś rzucaliśmy się kulkami powietrza, więc machnąłem jakąś lekką i posłałem w jego kierunku. Dostał w głowę, jednak nie odbił jej. Najeżył sierść i spojrzał na mnie gniewnie. Pięknie, po prostu pięknie. Serio? Mnie okrzyknęli psychopatą, który chce brata zabić, a tymczasem to on jest chory psychicznie.
- Co? Zapomniałeś już, jak się gra w powietrzną piłkę? - zaśmiałem się i posłałem mu kolejną kulkę, którą tym razem odbił. Kątem oka spojrzałem na waderę, która w końcu się uśmiechnęła.
Bratu też przeszło, pograliśmy trochę i postanowiliśmy normalnie porozmawiać, na osobności. Viviann nie miała nic przeciwko temu, chociaż wiadomo, że wolałbym spędzić ten czas z nią. Szkoda, że należy do niego, ale wiem też, że Urian jest kiepski w te klocki, więc mu nie odbiję jedynej wadery jaką ma.
Ostatnio myślałem o tej królewnie i chciałbym ją jeszcze raz zobaczyć. Brata i tak mam gdzieś, co niby mi zrobi? Jedynie co to zacznie błagać o wybaczenie, a ja go oleję, tak jak on to zrobił. Dobrze wiedział, jak mi zależy, ale nic z tym nie zrobił. Nawet nie ruszył swej dupy z zamku, by mnie znaleźć i pogadać. Nie to nie. Teraz mam to gdzieś, a jak zostanę generałem to coś czuję, że się nie dogadamy. Oh, miło będzie na niego popatrzeć jak się płaszczy przede mną. Cesarz straci swą wartość.
Wpadłem ukradkiem do ogrodów, gdzie na złość zastałem spacerującego Uriana i jego waderę. Nosz, kurwa... teraz to nie ma opcji, że ją jakoś wyciągnę. No, ale skoro już tu jestem to jeszcze raz skoczę do Shae. Zawsze coś. Ciekawe co tam u niej, hmmm? Chciałem ich jakoś ominąć, tak by się nie doczepił czy coś, chociaż szczerze? Nie liczyłem nawet na to. No i się przeliczyłem, bowiem ni z tego ni z owego, ucieszył się i zagadał. Może jednak powinienem wejść normalnie? Ze strony dziedzińca...
- Daruj sobie. Nie przyszedłem tu do ciebie. - warknąłem niechętnie, marszcząc nos i unosząc lekko lewą wargę.
Urian
Wybraliśmy się z Viviann na spacer. Robiliśmy to dość często, zazwyczaj, żeby zwyczajnie porozmawiać o wszystkim i niczym. Trzeba było przyznać, że zbliżyliśmy się do siebie, co więcej chyba można nas było uznać za przyjaciół. Kłopot był taki, że tylko za przyjaciół. Mimo, że Vi była śliczna, mądra i miała ogrom uroku nie czułem do niej nic więcej... Nie pociągała mnie w sposób, w jaki wszyscy tego oczekiwali. Storm szczerze się już niecierpliwił, bo przecież po takim czasie powinniśmy już zapewne być po ślubie i myśleć o sporej gromadce szczeniąt. A tu klops, bo Vi czuła do mnie to samo, co ja do niej do czego już wspólnie doszliśmy.Spacer przerwał nam nikt inny niż Zeconi. Tak dawno go już nie widziałem, że naprawdę ucieszyła mnie jego obecność. Ucieszyła, ale i zaniepokoiła. Wreszcie mogłem z nim porozmawiać. Tutaj, na spokojnie, nie szukając go po lasach lub włócząc się po koszarach.
Jak zwykle jednak już na powitanie dostałem warczenie. Nie powiem, zabolało... Poczułem jak sierść jeży mi się nieprzyjemnie, ale nie dałem tego po sobie poznać. Musiałem być spokojny. Choć ten jeden raz...
- Tak też myślałem - odpowiedziałem mu. Szczerze bym się zdziwił, gdyby przyszedł do mnie, szczególnie w celu innym niż ostra wymiana... zdań. Czy naprawdę to, że byliśmy braćmi nic dla niego nie znaczyło? Jedyne czego chciał to władza? Westchnąłem ciężko coraz bardziej rozumiejąc dlaczego to mnie wybrano. Mnie nie obchodził tron... ja chciałem po prostu jakoś wszystko poukładać, zadbać o to, co było dla mnie ważne. Dlatego teraz się starałem, nawet jeżeli kiedyś nie było to w mojej naturze.
- Mimo wszystko cieszę się, że cię widzę i sądzę, że powinniśmy wreszcie porozmawiać. Naprawdę nie dość już tych kłótni i spięć?
Brat łypał na mnie spod byka, jak zawsze... Co ja mu do cholery takiego zrobiłem, co? A tak... wybrano mnie, ktoś ośmielił się zrobić coś nie po jego myśli... W takich chwilach naprawdę ciężko było mi się powstrzymywać i najchętniej siłą natłukłbym mu rozumu do łba nawet jeżeli później bardzo bym tego żałował.
- Vi... zostaw nas jeśli możesz. - zwróciłem się do wadery, która spoglądała na nas z pewnej odległości.
Viviann
Naprawdę nie miałam pojęcia co się właśnie działo. Wiedziałam, że bracia się nie dogadują, że się kłócą, jeden ma do drugiego żal, ale za każdym razem, kiedy próbowałam o to podpytać Uriana, ten zbywał mnie, zmieniał temat, mówił, że sobie poradzi... Z tym, że nie radził sobie. Widziałam to ja i wszyscy wokół. On sam też zdawał sobie z tego sprawę i miałam wrażenie, że tylko robi wszystko, żeby uspokoić innych i nie dać im powodu do zmartwień czy wreszcie kolejnych plotek.Urian poprosił, żebym zostawiła ich samych, ale... nie mogłam ruszyć się z miejsca. Miałam wrażenie, że ledwie spuszczę z nich wzrok, a cieniutka nić jaka jeszcze trzymała ich na miejscach, pęknie i stanie się coś złego. Nie miałam nadziei na to, że będę w stanie interweniować. Byłam słaba i bałam się, ale być może zdołam im choć do rozumu przemówić? Lub wezwać kogoś w razie potrzeby.
- Jeśli mogę... wolałabym zostać - powiedziałam cicho, ale pewna swego.
Spojrzałam na Zeconiego i uśmiechnęłam się do niego lekko. Cieszyłam się, ze go widzę, naprawdę i szczerze. W gruncie rzeczy dużo o nim myślałam. Zastanawiałam się co robi, czy jeszcze go zobaczę... Urian niezbyt chętnie wypuszczał mnie z zamku po tym jak się zgubiłam. Bał się, że następnym razem coś sobie zrobię... Szczerze miałam nadzieję, że uda mi się tę "przygodę" przemilczeć, ale nie wyszło...
Jedyne co mnie kluło to to, że Coni znów był zły... Zdecydowanie wolałam go takim, jakim był w mojej pamięci kiedy się żegnaliśmy. Rozluźniony, spokojny... Słodki... Nie chciałam oglądać go w gniewie. Gdybym tylko mogła jakoś go uspokoić.
Zeconi
Nie interesowało mnie to co on sobie myśli i mówi, a tym bardziej co czuje. Olał mnie, kiedy potrzebowałem wyjaśnień i wsparcia. Nawet nie raczył mnie odnaleźć i pogadać. Niech sobie teraz nie myśli, że będzie wszystko dobrze, nie, nie będzie. Może mu wszystko podstawiają pod nos, jednak ja do tych wilków nie należę. Będzie chciał porozmawiać, tak? To proszę, zapraszam do koszar, chyba, że to też za trudne dla tego spaślaka. Siedzi tylko na dupie i tyje, nic poza tym.Wymówek też żadnych nie kupuję, bo mając dwa lata mógł mnie odnaleźć, bowiem druid miał jeszcze nad wszystkim prawie stu procentową kontrolę. Teraz nasz cudowny cesarz większość sam musi załatwiać, więc no cóż... za późno. Zresztą nawet jakby teraz zechciał cokolwiek zrobić to także jest dla niego już za późno. Dwa lata się do mnie nie odzywał i nie próbował nic z tym zrobić. Dobrze wiedział jak jest i dobrze wiedział jak się czułem, mimo tego nic go to nie interesowało. Teraz miałoby być inaczej? O co to, to nie.
- Jasne, zostań, bo ja już idę. - warknąłem i odszedłem od nich. Chętnie bym go teraz rozszarpał, ale po pierwsze, strażnicy, a po drugie Viviann. Wadera to jednak wadera, więc wiadomo, że wypada zachowywać się trochę lepiej. One nie rozumieją naszych zachowań i tego, że wszystko należy rozwiązywać siłą. No tak, one rozwiązują wszystko poprzez małżeństwa. Ehh... szczęścia... życzę.
Urian
Prychnąłem nie wytrzymując. Czego ja oczekiwałem? Miałem nadzieję, że kiedykolwiek wszystko się poukłada? Od tak? Głupota... Tak, byłem bardzo głupi.- Masz rację... Idź sobie. Uciekaj! - warknąłem w końcu. - Uciekaj tak, jak uciekałeś cały ten czas. Jak zwiałeś z zamku, przed koronacją. Jak uciekałeś po lasach, kryjąc się przede mną i nie odpowiadałeś na żadną z wiadomości. Albo zaszyj się w koszarach, jak do tej pory zwyczajnie mnie ignorując. Tylko to potrafisz. Uganiać się za waderami lub wściekać, że ktokolwiek ośmielił się zrobić cokolwiek nie tak jak ty tego chciałeś. Dlatego wybrano mnie. Ja widzę w otaczających mnie istotach żywe osoby, ty stado bydła, które albo ma cię wielbić, albo zgnić, bo postanowiła ci się przeciwstawić. Nie masz zamiaru traktować mnie jak brata? Proszę bardzo, niech i tak będzie.
Wywarczałem to wszystko niemalże jednym tchem, wyrzucając wreszcie z siebie to, co leżało mi na wątrobie tyle czasu.
- Chodź Vi, nie mamy tu już nic do roboty - ruszyłem dalej, ignorując brata tak, jak on ignorował mnie cały ten czas. Miałem już dość kombinowania jak wszystko załagodzić. Starałem się z nim skontaktować? Źle! Nie odpowiadał, uciekał! Dałem mu czas? ŹLE! Przecież go olałem, co? To nie miało sensu... nie miało go od początku...
Zeconi
No proszę, czego mogłem się po nim spodziewać. Tylko krzyczeć i denerwować się potrafi, a to wszystko potem się tak przekłada. Ja jestem zły, on się wścieka, potem ja się denerwuję jeszcze bardziej. W sumie, zawsze tak było. Przeszkadzał mi, warknąłem, potem on odwarknął, znowu warknąłem, podniósł głos i doszło do bójki. Jednak wtedy żadna z tych bójek nie była na serio.Słuchając jego warkotu, nie mogłem zareagować inaczej. Miał już odejść i chciałem mu na to pozwolić, jednak skoro już do tego doszło... niech będzie to jasne.
- Wiesz czemu zwiałem!? Dobrze wiesz jak bardzo mi na tym zależało, tak!? Mimo tego wszystkiego nic nie zrobiłeś, totalnie nic! Olałeś mnie, kiedy ja ciebie potrzebowałem. Czemu nie odpowiadałem? Zastanawiałeś się kiedyś nad tym? Nie, na pewno tego nie robiłeś, bo wolałeś zająć się tymi bzdurami zamiast naszymi kontaktami. Druid nie miałby żadnego problemu by zająć się królestwem przez kilka pieprzonych dni! - krzyczałem, a on zatrzymał się, jednak nie odwrócił. Nastawił uszu i słuchał, więc kontynuowałem.
- Chciałem tylko, żebyś mnie odwiedził, żebyś chociaż trochę się przejął, jednak nic... wędrowałem, jednak żadnych wieści o tym, że cesarz się martwi, że mnie szuka, że chce sam z siebie coś zrobić. Wolałeś się wysługiwać innymi. Myślisz, że tylko się potrafię uganiać i wściekać, tak? Nie znasz mnie. Dobrze wiedziałem co się wiążę z tym stanowiskiem i byłem na to przygotowany. Gówno o mnie wiesz i widocznie... ja też cię nigdy nie znałem. - nie wiem dlaczego, ale coś we mnie pękło. Głos się załamał, jednak nadal starałem się jakoś to ogarnąć...
Zamilkłem, opuściłem łeb i otarłem łapą jedną łzę, która raczyła uciec. On nadal stał tyłem do mnie, co nawet mnie cieszyło. Nie zamierzam na niego patrzeć. Zrobiłem krok by stąd odejść, rzucając jeszcze tekst na pożegnanie.
- Myślałem, że chociaż ty widzisz we mnie kogoś innego niż zwykłego podrywacza i potwora. Zawiodłem się. - odwróciłem się i ruszyłem przed siebie, jednak po chwili znowu się zatrzymałem i odwróciłem wzrok na Uriana.
- Jeśli chodzi o tron. - zrobiłem krótką pauzę i spojrzałem na ziemię, by potem ponownie na niego spojrzeć i dokończyć. - Już mi nie zależy, a jeśli chcesz wiedzieć dlaczego to ci powiem. Będę generałem. Wiesz czym to się różni od twojego stanowiska? Tam nie oceniają po okładce. - oznajmiłem ze spokojem, a kiedy nastała cisza i zamiar odejścia. Wtrąciła się ona... moja królewna.
- Zeconi. - powiedziała ze łzami w oczach i zamierzała podejść.
- Nie Viviann... zostaw potwora. - powiedziałem, patrząc na nią, by następnie móc opuścić wzrok.
Urian
- Po okładce? - sapnąłem i odwróciłem się do niego. - Nie martwiłem się tak? Tak o tym myślisz? Nie szukałem cię? Każdego cholernego dnia zastanawiałem się gdzie jesteś, co robisz i kazałem sprawdzać czy wszystko z tobą dobrze. Inna sprawa, że druid nie chciał mnie wypuszczać z zamku, bo i on i wujek uważali, że postanowisz zwyczajnie skórę ze mnie ściągnąć i nie waż się mi mówić, że nie miałeś na to ochoty - spojrzałem mu w oczy. Tak właśnie było, znałem go już wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że tak właśnie było kiedy się wściekał.
- Nie mam już siły, rozumiesz? Nie mam siły myśleć co mam zrobić i jak, żeby tym razem nie nadepnąć ci na odcisk i nie pogorszyć sytuacji. Nigdy nie chciałem siać paniki, biłem się z myślami, nie mówiłem o tym nikomu. Nie chciałem, żeby postrzegano cię jako potencjalnego bratobójcę i zagrożenie dla mnie. Ale tym razem mam naprawdę dość tego, że to zawsze ja muszę ci przypominać o swoim istnieniu. Tak było zawsze. Ja szukałem z tobą kontaktu? Wychodziło na to, że zwyczajnie ci przeszkadzam, warczałeś, wywiązywała się walka. Tym razem miałem robić to samo? Nie...
Ciężko westchnąłem. Ciężar tych wszystkich dni znów na mnie osiadł, przyciskając mnie do ziemi, kładąc się na żebrach jak pień wiekowego drzewa, zabierając mi oddech.
- Jesteś moim bratem i zawsze byłeś dla mnie ważny, zawsze cię kochałem i chciałem, żebyś choć co jakiś czas zwyczajnie był przy mnie, ale nigdy nie potrafiłem tego osiągnąć. Jestem jaki jestem... Mówisz, że się starałeś. Ja także i co mi z tego wyszło? Nic... Znów to ja jestem ten gorszy, ten, który wszystko psuje. Od zawsze tak to wyglądało. Wciąż chodzi o to co ty czujesz... Nie pomyślałeś nigdy co czuję ja... Co czułem kiedy spadła na mnie władza i to całkowicie niespodziewanie. Co czułem kiedy dowiedziałem się, że mój brat uciekł, wściekły, najpewniej przysięgając mi w duchu zemstę. Co czułem nie mając przy sobie nikogo bliskiego, kto by mnie chociaż wysłuchał, po śmierci mamy i wuja. Mógłbyś choć raz pomyśleć też o tym, że nie tylko tobie nie jest łatwo. Ja naprawdę mam dość tej niepewności i napięcia... Dość tego, że nawet nie wiem czy mam prawo o cokolwiek się starać... - powiedziałem słabo, bo już nawet złość ze mnie wyparowała. Czułem tylko smutek - Zrobisz co będziesz chciał, jak zawsze.
- Nie mam już siły, rozumiesz? Nie mam siły myśleć co mam zrobić i jak, żeby tym razem nie nadepnąć ci na odcisk i nie pogorszyć sytuacji. Nigdy nie chciałem siać paniki, biłem się z myślami, nie mówiłem o tym nikomu. Nie chciałem, żeby postrzegano cię jako potencjalnego bratobójcę i zagrożenie dla mnie. Ale tym razem mam naprawdę dość tego, że to zawsze ja muszę ci przypominać o swoim istnieniu. Tak było zawsze. Ja szukałem z tobą kontaktu? Wychodziło na to, że zwyczajnie ci przeszkadzam, warczałeś, wywiązywała się walka. Tym razem miałem robić to samo? Nie...
Ciężko westchnąłem. Ciężar tych wszystkich dni znów na mnie osiadł, przyciskając mnie do ziemi, kładąc się na żebrach jak pień wiekowego drzewa, zabierając mi oddech.
- Jesteś moim bratem i zawsze byłeś dla mnie ważny, zawsze cię kochałem i chciałem, żebyś choć co jakiś czas zwyczajnie był przy mnie, ale nigdy nie potrafiłem tego osiągnąć. Jestem jaki jestem... Mówisz, że się starałeś. Ja także i co mi z tego wyszło? Nic... Znów to ja jestem ten gorszy, ten, który wszystko psuje. Od zawsze tak to wyglądało. Wciąż chodzi o to co ty czujesz... Nie pomyślałeś nigdy co czuję ja... Co czułem kiedy spadła na mnie władza i to całkowicie niespodziewanie. Co czułem kiedy dowiedziałem się, że mój brat uciekł, wściekły, najpewniej przysięgając mi w duchu zemstę. Co czułem nie mając przy sobie nikogo bliskiego, kto by mnie chociaż wysłuchał, po śmierci mamy i wuja. Mógłbyś choć raz pomyśleć też o tym, że nie tylko tobie nie jest łatwo. Ja naprawdę mam dość tej niepewności i napięcia... Dość tego, że nawet nie wiem czy mam prawo o cokolwiek się starać... - powiedziałem słabo, bo już nawet złość ze mnie wyparowała. Czułem tylko smutek - Zrobisz co będziesz chciał, jak zawsze.
Zeconi
Nie wierzyłem w to co właśnie usłyszałem. Naprawdę, czy oni wszyscy uważali mnie za takiego psychopatę? Nic kurwa takiego nie zrobiłem, więc czemu? Cały czas się starałem, uczyłem się i nawet szukałem idealnej wadery na cesarzową, jednak nie... lepiej brać pod uwagę tylko to, że się wściekłem. Zawsze byłem jakiś spokojny i proszę, na co mi to było? Teraz nawet braciszek uważa, że rzeczywiście byłbym w stanie go zabić. Debil po prostu!- Nawet teraz mam ochotę to zrobić. I co? Myślisz, że jestem w stanie? Słowa to nie czyny, mój braciszku. Mogę ci nawet mówić, że cię nienawidzę, ale byłbyś głupcem, uważając, że to wszystko prawda. - odwarknąłem mu, a on zamiast się zdenerwować bardziej... odpuścił.
Nie chciał, żeby mnie tak postrzegano? Naprawdę? Mam w to uwierzyć? On się nawet głupiego druida boi, a co dopiero powiedzieć ludowi, że wszystko w porządku. Bał się do mnie przyjść, więc nie dziwię się teraz, że każdy się na mnie tak dziwnie patrzy. Normalnie, jakbym zabił całą wioskę. Przynajmniej w wojsku wiedzą jaki jestem, ale tego co tutaj się stało... tak szybko nie da się naprawić.
- Już nie zachowuj się jak pizda, bo dobrze wiesz, że te walki były zabawne. - przewróciłem oczyma. No i miałem rację, nie znam go. Jakoś nigdy nie narzekał, że go tam ugryzłem czy przewróciłem. A nawet jeśli on to robił, to też szybko zapominałem. Tak, denerwowało mnie, kiedy mnie ośmieszał przed waderami, ale tego kwiatu jest pół światu. Może i ma rację, jednak dobrze wiedział jak będą wyglądać przygotowania i nauka. Musiałem po prostu odpocząć od tej rywalizacji, a przy nim się nie dało. Jemu nie zależało, mi za bardzo, więc to chyba nie dziwne, że się aż tak zdenerwowałem, prawda? Miałem prawo, a on powinien coś z tym zrobić, ale nie. Tak jak nie zależało mu na władzy, tak samo nie zależało mu na tym, by się pogodzić. Dość tego. Będę generałem, a on niech się wypcha swoim tronem.
- Właśnie. Tym się różnimy. Ja robię to co chcę, ty natomiast wszystkiego się boisz, na nic nie masz siły. Nic ze sobą nie robiłeś, tylko biegałeś bezsensownie po murach zamku, kiedy ja ciężko pracowałem nad tym, by się przypodobać. Jednak co wszyscy widzieli? Widzieli tylko to, że lubiłem towarzystwo wader. Lubię je nadal i się z tym nie kryję, a ty? Chowasz w sobie zbyt wiele, przez co tak to się kończy. Co czułeś? Wiesz, czemu nikogo to nie obchodziło? Bo tak właśnie chciałeś, by wszyscy myśleli jaki to jesteś cudowny. To, że zostałeś cesarzem nie znaczy, że masz tracić siebie. Nie pamiętasz ojca? Chcesz być od niego lepszy, tak? Oczywiście. - zaśmiałem się.
- Nigdy nie będziesz od niego lepszy, bo on się nie chował. Matka mówiła, że to zły wilk, że był okropny, ale popytaj mieszkańców. I co powiedzą? Pytałeś kiedyś o to? Ja pytałem. Agresywny, wybuchowy, zabawny, uwielbiający piękne wadery i dobre imprezy, jednak zawsze po tym pojawiało się... dbający o poddanych i zapewniający poczucie bezpieczeństwa. Szkoda, że prócz mnie, nikt tego nie widział. - powiedziałem, nie po to by go dobić, jednak po to by w końcu coś zrozumiał. Każdy mieszkaniec dobrze wiedział jaki był Red Rose, ale lubili go. A co mogą powiedzieć o Urianie? To, że jest idealny i bez skaz? To tylko wilk, po to ma druidów by oni zajmowali się pierdołami. Chce wszystko robić sam? Proszę bardzo, jednak niech nie oczekuje, że będzie szczęśliwy.
Brat zamilkł na chwilę i opuścił głowę. Ehh, szkoda mi go, naprawdę. Przypomniałem sobie, że kiedyś rzucaliśmy się kulkami powietrza, więc machnąłem jakąś lekką i posłałem w jego kierunku. Dostał w głowę, jednak nie odbił jej. Najeżył sierść i spojrzał na mnie gniewnie. Pięknie, po prostu pięknie. Serio? Mnie okrzyknęli psychopatą, który chce brata zabić, a tymczasem to on jest chory psychicznie.
- Co? Zapomniałeś już, jak się gra w powietrzną piłkę? - zaśmiałem się i posłałem mu kolejną kulkę, którą tym razem odbił. Kątem oka spojrzałem na waderę, która w końcu się uśmiechnęła.
Bratu też przeszło, pograliśmy trochę i postanowiliśmy normalnie porozmawiać, na osobności. Viviann nie miała nic przeciwko temu, chociaż wiadomo, że wolałbym spędzić ten czas z nią. Szkoda, że należy do niego, ale wiem też, że Urian jest kiepski w te klocki, więc mu nie odbiję jedynej wadery jaką ma.
poniedziałek, 17 kwietnia 2017
Zeconi - Cicha woda
Obudziłem się tuż przed śniadaniem w zamku, a zaraz po nim byłem umówiony z moją cudownością. Tyle czasu się nie widzieliśmy, a ona nadal jest tak piękna jak była, tak słodka i taka mądra. Uwielbiałem jej ciało, jej widok i ogólnie mógłbym stwierdzić, że się zakochałem, gdyby nie to, że ja się nie zakochuje. Nie. Jako cesarz pewnie bym ją wybrał i byłoby fajnie, ale nie jestem cesarzem i mogę sobie robić co mi się podoba. Życie jest za krótkie by być z jedną waderą, a tak na poważnie to bardziej boję się, że spotkam lepszą. Niczego nie obiecuję i obiecywać nie będę, to nie ma sensu, a potem te moje śliczności są smutne. Układ jest prosty. Jak daje mi się od razu to popiera mój system
Po śniadaniu zmierzałem ku ogrodom królewskim, bo gdzie jest piękniej jak nie tam? Wadery to lubią, to oczywiste! Jak one to mawiają? Oh, tak "Jak tu romantycznie". Pff, skomplikowane, ale do końca, bo szczerze... co ma miejsce do kochania? Po co patrzeć na miejsce? Ja się zawsze skupiam tylko na pięknym ciele, cudownych oczach i mięciutkiej sierści.
Moją uwagę przykuła pewna czarna wadera, która leżała przy stawiku. Jak na moje oko, ona czeka na swojego księcia z bajki, więc no cóż... jestem! Shae może poczekać, albo coś tam jej wypadnie. Oby. Nie chcę tutaj smutnej, białej śliczności, a jeśli nawet to mam ją pod taką kontrolą, że wszystko łyknie. Taka trochę niezdarna, ale szaleńczo zakochana. To dobrze, zawsze to jakaś opcja awaryjna.
- Witaj cudowna niewiasto, czy mogę się dosiąść? - podszedłem do czarnej wadery, delikatnie umieszczając kwiatek na wodzie, tuż przed jej oczyma.
- Ja... - zaczęłam, czując pewnego rodzaju blokadę. - Jasne. - dodałam po dłuższej chwili.
Wtem stwierdziłam, iż większość wilków, z którymi zaczynam rozmowę, bardzo szybko chce ją kończyć, ponieważ zrażają się moją nieśmiałością. W pewnym sensie czasami ratowało mi to skórę, lecz totalny brak kontaktu z innymi oprócz własnej rodziny jest niedobry.
- Mam nadzieję, że to twój ulubiony kwiat, a jeśli nie, to czy zechcesz zdradzić mi tą tajemnicę? - usiadłem obok niej, po czym zapytałem, patrząc najpierw na kwiat i kończąc pytanie ze wzrokiem skierowanym na czarną istotkę.
- Ym... No... - zbierałam w myślach słowa do kupy. - No bo... T-ten kwiat jest bardzo ładny... Tylko... Tylko ż-że... Ohh...
Wydałam z siebie jęk smutku, zmieszanego z lekką irytacją, po czym przypadłam głową do ziemi i zakryłam pysk łapami. Najchętniej to zapadłabym się teraz pod ziemię, albo w ogóle gdzieś, gdzie mnie nie widać, a najlepiej, żeby jeszcze nie było mnie słychać. Taki wstyd... Zaraz chyba po prostu się rozpłaczę. Nie ważne, że będzie ze mnie jeszcze większe pośmiewisko.
Uśmiechnąłem się do siebie, patrząc na czarną jeszcze przez chwilkę, po czym ułożyłem się tuż obok, tak by poczuła moje ciepło. Wyciągnąłem łapy i ułożyłem na nich głowę, po czym zacząłem szeptać, tak by usłyszała.
- Wszystkie kwiaty są piękne, jednak każdy musi znaleźć ten jedyny. Kiedy tak się stanie, wszystko już będzie dobrze. Mój kwiat nie musi być tym, którego szukasz ty... - szepcząc te słowa, obserwowałem kwiatek na wodzie.
- Kiedy już znajdziesz odpowiedni kwiat, nie daj mu zwiędnąć, bo już może nie odrosnąć. - dodałem, już normalnym tonem głosu. Chociaż z drugiej strony, rzadko kiedy bywałem, jakby to powiedzieć... czuły? Troskliwy? Na ogrodnictwie też się nie znałem, więc jeśli ona się zna, to jestem kretynem, ale chyba słodkim, prawda?
Niebo się nad nami zarwało i woda runęła z chmur, jakby Arcanus utworzył nową rzekę. Taką z nieba, na ziemię. Wadera mimo grzmotów, nadal leżała, więc dałem jej chwilę, ochraniając nad przed deszczem. Utworzyłem powietrzny parasol, leżąc i czekając aż ona przejmie inicjatywę.
- Ym... Jak brzmi t-t-twoje... - dukałam, a pod koniec ściszyłam swój głos do takiego stopnia, iż był on praktycznie niesłyszalny. Przymknęłam lekko oczy, co na prawdę pomogło, ponieważ wymyśliłam jakieś sensowne dokończenie tego zdania, które i tak było bardzo chaotyczne. - ...twoje imię? Imię. - dokończyłam trochę pewniej i głośniej.
To z pewnością nie nawiązywało do tematu zaczętego przez samca, lecz na prawdę nic innego do głowy mi nie przychodziło (o ile w ogóle coś tam przyszło). Opuściłam wzrok, gdyż nie mogłam się tak ciągle patrzeć na kogoś innego. To było niekomfortowe, praktycznie nie mogłam zaczerpnąć normalnego wdechu, przez co oddychałam bardzo płytko.
- Zeconi. Zeconi the White. A tobie jak na imię? - uśmiechnąłem się do niej, jednocześnie będąc wyjątkowo zauroczony jej osobą.
Co ja na to poradzę, że uwielbiam takie wadery! Po prostu tulić, kochać i obraniać, czyli wszystko to czego chce normalny basior. Być dla niej całym światem.
- Renn Waterfall - odparłam. - A-a tak z cie-ciekawości zapytam... Urian to twój... brat? - dodałam.
Gdy tylko szary wilk usłyszał imię cesarza, od razu spiął mięśnie, a jego pysk jakby wykrzywił się w grymasie niezadowolenia. Me serce zaczęło szybciej bić, a oddech stawał się coraz płytszy. Nie chciałam, aby samiec tak zareagował. Zapewne sprawiłam mu przykrość moim błędnym myśleniem.
- Oh... W-wybacz mi za takie głupie pytanie... - westchnęłam z żalem.
Wszystko dobrze, aż tu nagle pojawia się Urian. Kurde, czy on musi być wszędzie? W prawie już dawno o nim nie myślałem, bo miałem lepsze rzeczy do roboty i nawet nie jestem na niego wściekły. Teraz to mi raczej wszystko obojętne, jednak myśli to tylko myśli. Może i chciałem być cesarzem, ale teraz to już nie ma sensu. Porażki trzeba umieć znosić, a ja no cóż... zachowałem się jak szczeniak, jednak kto się temu dziwi? To było dwa lata temu. Pora dorosnąć.
- Nic nie szkodzi. - uśmiechnąłem się do niej i delikatnie musnąłem ją po policzku.
- Chodźmy się przejść. Tak ładnie pada, że szkoda tego nie wykorzystać. - wstałem i czekałem na jej reakcję, która była bardzo do przewidzenia. Przecież mi nie odmówi, prawda? Jest na to zbyt nieśmiała, proste.
Ja osobiście nie przepadam za byciem mokrym, ale wszystko fajnie wygląda podczas deszczu. Oczywiście wiadomo, że mój powietrzny parasol to podstawa takich przechadzek.
Wadera rozejrzała się i zamyśliła na chwilkę, po czym wstała i dołączyła do mnie. Widać było, że jest bardzo nie pewna tego co robi, w końcu znamy się od kilku chwil. Jeszcze co? Porwę ją i zgwałcę? Przed takimi basiorami to ja będę ją chronić. Jest moja.
Po śniadaniu zmierzałem ku ogrodom królewskim, bo gdzie jest piękniej jak nie tam? Wadery to lubią, to oczywiste! Jak one to mawiają? Oh, tak "Jak tu romantycznie". Pff, skomplikowane, ale do końca, bo szczerze... co ma miejsce do kochania? Po co patrzeć na miejsce? Ja się zawsze skupiam tylko na pięknym ciele, cudownych oczach i mięciutkiej sierści.
Moją uwagę przykuła pewna czarna wadera, która leżała przy stawiku. Jak na moje oko, ona czeka na swojego księcia z bajki, więc no cóż... jestem! Shae może poczekać, albo coś tam jej wypadnie. Oby. Nie chcę tutaj smutnej, białej śliczności, a jeśli nawet to mam ją pod taką kontrolą, że wszystko łyknie. Taka trochę niezdarna, ale szaleńczo zakochana. To dobrze, zawsze to jakaś opcja awaryjna.
- Witaj cudowna niewiasto, czy mogę się dosiąść? - podszedłem do czarnej wadery, delikatnie umieszczając kwiatek na wodzie, tuż przed jej oczyma.
Renn
Ni to z gruszki, ni z pietruszki, coś, co stanowczo nie było wodą, uniosło się na niej. Zamrugałam kilka razy myśląc, że moja psychika jest tak bardzo podniszczona, iż mam halucynacje. Na całe szczęście, roślina ta była prawdziwa, na co odetchnęłam z ulgą, a panika jeszcze przed chwilą narastająca z sekundy na sekundę, teraz zmalała. Słysząc nieznajomy mi głos, niemalże podskoczyłam, biorąc głęboki wdech. Spojrzałam niepewnie na wilka, który zadał mi pytanie. Niestety, na jego widok od razu spuściłam wzrok na wodę, bowiem nigdy nie przepadałam za dostawaniem komplementów, a tym bardziej od tak przystojnych basiorów, za którymi uganiało się całe stado wilczyc. Oh, nie chcę sobie narobić wrogów zwykłą rozmową z tym wilkiem, gdyż niektóre z adoratorek są tak zaślepione swym ideałem, że mogłyby nawet skrzywdzić kogoś, kto zagraża im przyszłym związkom. Przełknęłam ślinę, zbierając swe myśli do kupy.- Ja... - zaczęłam, czując pewnego rodzaju blokadę. - Jasne. - dodałam po dłuższej chwili.
Wtem stwierdziłam, iż większość wilków, z którymi zaczynam rozmowę, bardzo szybko chce ją kończyć, ponieważ zrażają się moją nieśmiałością. W pewnym sensie czasami ratowało mi to skórę, lecz totalny brak kontaktu z innymi oprócz własnej rodziny jest niedobry.
Zeconi
Wadera najwidoczniej się przestraszyła, co moim zdaniem jest bardzo urocze. Od zawsze miałem jakąś słabość do takich wilczyc, bowiem to naturalne. Nie po to wymyślono te wszystkie bajki o królewnie w opałach i jej królewiczu. Wadera to ma być wadera, a nie jakieś nie wiadomo co, co sądzi, że w wojsku będzie fajnie. Zwykłe popisywanie się i chęć bycia lepszym od samców. Jakieś kompleksy mają te nasze kapralki. Po co być lepszym od nas, skoro same są idealne, jeśli oczywiście zachowują się jak na płeć piękną przystało. Słodkie, głupiutkie, niezdarne, nieśmiałe i pakujące się w kłopoty. Takie właśnie są najcudowniejsze, bowiem przy nich basior może być basiorem. Od razu staje się odpowiedzialny i łapę by dał sobie uciąć za chociażby jeden uśmiech. A teraz? Nie wiem, ale ostatnio moda na jakieś chamskie teksty i samcze zachowanie, już nie wspominając o chęci rozkazywania. Ona chce samca czy samicę? A może najlepiej szczeniaka, który jednocześnie będzie dojrzały by ją zapłodnić. Po prostu masakra!- Mam nadzieję, że to twój ulubiony kwiat, a jeśli nie, to czy zechcesz zdradzić mi tą tajemnicę? - usiadłem obok niej, po czym zapytałem, patrząc najpierw na kwiat i kończąc pytanie ze wzrokiem skierowanym na czarną istotkę.
Renn
Przełknęłam ślinę, wbijając swój wzrok w kwiat dryfujący na błękitnawej tafli wody. Na pytanie zadane przez basiora nie umiałam odpowiedzieć. Po prostu. Nie miałam chyba żadnej ulubionej rośliny, gdyż wszystkie były dla mnie tak samo piękne. Choć... Za młodu mama pokazywała nam takie ładne, fioletowe kwiaty. Teraz ich zapach bardzo kojarzy mi się z nią. To były chyba irysy, choć łapy nie mogłabym sobie za to uciąć. Tak czy siak, w moich oczach wszystko miało w sobie jakiś urok, lecz nie chcąc zasmucić szarego wilka, postanowiłam odpowiedzieć tak, aby było mu miło.- Ym... No... - zbierałam w myślach słowa do kupy. - No bo... T-ten kwiat jest bardzo ładny... Tylko... Tylko ż-że... Ohh...
Wydałam z siebie jęk smutku, zmieszanego z lekką irytacją, po czym przypadłam głową do ziemi i zakryłam pysk łapami. Najchętniej to zapadłabym się teraz pod ziemię, albo w ogóle gdzieś, gdzie mnie nie widać, a najlepiej, żeby jeszcze nie było mnie słychać. Taki wstyd... Zaraz chyba po prostu się rozpłaczę. Nie ważne, że będzie ze mnie jeszcze większe pośmiewisko.
Zeconi
Zachowanie tej ślicznotki było bardzo słodkie, a kiedy się zamotała i zakryła łapkami, to normalnie... zakochałem się. Oh, jak ja uwielbiam takie samice. Od razu mam ochotę się nimi zająć, przytulić i obiecać, że wszystko będzie dobrze. Jednak jest pewien problem, nie obiecam nigdy, że będę zawsze. Wiadomo jak to jest, to nie pierwsza i nie ostatnia wadera, a one wszystkie chciałby mnie mieć na zawsze i żebym był tylko dla nich. Tak się nie da...Uśmiechnąłem się do siebie, patrząc na czarną jeszcze przez chwilkę, po czym ułożyłem się tuż obok, tak by poczuła moje ciepło. Wyciągnąłem łapy i ułożyłem na nich głowę, po czym zacząłem szeptać, tak by usłyszała.
- Wszystkie kwiaty są piękne, jednak każdy musi znaleźć ten jedyny. Kiedy tak się stanie, wszystko już będzie dobrze. Mój kwiat nie musi być tym, którego szukasz ty... - szepcząc te słowa, obserwowałem kwiatek na wodzie.
- Kiedy już znajdziesz odpowiedni kwiat, nie daj mu zwiędnąć, bo już może nie odrosnąć. - dodałem, już normalnym tonem głosu. Chociaż z drugiej strony, rzadko kiedy bywałem, jakby to powiedzieć... czuły? Troskliwy? Na ogrodnictwie też się nie znałem, więc jeśli ona się zna, to jestem kretynem, ale chyba słodkim, prawda?
Niebo się nad nami zarwało i woda runęła z chmur, jakby Arcanus utworzył nową rzekę. Taką z nieba, na ziemię. Wadera mimo grzmotów, nadal leżała, więc dałem jej chwilę, ochraniając nad przed deszczem. Utworzyłem powietrzny parasol, leżąc i czekając aż ona przejmie inicjatywę.
Renn
Basior nawet nie zwrócił uwagi na moje onieśmielenie, co mnie bardzo zdziwiło, aczkolwiek jeszcze mocniej ucieszyło. Na moim pysku pojawił się mały uśmiech. Podniosłam lekko pysk, spoglądając w górę. Nawet nie zauważyłam, że zaczęło padać. Poniekąd jednak takie zjawisko sprawiało mi przyjemność, ponieważ czułam w tedy pełnię swoich możliwości. To tak, jakby w moje ciało wpływała energia, która sprawiała, że moja moc żywiołu stawała się potężniejsza... Ale to było tylko wrażenie, gdyż nieraz próbowałam stworzyć coś niesamowitego z wody podczas deszczu, a wychodziło mi to, co na normalnych treningach. Zauważyłam wyczekujący wzrok szarego wilka, który mnie lekko speszył i zdezorientował. Ponownie w mojej głowie zapanowała pustka, choć z początku sądziłam, że tak nie jest.- Ym... Jak brzmi t-t-twoje... - dukałam, a pod koniec ściszyłam swój głos do takiego stopnia, iż był on praktycznie niesłyszalny. Przymknęłam lekko oczy, co na prawdę pomogło, ponieważ wymyśliłam jakieś sensowne dokończenie tego zdania, które i tak było bardzo chaotyczne. - ...twoje imię? Imię. - dokończyłam trochę pewniej i głośniej.
To z pewnością nie nawiązywało do tematu zaczętego przez samca, lecz na prawdę nic innego do głowy mi nie przychodziło (o ile w ogóle coś tam przyszło). Opuściłam wzrok, gdyż nie mogłam się tak ciągle patrzeć na kogoś innego. To było niekomfortowe, praktycznie nie mogłam zaczerpnąć normalnego wdechu, przez co oddychałam bardzo płytko.
Zeconi
Wadera albo była nie pewna siebie, i to aż za bardzo, albo moja cudowna osoba ją tak onieśmielała. Schlebiało mi to, nie powiem, że nie. Czemu każda nie może być taka? Teraz nie idzie znaleźć słodkiej, niewinnej i nieśmiałej królewny, bo wszystkie chcą być samodzielne. Po co? Czy to ma w ogóle sens? Wiadomo, że wadera i tak nie będzie rządzić, a nawet jeśli basior umrze pierwszy, to on sam o jej śmiałość zadbał na tyle, by coś ogarnęła. Zresztą, tron i tak przejmie jej syn, więc raczej panienki muszą być panienkami. Basior i szczeniaczki. Tym się powinny zajmować, bo tak chciał Arcanus.- Zeconi. Zeconi the White. A tobie jak na imię? - uśmiechnąłem się do niej, jednocześnie będąc wyjątkowo zauroczony jej osobą.
Co ja na to poradzę, że uwielbiam takie wadery! Po prostu tulić, kochać i obraniać, czyli wszystko to czego chce normalny basior. Być dla niej całym światem.
Renn
Zeconi the White. Przecież nasz cesarz, Urian, ma taki sam przydomek. Słyszałam, że ma on pewien konflikt z bratem, lecz nie wiedziałam, jak ten basior się nazywa. Właściwie powtarzaliśmy to na lekcjach, aczkolwiek raczej nie zainteresowało mnie to tak, abym zapamiętała wszystkie imiona rodziny królewskiej. Teraz jednak zaintrygowało mnie to na tyle, żebym dopytała się o to Zeconiego.- Renn Waterfall - odparłam. - A-a tak z cie-ciekawości zapytam... Urian to twój... brat? - dodałam.
Gdy tylko szary wilk usłyszał imię cesarza, od razu spiął mięśnie, a jego pysk jakby wykrzywił się w grymasie niezadowolenia. Me serce zaczęło szybciej bić, a oddech stawał się coraz płytszy. Nie chciałam, aby samiec tak zareagował. Zapewne sprawiłam mu przykrość moim błędnym myśleniem.
- Oh... W-wybacz mi za takie głupie pytanie... - westchnęłam z żalem.
Zeconi
Renn the Waterfall? Coś mi to mówi, jednak nie jestem w stanie sobie teraz przypomnieć skąd znam ten przydomek. Mniejsza, teraz liczy się tylko ta czarna piękność, chociaż wiadomo... szare są najlepsze.Wszystko dobrze, aż tu nagle pojawia się Urian. Kurde, czy on musi być wszędzie? W prawie już dawno o nim nie myślałem, bo miałem lepsze rzeczy do roboty i nawet nie jestem na niego wściekły. Teraz to mi raczej wszystko obojętne, jednak myśli to tylko myśli. Może i chciałem być cesarzem, ale teraz to już nie ma sensu. Porażki trzeba umieć znosić, a ja no cóż... zachowałem się jak szczeniak, jednak kto się temu dziwi? To było dwa lata temu. Pora dorosnąć.
- Nic nie szkodzi. - uśmiechnąłem się do niej i delikatnie musnąłem ją po policzku.
- Chodźmy się przejść. Tak ładnie pada, że szkoda tego nie wykorzystać. - wstałem i czekałem na jej reakcję, która była bardzo do przewidzenia. Przecież mi nie odmówi, prawda? Jest na to zbyt nieśmiała, proste.
Ja osobiście nie przepadam za byciem mokrym, ale wszystko fajnie wygląda podczas deszczu. Oczywiście wiadomo, że mój powietrzny parasol to podstawa takich przechadzek.
Wadera rozejrzała się i zamyśliła na chwilkę, po czym wstała i dołączyła do mnie. Widać było, że jest bardzo nie pewna tego co robi, w końcu znamy się od kilku chwil. Jeszcze co? Porwę ją i zgwałcę? Przed takimi basiorami to ja będę ją chronić. Jest moja.
niedziela, 16 kwietnia 2017
Zeconi - Witaj siostro
Skoro odwiedziłem zamek, to czemu by nie poszukać siostry? W sumie to obojętne mi są one, jednak jak trochę poprawię te kontakty to Uriana to troszkę dobije. Dobre stosunku z siostrami są najlepszym pomysłem na jaki wpadłem w ostatnim czasie. Poza tym chyba w końcu dorosłem do tego, by uważać je za prawie równe mej osoby. Kiedyś to były zwykłe pasztety, cieniaski i idiotki. Ciekaw jestem czy cokolwiek się zmieniło, czy nadal są tak samo głupie jak kiedyś.
Na dziedzińcu udało mi się spotkać z Evangeline, akurat wychodziła z zamku. Ona zawsze była jakaś dziwna, ale cóż, pierwsza lepsza. Hmm, ciekawe czy nadal ma jest tak samo ponura. Dawniej siedziała całymi dniami w samotności, patrząc na wszystkich z pogardą, już nie mówiąc o tych szczęśliwych. Czasem miałem wrażenie, że rzuca jakieś zaklęcia by im życie zrujnować, jednak co mnie to obchodziło, tak dokładniej.
- Cześć Evangeline. Jak tam się masz? - zagadałem. Wadera pewnie musiała być zdziwiona, bowiem doskonale wiemy, że za szczeniaka za bardzo się na sobie nie skupialiśmy. Chociaż... z drugiej strony to ona ma mnie pewnie w dupie i wzajemnie.
- Witaj, braciszku. - powiedziałam przesadnie słodko. - Miło mi cię widzieć. U mnie wszystko dobrze, nawet bardzo. A jak u ciebie, mój drogi?
Doprawdy, nie poznawałam dzisiejszego dnia samej siebie. Od kiedy ja, najpoważniejszy wilk w całej Arcanterrze, miałam ochotę się śmiać po każdym swoim wypowiedzianym zdaniu, czy nawet, o zgrozo, słowie? Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że rozpoczynanie i ciągnięcie takiej rozmowy były bezsensowne. Nie wiem, czy wiedział to Zeconi, bo jako basior, na moje oko zdruzgotany koronowaniem brata mimo własnych usilnych i jakże szlachetnych starań, zapewne wielu istotnych rzeczy nie dostrzegał, zaślepiony swoją okrutną porażką. Miałam wielką ochotę przewrócić oczami. A poza tym się zaśmiać. Dobre sobie. Chciałam też rzucić kochanemu bratu w twarz mniej więcej coś takiego: ''Wybór naszego braciszka Uriana na cesarza poprzestawiał ci w głowie po raz kolejny czy opętał cię zły duch?''. Chyba jednak nawet starania mi nie wychodzą. Znów pomyślałam, że to smutne. Och, wilki chyba nigdy się nie zmieniają. Na szczęście.
- A świetnie. Jak już wiesz, jestem oficerem, a niedługo stanowisko generała będzie moje. A ty jak tam z wyborem stanowiska? - zapytałem, chociaż szczerze niezbyt mnie to interesowało.
Ten pomysł jest kiepski. Urian pewnie ma ją tak samo gdzieś jak i ja, jednak przypominam sobie, że kiedyś rozmawiał z Lee. Nawet w klasie obydwoje się uwzięli na mnie i Shae, więc chociaż jedną siostrę wypada mieć po swojej stronie. Wiem, wiem, są jeszcze Rosemary i Diana, ale z najnowszych plotek wiadomo, że poszły na wyprawy pokojowe, czyli no... będą wychodzić za mąż. Coś jak Viviann, tylko z tą różnicą, że szarej mi szkoda. Urian? Serio? Na jej miejscu wolałbym się zabić, niżeli brać takiego osła.
Trudno mi było, ale zaproponowałem Evce spacer. Zobaczymy co z tego wyjdzie, może jeszcze mi opowie coś więcej. Przydałoby mi się.
Na dziedzińcu udało mi się spotkać z Evangeline, akurat wychodziła z zamku. Ona zawsze była jakaś dziwna, ale cóż, pierwsza lepsza. Hmm, ciekawe czy nadal ma jest tak samo ponura. Dawniej siedziała całymi dniami w samotności, patrząc na wszystkich z pogardą, już nie mówiąc o tych szczęśliwych. Czasem miałem wrażenie, że rzuca jakieś zaklęcia by im życie zrujnować, jednak co mnie to obchodziło, tak dokładniej.
- Cześć Evangeline. Jak tam się masz? - zagadałem. Wadera pewnie musiała być zdziwiona, bowiem doskonale wiemy, że za szczeniaka za bardzo się na sobie nie skupialiśmy. Chociaż... z drugiej strony to ona ma mnie pewnie w dupie i wzajemnie.
Evangeline
Nigdy nie słyszałam gorszego żartu. Z reguły żarty mnie nie bawiły, ale śmiałam się z nich, by nie wyjść w oczach naiwnych obserwatorów na bardziej ponurą, niż byłam. A może byłam tak bardzo posępna, że już bardziej być nie mogłam? Słowa mojego brata, który nigdy nie zwracał na mnie większej uwagi, a które określiłoby się jako miłe czy też przyjacielskie, zaskakująco bardzo mnie rozbawiły. Zaśmiałam się więc krótko, lecz cicho. Zeconi rzucił mi gniewne spojrzenie, toteż spoważniałam lub po prostu wróciłam do swojego codziennego zachowania, które nie mogło być już gorsze. Jakie to smutne. Wolałabym jeszcze nie zadzierać z tym, który obejmował stanowisko oficera. Jeszcze. Ostatecznie kogoś takiego dobrze by było mieć po swojej stronie, więc czemu by nie spróbować? Co się mogło stać w najgorszym przypadku? Najwyżej wyszkolony wojownik, który przy okazji jest także moim obojętnym mi bratem, prawdopodobnie z zimną krwią odbierze mi życie. Ale cóż, istnieją przecież gorsze sposoby na śmierć, czyż nie?- Witaj, braciszku. - powiedziałam przesadnie słodko. - Miło mi cię widzieć. U mnie wszystko dobrze, nawet bardzo. A jak u ciebie, mój drogi?
Doprawdy, nie poznawałam dzisiejszego dnia samej siebie. Od kiedy ja, najpoważniejszy wilk w całej Arcanterrze, miałam ochotę się śmiać po każdym swoim wypowiedzianym zdaniu, czy nawet, o zgrozo, słowie? Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że rozpoczynanie i ciągnięcie takiej rozmowy były bezsensowne. Nie wiem, czy wiedział to Zeconi, bo jako basior, na moje oko zdruzgotany koronowaniem brata mimo własnych usilnych i jakże szlachetnych starań, zapewne wielu istotnych rzeczy nie dostrzegał, zaślepiony swoją okrutną porażką. Miałam wielką ochotę przewrócić oczami. A poza tym się zaśmiać. Dobre sobie. Chciałam też rzucić kochanemu bratu w twarz mniej więcej coś takiego: ''Wybór naszego braciszka Uriana na cesarza poprzestawiał ci w głowie po raz kolejny czy opętał cię zły duch?''. Chyba jednak nawet starania mi nie wychodzą. Znów pomyślałam, że to smutne. Och, wilki chyba nigdy się nie zmieniają. Na szczęście.
Zeconi
Spojrzałem na nią z lekkim zdziwieniem. Co jak co, ale nie przypominam sobie, żeby była aż tak słodka. Czy ona czasem nie leżała gdzieś w kącie z kwaśną miną? W sumie to, nie wiem. Nie interesowało mnie to. Może sam fakt, że się do niej odezwałem wywiera na mnie takie wrażenie i wszystko wydaje się nie realne? Możliwe. Nawet bardzo.- A świetnie. Jak już wiesz, jestem oficerem, a niedługo stanowisko generała będzie moje. A ty jak tam z wyborem stanowiska? - zapytałem, chociaż szczerze niezbyt mnie to interesowało.
Ten pomysł jest kiepski. Urian pewnie ma ją tak samo gdzieś jak i ja, jednak przypominam sobie, że kiedyś rozmawiał z Lee. Nawet w klasie obydwoje się uwzięli na mnie i Shae, więc chociaż jedną siostrę wypada mieć po swojej stronie. Wiem, wiem, są jeszcze Rosemary i Diana, ale z najnowszych plotek wiadomo, że poszły na wyprawy pokojowe, czyli no... będą wychodzić za mąż. Coś jak Viviann, tylko z tą różnicą, że szarej mi szkoda. Urian? Serio? Na jej miejscu wolałbym się zabić, niżeli brać takiego osła.
Trudno mi było, ale zaproponowałem Evce spacer. Zobaczymy co z tego wyjdzie, może jeszcze mi opowie coś więcej. Przydałoby mi się.
sobota, 15 kwietnia 2017
Soovimatu - Jestem beznadziejny, przepraszam
Nie wiem co się ostatnio stało w ogrodach. To było dziwne, naprawdę. Chciałem za nią pobiec, jednak po co? O co bym pytał? Dlaczego mnie zostawia? Przecież to, że kogoś ma, nie znaczy, że tak musi być. Poza tym, nie potrafiłem się ruszyć z miejsca. Odeszła, a ja stałem... ze łzami w oczach, aż w końcu to wszystko puściło. Poszedłem do lasu, który był jej pełen. Nie rozumiałem, nic. Nawet nie zauważyłem, kiedy zasnąłem na polance.
Obudziłem się w nocy. Sam. Ciemność. Co ja mam zrobić? Odejdę...
Minęły trzy tygodnie nim doszedłem do plemienia. Kilka razy zastanawiałem się czy nie zawrócić, nawet w sumie biegłem do zamku, chcąc jej wszystko powiedzieć i oznajmić, że rozumiem, ale musi wiedzieć. Jednak byłem za daleko, zmęczyłem się, padłem na ziemię ze łzami w oczach i wróciłem do kontynuowania mej podróży. Udało się, ale jak bardzo to bolało.
Na miejscu spotkałem moje dzieci, które bardzo się ucieszyły na mój widok. Tak samo zresztą wnuczęta, które bardzo wyrosły, a niektóre nawet mają partnera. Cieszyłem się też z tego, że wiele zmieniło w plemieniu. Porzucono niektóre tradycje i z tego co mi wiadomo, moja rodzina jest szczęśliwa. Z drugiej strony... tęskniłem, bardzo. Powoli czułem jak załamuję się, jak me serce się drze na kilkanaście kawałeczków, pozostawiając jakąś ruinę, bym mógł żyć. Tak jak ona była moim ogrodem, pełnym kolorowych i pachnących kwiatów, tak teraz zostały jakieś krzaki i chwasty, wsysające całą energię.
Kilka dni spędziłem nawet jakoś, dobrze, możemy tak powiedzieć. Nikt na mnie nie zwracał uwagi, bo każdy chciał chociaż chwilę porozmawiać, pochwalić się... jednak wiedziałem, że w końcu Kimira wydusi ze mnie wszystko. Tak też właśnie się stało.
Rozpłakałem się, wylewając z siebie to wszystko czego nie potrafiłem jej powiedzieć. Może nawet trochę przegiąłem? Możliwe.
- Nie ma tak! Wstawaj i wynoś się stąd! - krzyknęła na mnie, po czym zaczęła gryźć mnie w ogon. Oh, moje maleństwo. Zawsze taka była.
- Po co? Mówiłem, że ma innego. - odparłem ze smutkiem.
- Ale mówiłeś też, że dziwnie się zachowywała, tak? Wynoś się i nie wracaj bez niej! - odwarknęła i ugryzła mnie mocniej, tak, że wstałem na nogi bez mniejszego problemu.
- To bolało! - krzyknąłem, lekko rozzłoszczony.
Najgorsze jest to, że córka nie dawała mi spokoju i nastawiła resztę rodziny przeciwko mnie. A nawet poprosiła braci by mnie odprowadzili pod sam zamek. Co jak co, na to pozwolić nie mogłem. Mają tutaj czym się zajmować, więc na co im stary Soovimatu, prawda?
Szedłem powolnym krokiem, rozmyślając nad tym, czy na pewno mam tam wrócić, czy może nie znaleźć innego miejsca. Jestem taki beznadziejny! W dodatku nic jej nie powiedziałem... będzie wściekła. Znowu. Może to i lepiej? Zagryzie mnie własnymi kłami i będzie po kłopocie.
Westchnąłem stojąc przy bramie zamkowej, kiedy ktoś do mnie zagadał. Odwróciłem się i proszę, Helios.
- Byłem... odwiedzić rodzinę. - odparłem, jakoś tak bez życia.
- To mogłeś chociaż jej powiedzieć. Wiesz jak się o ciebie martwi? Czy ty jesteś ślepy czy głupi? - oznajmił, mając do mnie pretensje, jakby rzeczywiście go to interesowało. Najpierw jej zabrania spotykać się ze mną, a teraz, że niby jej nie powiedziałem?
- O co ci chodzi? - zapytałem, nie bardzo rozumiejąc, a raczej, żeby tak myślał.
- Czyli jednak ślepy. Chłopie, ona cię kocha a odkąd zniknąłeś, to zwiędła. - wytłumaczył.
- Kocha mnie? Przecież mówiła co innego i widziałem was... - zamilkłem, nie wiedząc czy wypada mi to mówić.
- Wtedy w ogrodach tylko rozmawialiśmy, bo potrzebowała rady. Idź lepiej do niej i błagaj, żeby ci wybaczyła. Jest u siebie w pracowni. - warknął, poganiając mnie.
Pobiegłem i stanąłem przed tymi drzwiami. Bałem się je otworzyć, jednak nie musiałem. Sama wyszła, a kiedy mnie zobaczyła, stanęła w bezruchu. Spoglądaliśmy na siebie przez chwilę, nie mówiąc nic, po czym to wszystko pękło. Przytuliłem ją, a ona zrobiła to samo. Mokro się też zrobiło od nadmiaru łez.
- Wiem wszystko. Przepraszam. Ja nie chciałem niszczyć ci życia, bo Cię kocham. Myślałem, że... - w tym momencie, wadera wydała z siebie cichy pisk i uciszyła mnie. Rzucę na siebie jakąś klątwę czy coś, bo tyle jej obiecuję, a nie potrafię się tym zająć jak normalny wilk.
Obudziłem się w nocy. Sam. Ciemność. Co ja mam zrobić? Odejdę...
Minęły trzy tygodnie nim doszedłem do plemienia. Kilka razy zastanawiałem się czy nie zawrócić, nawet w sumie biegłem do zamku, chcąc jej wszystko powiedzieć i oznajmić, że rozumiem, ale musi wiedzieć. Jednak byłem za daleko, zmęczyłem się, padłem na ziemię ze łzami w oczach i wróciłem do kontynuowania mej podróży. Udało się, ale jak bardzo to bolało.
Na miejscu spotkałem moje dzieci, które bardzo się ucieszyły na mój widok. Tak samo zresztą wnuczęta, które bardzo wyrosły, a niektóre nawet mają partnera. Cieszyłem się też z tego, że wiele zmieniło w plemieniu. Porzucono niektóre tradycje i z tego co mi wiadomo, moja rodzina jest szczęśliwa. Z drugiej strony... tęskniłem, bardzo. Powoli czułem jak załamuję się, jak me serce się drze na kilkanaście kawałeczków, pozostawiając jakąś ruinę, bym mógł żyć. Tak jak ona była moim ogrodem, pełnym kolorowych i pachnących kwiatów, tak teraz zostały jakieś krzaki i chwasty, wsysające całą energię.
Kilka dni spędziłem nawet jakoś, dobrze, możemy tak powiedzieć. Nikt na mnie nie zwracał uwagi, bo każdy chciał chociaż chwilę porozmawiać, pochwalić się... jednak wiedziałem, że w końcu Kimira wydusi ze mnie wszystko. Tak też właśnie się stało.
Rozpłakałem się, wylewając z siebie to wszystko czego nie potrafiłem jej powiedzieć. Może nawet trochę przegiąłem? Możliwe.
- Nie ma tak! Wstawaj i wynoś się stąd! - krzyknęła na mnie, po czym zaczęła gryźć mnie w ogon. Oh, moje maleństwo. Zawsze taka była.
- Po co? Mówiłem, że ma innego. - odparłem ze smutkiem.
- Ale mówiłeś też, że dziwnie się zachowywała, tak? Wynoś się i nie wracaj bez niej! - odwarknęła i ugryzła mnie mocniej, tak, że wstałem na nogi bez mniejszego problemu.
- To bolało! - krzyknąłem, lekko rozzłoszczony.
Najgorsze jest to, że córka nie dawała mi spokoju i nastawiła resztę rodziny przeciwko mnie. A nawet poprosiła braci by mnie odprowadzili pod sam zamek. Co jak co, na to pozwolić nie mogłem. Mają tutaj czym się zajmować, więc na co im stary Soovimatu, prawda?
Szedłem powolnym krokiem, rozmyślając nad tym, czy na pewno mam tam wrócić, czy może nie znaleźć innego miejsca. Jestem taki beznadziejny! W dodatku nic jej nie powiedziałem... będzie wściekła. Znowu. Może to i lepiej? Zagryzie mnie własnymi kłami i będzie po kłopocie.
Westchnąłem stojąc przy bramie zamkowej, kiedy ktoś do mnie zagadał. Odwróciłem się i proszę, Helios.
- Byłem... odwiedzić rodzinę. - odparłem, jakoś tak bez życia.
- To mogłeś chociaż jej powiedzieć. Wiesz jak się o ciebie martwi? Czy ty jesteś ślepy czy głupi? - oznajmił, mając do mnie pretensje, jakby rzeczywiście go to interesowało. Najpierw jej zabrania spotykać się ze mną, a teraz, że niby jej nie powiedziałem?
- O co ci chodzi? - zapytałem, nie bardzo rozumiejąc, a raczej, żeby tak myślał.
- Czyli jednak ślepy. Chłopie, ona cię kocha a odkąd zniknąłeś, to zwiędła. - wytłumaczył.
- Kocha mnie? Przecież mówiła co innego i widziałem was... - zamilkłem, nie wiedząc czy wypada mi to mówić.
- Wtedy w ogrodach tylko rozmawialiśmy, bo potrzebowała rady. Idź lepiej do niej i błagaj, żeby ci wybaczyła. Jest u siebie w pracowni. - warknął, poganiając mnie.
Pobiegłem i stanąłem przed tymi drzwiami. Bałem się je otworzyć, jednak nie musiałem. Sama wyszła, a kiedy mnie zobaczyła, stanęła w bezruchu. Spoglądaliśmy na siebie przez chwilę, nie mówiąc nic, po czym to wszystko pękło. Przytuliłem ją, a ona zrobiła to samo. Mokro się też zrobiło od nadmiaru łez.
- Wiem wszystko. Przepraszam. Ja nie chciałem niszczyć ci życia, bo Cię kocham. Myślałem, że... - w tym momencie, wadera wydała z siebie cichy pisk i uciszyła mnie. Rzucę na siebie jakąś klątwę czy coś, bo tyle jej obiecuję, a nie potrafię się tym zająć jak normalny wilk.
piątek, 14 kwietnia 2017
Ruin - Edukacja
Dowiedziałem się ostatnio, że zmarła ta ruda nauczycielka. Szczerze? Nawet jej nie lubiłem. Strasznie wredna była, więc w sumie to nawet dobrze. Przynajmniej Nera, Nexo i Thutia są mili, więc mam nadzieję, że Renn już nie będzie się bała i stresowała lekcjami.
Siedziałem właśnie w klasie i słuchałem wykładu nauczycielki na temat hierarchii. Nie miałem zielonego pojęcia kim chcę zostać. Najlepiej pozostanę nikim, tak jak do tej pory. W poszukiwaniu natchnienia zacząłem rozglądać się po klasie, jednocześnie słuchając o czym inni rozmawiają. Czy to fajnie mieć jakieś chęci do życia? Jakby byli magami ognia to na pewno z tej całej ekscytacji podpaliliby się, a przy okazji sprzęt w sali. To mogłoby być nawet ciekawe i zabawne.
- Adriel, jak myślisz. Co do mnie pasuje? - zapytałem brata, patrząc na niego obojętnie.
- Ty coś wybrałeś? - dodałem po chwili, żeby znowu nie myślał, że się nim nie interesuję. Ostatnio jakoś tak, podczas kłótni wyszło, że jestem egoistą. Tak to jest, jak chcesz pomóc, jak ci zależy, a ktoś ma na to wywalone. Trudno to znieść na dłuższą metę, a tak jest codziennie... ale co ja poradzę, jak mnie to rzeczywiście nie obchodzi? Czasem mi szkoda brata, za bardzo się przejmuje.
- Najpierw powinieneś znaleźć sobie coś, co by cię zainteresowało. Może rzemieślnik? - spytałem choć nie byłem co do tego przekonany. Mogłem mieć nadzieję, ze wytwarzanie czegoś się mojemu bratu spodoba, jakoś wzbudzi jego kreatywność... Ale to były tylko nadzieje.
- Co do mnie to... chciałbym zostać druidem - powiedziałem choć i tu się zawahałem. Nie miałem pojęcia czy ktoś taki jak aj tego dokona. W końcu byłem sierotą znikąd... Czy ktoś taki może siedzieć tak blisko władzy? Musiałem się przekonać... postarać. Musiałem pomówić o tym z ciocią... Ona też do wszystkiego doszła sama. Może coś mi poradzi?
- Druid? A czym on się zajmuje? - zapytałem. Może dla mnie to stanowisko też będzie idealne? A może po prostu zostać nikim? Zwykłym poddanym? Nie. Skoro już żyję to niech chociaż się na coś komuś przydam, tak? Zniosę to jakoś, ważne też bym nie musiał dużo rozmawiać i spotykać się z innymi wilkami. Może myśliwy? Z tego co wiem to chodzi taki po lesie i zabija. A co jeśli te zwierzątka też mają rodziny? Co jeśli zabiłbym matkę? Jej dzieci potem czułby się tak samo źle jak ja. Gdybym tylko mógł to jadłbym same zioła i rośliny, jednak Arcanus chciał inaczej. Czemu obdarzył nas uczuciami w takim razie? Mamy zabijać, albo umrzemy. Po co czuć, będąc czymś takim?
Brat wyjaśnił mi wszystko i stwierdziłem, że chyba nie dałbym sobie rady. Cóż, może na innych lekcjach będzie wszystko wiadomo i coś sobie znajdę. Na chwilę obecną... nie będę się nad tym zastanawiał.
Siedziałem właśnie w klasie i słuchałem wykładu nauczycielki na temat hierarchii. Nie miałem zielonego pojęcia kim chcę zostać. Najlepiej pozostanę nikim, tak jak do tej pory. W poszukiwaniu natchnienia zacząłem rozglądać się po klasie, jednocześnie słuchając o czym inni rozmawiają. Czy to fajnie mieć jakieś chęci do życia? Jakby byli magami ognia to na pewno z tej całej ekscytacji podpaliliby się, a przy okazji sprzęt w sali. To mogłoby być nawet ciekawe i zabawne.
- Adriel, jak myślisz. Co do mnie pasuje? - zapytałem brata, patrząc na niego obojętnie.
- Ty coś wybrałeś? - dodałem po chwili, żeby znowu nie myślał, że się nim nie interesuję. Ostatnio jakoś tak, podczas kłótni wyszło, że jestem egoistą. Tak to jest, jak chcesz pomóc, jak ci zależy, a ktoś ma na to wywalone. Trudno to znieść na dłuższą metę, a tak jest codziennie... ale co ja poradzę, jak mnie to rzeczywiście nie obchodzi? Czasem mi szkoda brata, za bardzo się przejmuje.
Adriel
Szczerze mówiąc już nieco myślałem nad przyszłym stanowiskiem, choć miałem pewne wątpliwości czy mi się uda... Teraz jednak zastanawiałem się and pytaniem brata. bo by do niego pasowało? Szczerze wahałem się. Nie za bardzo potrafiłem sobie wyobrazić jego obcującego z innymi, opiekującego się kimś czy przekazującego swoją wiedzę, o którą nie dbał wcale. W gruncie rzeczy jedyne na co byłem w stanie wpaść to stanowisko szamana... Sam nie wiem czy mój brat miałby do tego faktycznie predyspozycje czy zwyczajnie udzielał mi się jego wiecznie znudzony, grobowy wręcz nastrój. Tylko czy obcowanie ze śmiercią nie zniszczyłoby go do reszty? Nie wiedziałem tego i wolałbym nie ryzykować.- Najpierw powinieneś znaleźć sobie coś, co by cię zainteresowało. Może rzemieślnik? - spytałem choć nie byłem co do tego przekonany. Mogłem mieć nadzieję, ze wytwarzanie czegoś się mojemu bratu spodoba, jakoś wzbudzi jego kreatywność... Ale to były tylko nadzieje.
- Co do mnie to... chciałbym zostać druidem - powiedziałem choć i tu się zawahałem. Nie miałem pojęcia czy ktoś taki jak aj tego dokona. W końcu byłem sierotą znikąd... Czy ktoś taki może siedzieć tak blisko władzy? Musiałem się przekonać... postarać. Musiałem pomówić o tym z ciocią... Ona też do wszystkiego doszła sama. Może coś mi poradzi?
Ruin
Skoro Adriel mówi, że muszę znaleźć coś co by mnie zainteresowało a potem papla, że rzemieślnik to co on sobie myśli? Czy widział mnie kiedyś, żebym coś szył czy rzeźbił? Z bratem jest coś nie tak i to widać, no... ewentualnie nie zna mnie lub się zakochał. W sumie to chyba lepsze to pierwsze, bo na co komu miłość, a zwłaszcza jemu. Renn także nie powinna się z nikim spotykać. Tak będzie lepiej dla wszystkich. Przynajmniej my nie będziemy grać w tą grę, jaką jest życie. Nie będzie miłości to nie będzie szczeniąt i także nie będzie cierpienia. Tylko tego chciałem. Nie cierpieć. Nie czuć. Nie być.- Druid? A czym on się zajmuje? - zapytałem. Może dla mnie to stanowisko też będzie idealne? A może po prostu zostać nikim? Zwykłym poddanym? Nie. Skoro już żyję to niech chociaż się na coś komuś przydam, tak? Zniosę to jakoś, ważne też bym nie musiał dużo rozmawiać i spotykać się z innymi wilkami. Może myśliwy? Z tego co wiem to chodzi taki po lesie i zabija. A co jeśli te zwierzątka też mają rodziny? Co jeśli zabiłbym matkę? Jej dzieci potem czułby się tak samo źle jak ja. Gdybym tylko mógł to jadłbym same zioła i rośliny, jednak Arcanus chciał inaczej. Czemu obdarzył nas uczuciami w takim razie? Mamy zabijać, albo umrzemy. Po co czuć, będąc czymś takim?
Brat wyjaśnił mi wszystko i stwierdziłem, że chyba nie dałbym sobie rady. Cóż, może na innych lekcjach będzie wszystko wiadomo i coś sobie znajdę. Na chwilę obecną... nie będę się nad tym zastanawiał.
czwartek, 13 kwietnia 2017
Sarissa - Bolesna plotka
Pakowałam wszystkie mikstury do sporej, skórzanej torby uszytej solidnie, ale niezbyt równo. Cóż, prawdopodobnie Au robiła to sama, nie koniecznie się na tym znając. W końcu była medykiem, a nie rzemieślnikiem. W każdym razie, szara wilczyca stała teraz i zasypywała mnie gradem kolejnych słów. Jeżeli ktoś chciał się czegoś dowiedzieć to z pewnością mógł zapytać ją. Ona wiedziała wszystko, a kiedy tylko zjawiała się w zamku, na przykład po zapasy mikstur, jak teraz, to uzupełniała także zasób plotek i ploteczek.
- Z Soovimatu wszystko gra, tak? Słyszałam, że miał kilka problemów, był umierający tak? - wypaliła w końcu, co nie zdziwiło mnie za bardzo, ale nieco ukłuło. Tamte chwile najchętniej wyrzuciłabym z pamięci.
- Tak, wszystko już z nim dobrze. Pozbierał się i wrócił do życia. Jest dobrze - odpowiedziałam z uśmiechem, bo to był powód do radości, nawet jeżeli podszytej wcześniejszym bólem.
- To dobrze! Tak się cieszę! I za was też - stwierdziła pogodnie.
- Za nas...? - spytała, odwracając się i przyglądając jej badawczo.
- Oj nie ukrywaj tego dalej, co? Wszyscy wiedzą, że spędzacie każdą wolną chwilę razem, a strażnicy widzieli cię jak wymykasz się późno z jego komnaty... Diablico ty! A tak to wydajesz się taka powściągliwa - zaśmiała się.
Myślałam, że się uduszę... Co? Ja i Soovimatu? Znaczy... chciałabym... bardzo, ale... to nie było nic więcej niż przyjaźń.
- Tylko zanosiłam mu leki... - wytłumaczyłam się szybko.
- Tak tak... Ja wiem co to były za "leki" - znów z jej gardła wydobył się chichot. - Dobrze, że ta cała Leira to już przeszłość. Dziwna jakaś była.
- Leria? - spytałam mimowolnie.
- Nooo... Twój rudzielec ponoć spotykał się z taką jedną. Włóczył ją po medykach i tak dalej. Nie wiedziałaś?
- Może i coś mi mówił...
- Fakt, to było już dawno temu, wszystko się od tego czasu poukładało, co? - i tu zaczął się inny temat. Z tym, że nie słuchałam.
Soovimatu był moim przyjacielem.. tylko. Dlatego wieść o tym, że z kimś się spotykał... albo raczej ktoś myślał, ze tak było, nie powinna mnie w ogóle interesować. Tylko, że... czułam się zwyczajnie zazdrosna! Kim była ta wilczyca? Czy naprawdę coś ich łączyło? Cokolwiek? Pewnie tylko jej pomógł, prawda? Nic więcej... A jeśli?
Z takimi myślami zostałam już do końca dnia. Byłam zagubiona. Nie wiedziałam co mam zrobić. Nawet jeżeli tamta plotka byłą tylko plotką to... co jeżeli Soovimatu naprawdę sobie kogoś znajdzie? Czy byłabym w stanie to znieść?
Usiadłam w ogrodzie ze zwieszoną głową. Nie zauważyłam, że ktoś idzie w moją stronę.
- Hej Sar - usłyszałam.
- Helios... Wybacz, nie zauważyłam cię - odpowiedziałam na powitanie.
- Coś się stało? - spytał, widząc najwidoczniej, że coś ze mną nie tak. - Znów kłopoty?
- Nie... Nie... to nie to... tylko.
- Daj spokój, Sar, znamy się już ładne parę lat, wiem, kiedy coś cię gryzie. Od razu to po tobie widać.
No tak... to była prawda... Zawsze.
- A dochowasz tajemnicy? - spytałam, a on przytaknął, uśmiechając się ciepło. - Ja... zastanawiam się... Jak wyznać miłość przyjacielowi? Chciałabym tego, ale tak strasznie się boję. Co jeżeli to wszystko zepsuje? - no i rozpłakałam się. Nie chciałam tego, ale łzy same cisnęły mi się nieprzerwaną strugą do piekących oczu.
Helios zbliżył się i lekko mnie przytulił. Byłam mu wdzięczna. Potrzebowałam się wygadać i wypłakać.
- Co tam rudzielcu?! - krzyknęła z oddali, kiedy szedłem korytarzem. Znałem tą szarą waderę doskonale, bowiem pomagałem jej ze szczeniętami.
- Witaj Elea. Piękna jak zawsze. - uśmiechnąłem się do niej, a ona odwzajemniła ten gest i podziękowała za komplement.
- Gdzie się wybierasz? W końcu zrobić uprawnienia i zająć stanowisko? - zaśmiała się. Tak, ona ciągle mnie poganiała i w sumie to nie wiem, dlaczego jeszcze tego nie zrobiłem.
- Masz rację. Idę to zrobić właśnie teraz, potem do cesarza, a potem znajdę odpowiedni kwiatek. - oznajmiłem, a ona spojrzała na mnie podejrzliwie.
- A jaki to kwiatek? - zapytała z ciekawością.
- Dowiesz się wkrótce, nie chcę zapeszać. - powiedziałem, po czym szybko się pożegnałem i ruszyłem do biblioteki. Szybko ogarnę te zadania i załatwię formalności. To będzie najlepszy dzień na świecie! Raz się żyje! Tak!
Kiedy wszystko sobie przypomniałem o tym jak udzielić pierwszej pomocy, postanowiłem iść do cesarza. Znałem się na tym, nie ukrywam. Pracowałem ze szczeniętami, więc nie powinno być żadnego problemu, by dał mi to stanowisko. W dodatku Elea może wszystko potwierdzić, bo zawsze jej pomagam. Szczeniakom wystarczy podać syrop, posmarować maścią zadrapania i tyle, bo nawet bandażować się nie opłaca. Dzieci to dzieci, chcą się wybiegać i szaleć, więc to marnotrawstwo. Jeśli już wydarzy się coś więcej to wiadomo, że trzeba biec do medyka.
Stanąłem przed drzwiami najwyższej komnaty, gdzie siedziało dwóch strażników przy drzwiach. Wziąłem oddech i oznajmiłem, że przyszedłem po stanowisko, po czym wszedłem do środka. Stresowałem się trochę, więc obsypałem Uriana wszystkim co wiem, na co ten się zaśmiał i przydzielił mi miejsce opiekuna szczeniąt. Ukłoniłem się i wyszedłem, starając się zachować normalnie, a kiedy tylko drzwi się zamknęły, ruszyłem pędem do lasu. Z tego co słyszałem, to tam Red Rose znalazł ten kwiat. Wiem, że jest różowy, przypomina tulipana i trochę świeci. Mam nadzieję, że go rozpoznam i nie zrobię z siebie idioty przed czarną waderą. Opowiadała mi o tym jak bardzo jej się ta historia podobała, że to romantyczne... a co jeśli chciałaby dostać ten kwiat od kogoś innego?
Po kilku godzinach udało mi się znaleźć trzy rośliny, moim zdaniem podobne do tego co pamiętałem. Wziąłem wszystkie, jednak wiadomo, że będę musiał wybrać jedną. W drodze do zamku zastanawiałem się co jej powiedzieć, jak się zachować, co zrobić, by wszystko było tak jak ona tego chciała.
Nie zastałem przyjaciółki w miejscach w których być powinna, przez co trochę się niepokoiłem. A co jeśli jej się coś stało? Szybko zapytałem o to strażników, którzy zapewnili, że wszystko z nią dobrze i aktualnie przebywa w ogrodach. Tak! Gdzie jest piękniej jak nie w ogrodach? A może powinienem to zrobić wieczorem? Gwiazdy, księżyc? Albo... nie powinienem jej dawać tego kwiatu teraz. Podobnież oznacza on zaręczyny, wesele... w sumie to, chciałbym. Tu, teraz i do końca. Nie wiem.
Rozglądając się za nią, zamurowało mnie. Stanąłem, upuściłem kwiatek i nie mogłem nic więcej zrobić. Ona ma kogoś? Czemu mi nie powiedziała? A co jeśli on to zaplanował? Był pierwszy...
- Jestem tchórzem... Nie dam rady - załkałam.
- Nie jesteś. Pomyśl o wszystkim co do tej pory osiągnęłaś. Postanowiłaś, że zostaniesz magiem i co? Jesteś najwspanialszym magiem w Arcanterze. Przygarnęłaś trójkę szczeniąt i dałaś im dom. To będzie dla ciebie pestka, wierz mi - uśmiechnął się jeszcze, a ja poczułam się odrobinkę pewniej.
Miał rację musiałam wziąć się w garść...
- Chyba będziesz miała okazję - rzucił wilk i wskazał na stojącego opodal rudego basiora. - Powodzenia - rzucił jeszcze i odszedł, rzucając przybyszowi uśmiech.
- Soovimatu... - zaczęłam i na powrót ogarnął mnie strach. Mimo to podeszłam do niego, wpatrując się we własne łapy. - Ja... chciałam ci coś powiedzieć, tylko... nie wiedziałam jak... Nie chcę, żeby coś się między nami zepsuło. Jesteś moim przyjacielem, wiesz o tym, że lubię cię naprawdę mocno. Tylko, że... - zwiesiłam głos.
A jeżeli wszystko popsuję? Jeżeli on jednak mnie odtrąci? - kolejna fala wątpliwości zalała mnie z taką siłą, że skuliłam się mimowolnie.
- Soovimatu ja... Kocham cię... - wyszeptałam, miałam nadzieję tylko, że na tyle głośno, by mnie usłyszał. - Przepraszam... - skupiłam się mocniej, czekając jakby na cios. Nie fizyczny, ale być może przez to bardziej bolesny. Za co przepraszałam? Chyba za swoje tchórzostwo... za to, że nie umiałam spojrzeć mu w oczy i powiedzieć tego tak, jak należało, tak, jak powinnam. A może za to, że właśnie wszystko popsułam? Nie wiem.
Nie odezwałem się ani słowem, nie potrafiłem, a ona? Spoglądała na swoje łapy, po czym zaczęła. Nie, nie, nie! Ja rozumiem. Nie chcę tego usłyszeć, po prostu nie chcę, nie przeżyję tego... No i co? Na co ci to wszystko! Po co mi to mówisz... ładnie, lubi mnie. Też ją lubię, ale nie tylko. Przyjaciel... przyjaciel... przyjaciel. Dobrze! Zrozumiałem! Nie mów nic więcej! Było mi coraz bardziej źle, coraz cieplej, aż w końcu słyszałem jak przepływa mi krew w żyłach. Czy wilki się pocą? Zimno mi.
Patrzyłem na nią, a ona nawet na mnie nie spojrzała, po czym tylko oznajmiła, że przeprasza. No ładnie, niech lepiej teraz nie zauważy tego kwiatka, bo co sobie o mnie pomyśli? Teraz nie wypada. Ona jest szczęśliwa, ale... czekaj... wiedziała? Wiedziała, że ją kocham? Tak, musiała to wiedzieć, przecież... nie przepraszałby.
- Rozumiem. - udało mi się jakoś to powiedzieć, a zaraz po tym zacząłem się rozluźniać i mogłem już spokojnie uciec. Jednak nie, ja taki nie jestem, poza tym co ona sobie pomyśli? Nie chcę jej stracić... mimo wszystko.
- Ja... no... wiesz.. może... wiesz... może wszystko mi opowiesz? - zbierałem myśli. W końcu skoro jesteśmy przyjaciółmi to może mi wszystko powiedzieć, prawda? A może przeprasza mnie za to, że już nie możemy się spotykać? Może jej zakazał? Zazdrosny jest? W sumie to nie wiem już... nic.
- Ja... przepraszam, ale... chciałabym pobyć nieco sama - powiedziałem, wpatrując się we własne łapy. Nie miałam odwagi unieść wzroku. Spoglądać na niego, widzieć jego błyszczące oczy, które nigdy nie spojrzą na mnie z uczuciem.
- Z-zobaczymy się jutro czy innym razem... Jeśli znajdziesz chwilę... Dobrej nocy... - ruszyłam w stronę zamku starając się nie płakać i nie puścić szaleńczym biegiem do swojej pracowni, w której mogłabym się zaryglować i wypłakać. Wiedziałam, że jeżeli wykonam choć jeden zbyt szybki ruch, to pęknie ta drobna banieczka samokontroli, którą jeszcze w sobie miałam.
- Z Soovimatu wszystko gra, tak? Słyszałam, że miał kilka problemów, był umierający tak? - wypaliła w końcu, co nie zdziwiło mnie za bardzo, ale nieco ukłuło. Tamte chwile najchętniej wyrzuciłabym z pamięci.
- Tak, wszystko już z nim dobrze. Pozbierał się i wrócił do życia. Jest dobrze - odpowiedziałam z uśmiechem, bo to był powód do radości, nawet jeżeli podszytej wcześniejszym bólem.
- To dobrze! Tak się cieszę! I za was też - stwierdziła pogodnie.
- Za nas...? - spytała, odwracając się i przyglądając jej badawczo.
- Oj nie ukrywaj tego dalej, co? Wszyscy wiedzą, że spędzacie każdą wolną chwilę razem, a strażnicy widzieli cię jak wymykasz się późno z jego komnaty... Diablico ty! A tak to wydajesz się taka powściągliwa - zaśmiała się.
Myślałam, że się uduszę... Co? Ja i Soovimatu? Znaczy... chciałabym... bardzo, ale... to nie było nic więcej niż przyjaźń.
- Tylko zanosiłam mu leki... - wytłumaczyłam się szybko.
- Tak tak... Ja wiem co to były za "leki" - znów z jej gardła wydobył się chichot. - Dobrze, że ta cała Leira to już przeszłość. Dziwna jakaś była.
- Leria? - spytałam mimowolnie.
- Nooo... Twój rudzielec ponoć spotykał się z taką jedną. Włóczył ją po medykach i tak dalej. Nie wiedziałaś?
- Może i coś mi mówił...
- Fakt, to było już dawno temu, wszystko się od tego czasu poukładało, co? - i tu zaczął się inny temat. Z tym, że nie słuchałam.
Soovimatu był moim przyjacielem.. tylko. Dlatego wieść o tym, że z kimś się spotykał... albo raczej ktoś myślał, ze tak było, nie powinna mnie w ogóle interesować. Tylko, że... czułam się zwyczajnie zazdrosna! Kim była ta wilczyca? Czy naprawdę coś ich łączyło? Cokolwiek? Pewnie tylko jej pomógł, prawda? Nic więcej... A jeśli?
Z takimi myślami zostałam już do końca dnia. Byłam zagubiona. Nie wiedziałam co mam zrobić. Nawet jeżeli tamta plotka byłą tylko plotką to... co jeżeli Soovimatu naprawdę sobie kogoś znajdzie? Czy byłabym w stanie to znieść?
Usiadłam w ogrodzie ze zwieszoną głową. Nie zauważyłam, że ktoś idzie w moją stronę.
- Hej Sar - usłyszałam.
- Helios... Wybacz, nie zauważyłam cię - odpowiedziałam na powitanie.
- Coś się stało? - spytał, widząc najwidoczniej, że coś ze mną nie tak. - Znów kłopoty?
- Nie... Nie... to nie to... tylko.
- Daj spokój, Sar, znamy się już ładne parę lat, wiem, kiedy coś cię gryzie. Od razu to po tobie widać.
No tak... to była prawda... Zawsze.
- A dochowasz tajemnicy? - spytałam, a on przytaknął, uśmiechając się ciepło. - Ja... zastanawiam się... Jak wyznać miłość przyjacielowi? Chciałabym tego, ale tak strasznie się boję. Co jeżeli to wszystko zepsuje? - no i rozpłakałam się. Nie chciałam tego, ale łzy same cisnęły mi się nieprzerwaną strugą do piekących oczu.
Helios zbliżył się i lekko mnie przytulił. Byłam mu wdzięczna. Potrzebowałam się wygadać i wypłakać.
Soovimatu
Po pogrzebie matki wiele myślałem i doszedłem do pewnego wniosku. Życie jest zbyt krótkie, by się czegoś obawiać, a moimi największymi obawami było odrzucenie. Doświadczyłem tego i bałem się to powtórzyć, jednak będzie lepiej, jak to załatwię. Jest moją przyjaciółką, więc na pewno to zrozumie i nie będzie chciała mnie skrzywdzić. Jeśli odmówi, będę w stanie się z nią dalej przyjaźnić, tak jak dawniej, chociaż chęć tulenia jej do siebie jest tak silna. Dam radę.- Co tam rudzielcu?! - krzyknęła z oddali, kiedy szedłem korytarzem. Znałem tą szarą waderę doskonale, bowiem pomagałem jej ze szczeniętami.
- Witaj Elea. Piękna jak zawsze. - uśmiechnąłem się do niej, a ona odwzajemniła ten gest i podziękowała za komplement.
- Gdzie się wybierasz? W końcu zrobić uprawnienia i zająć stanowisko? - zaśmiała się. Tak, ona ciągle mnie poganiała i w sumie to nie wiem, dlaczego jeszcze tego nie zrobiłem.
- Masz rację. Idę to zrobić właśnie teraz, potem do cesarza, a potem znajdę odpowiedni kwiatek. - oznajmiłem, a ona spojrzała na mnie podejrzliwie.
- A jaki to kwiatek? - zapytała z ciekawością.
- Dowiesz się wkrótce, nie chcę zapeszać. - powiedziałem, po czym szybko się pożegnałem i ruszyłem do biblioteki. Szybko ogarnę te zadania i załatwię formalności. To będzie najlepszy dzień na świecie! Raz się żyje! Tak!
Kiedy wszystko sobie przypomniałem o tym jak udzielić pierwszej pomocy, postanowiłem iść do cesarza. Znałem się na tym, nie ukrywam. Pracowałem ze szczeniętami, więc nie powinno być żadnego problemu, by dał mi to stanowisko. W dodatku Elea może wszystko potwierdzić, bo zawsze jej pomagam. Szczeniakom wystarczy podać syrop, posmarować maścią zadrapania i tyle, bo nawet bandażować się nie opłaca. Dzieci to dzieci, chcą się wybiegać i szaleć, więc to marnotrawstwo. Jeśli już wydarzy się coś więcej to wiadomo, że trzeba biec do medyka.
Stanąłem przed drzwiami najwyższej komnaty, gdzie siedziało dwóch strażników przy drzwiach. Wziąłem oddech i oznajmiłem, że przyszedłem po stanowisko, po czym wszedłem do środka. Stresowałem się trochę, więc obsypałem Uriana wszystkim co wiem, na co ten się zaśmiał i przydzielił mi miejsce opiekuna szczeniąt. Ukłoniłem się i wyszedłem, starając się zachować normalnie, a kiedy tylko drzwi się zamknęły, ruszyłem pędem do lasu. Z tego co słyszałem, to tam Red Rose znalazł ten kwiat. Wiem, że jest różowy, przypomina tulipana i trochę świeci. Mam nadzieję, że go rozpoznam i nie zrobię z siebie idioty przed czarną waderą. Opowiadała mi o tym jak bardzo jej się ta historia podobała, że to romantyczne... a co jeśli chciałaby dostać ten kwiat od kogoś innego?
Po kilku godzinach udało mi się znaleźć trzy rośliny, moim zdaniem podobne do tego co pamiętałem. Wziąłem wszystkie, jednak wiadomo, że będę musiał wybrać jedną. W drodze do zamku zastanawiałem się co jej powiedzieć, jak się zachować, co zrobić, by wszystko było tak jak ona tego chciała.
Nie zastałem przyjaciółki w miejscach w których być powinna, przez co trochę się niepokoiłem. A co jeśli jej się coś stało? Szybko zapytałem o to strażników, którzy zapewnili, że wszystko z nią dobrze i aktualnie przebywa w ogrodach. Tak! Gdzie jest piękniej jak nie w ogrodach? A może powinienem to zrobić wieczorem? Gwiazdy, księżyc? Albo... nie powinienem jej dawać tego kwiatu teraz. Podobnież oznacza on zaręczyny, wesele... w sumie to, chciałbym. Tu, teraz i do końca. Nie wiem.
Rozglądając się za nią, zamurowało mnie. Stanąłem, upuściłem kwiatek i nie mogłem nic więcej zrobić. Ona ma kogoś? Czemu mi nie powiedziała? A co jeśli on to zaplanował? Był pierwszy...
Sarissa
- Dasz sobie radę. Musicie po prostu szczerze porozmawiać - tłumaczył Helios.- Jestem tchórzem... Nie dam rady - załkałam.
- Nie jesteś. Pomyśl o wszystkim co do tej pory osiągnęłaś. Postanowiłaś, że zostaniesz magiem i co? Jesteś najwspanialszym magiem w Arcanterze. Przygarnęłaś trójkę szczeniąt i dałaś im dom. To będzie dla ciebie pestka, wierz mi - uśmiechnął się jeszcze, a ja poczułam się odrobinkę pewniej.
Miał rację musiałam wziąć się w garść...
- Chyba będziesz miała okazję - rzucił wilk i wskazał na stojącego opodal rudego basiora. - Powodzenia - rzucił jeszcze i odszedł, rzucając przybyszowi uśmiech.
- Soovimatu... - zaczęłam i na powrót ogarnął mnie strach. Mimo to podeszłam do niego, wpatrując się we własne łapy. - Ja... chciałam ci coś powiedzieć, tylko... nie wiedziałam jak... Nie chcę, żeby coś się między nami zepsuło. Jesteś moim przyjacielem, wiesz o tym, że lubię cię naprawdę mocno. Tylko, że... - zwiesiłam głos.
A jeżeli wszystko popsuję? Jeżeli on jednak mnie odtrąci? - kolejna fala wątpliwości zalała mnie z taką siłą, że skuliłam się mimowolnie.
- Soovimatu ja... Kocham cię... - wyszeptałam, miałam nadzieję tylko, że na tyle głośno, by mnie usłyszał. - Przepraszam... - skupiłam się mocniej, czekając jakby na cios. Nie fizyczny, ale być może przez to bardziej bolesny. Za co przepraszałam? Chyba za swoje tchórzostwo... za to, że nie umiałam spojrzeć mu w oczy i powiedzieć tego tak, jak należało, tak, jak powinnam. A może za to, że właśnie wszystko popsułam? Nie wiem.
Soovimatu
Obserwowałem waderę, będąc totalnie sparaliżowanym w dodatku ten stres zjadał mnie od środka. A może to nie stres? Nie wiem, bolało, tak... mentalnie? A może fizycznie? Serce biło mi jak dzwon, zrobiło mi się gorąco, a kiedy ona mnie zauważyła i zmierzała ku mnie, chciałem uciec. Nie mogłem, nic nie mogłem... nie chciałem tego słuchać. Widziałem, wystarczy. Proszę, odejdź, nie chcę tego słuchać... nie przepraszaj, był pierwszy. Rozumiem.Nie odezwałem się ani słowem, nie potrafiłem, a ona? Spoglądała na swoje łapy, po czym zaczęła. Nie, nie, nie! Ja rozumiem. Nie chcę tego usłyszeć, po prostu nie chcę, nie przeżyję tego... No i co? Na co ci to wszystko! Po co mi to mówisz... ładnie, lubi mnie. Też ją lubię, ale nie tylko. Przyjaciel... przyjaciel... przyjaciel. Dobrze! Zrozumiałem! Nie mów nic więcej! Było mi coraz bardziej źle, coraz cieplej, aż w końcu słyszałem jak przepływa mi krew w żyłach. Czy wilki się pocą? Zimno mi.
Patrzyłem na nią, a ona nawet na mnie nie spojrzała, po czym tylko oznajmiła, że przeprasza. No ładnie, niech lepiej teraz nie zauważy tego kwiatka, bo co sobie o mnie pomyśli? Teraz nie wypada. Ona jest szczęśliwa, ale... czekaj... wiedziała? Wiedziała, że ją kocham? Tak, musiała to wiedzieć, przecież... nie przepraszałby.
- Rozumiem. - udało mi się jakoś to powiedzieć, a zaraz po tym zacząłem się rozluźniać i mogłem już spokojnie uciec. Jednak nie, ja taki nie jestem, poza tym co ona sobie pomyśli? Nie chcę jej stracić... mimo wszystko.
- Ja... no... wiesz.. może... wiesz... może wszystko mi opowiesz? - zbierałem myśli. W końcu skoro jesteśmy przyjaciółmi to może mi wszystko powiedzieć, prawda? A może przeprasza mnie za to, że już nie możemy się spotykać? Może jej zakazał? Zazdrosny jest? W sumie to nie wiem już... nic.
Sarissa
A więc jednak... Soovimatu nic do mnie nie czuł. Moje wyznanie sprawiło tylko tyle, że zapadła między nami jakaś niezręczna cisza, którą przerwała lakoniczna wypowiedź basiora. Na co ja liczyłam? Na to, że cokolwiek będzie normalnie? Że spotka mnie szczęście? Tak... chyba... Ale widać nie będzie mi to dane. Trudno...- Ja... przepraszam, ale... chciałabym pobyć nieco sama - powiedziałem, wpatrując się we własne łapy. Nie miałam odwagi unieść wzroku. Spoglądać na niego, widzieć jego błyszczące oczy, które nigdy nie spojrzą na mnie z uczuciem.
- Z-zobaczymy się jutro czy innym razem... Jeśli znajdziesz chwilę... Dobrej nocy... - ruszyłam w stronę zamku starając się nie płakać i nie puścić szaleńczym biegiem do swojej pracowni, w której mogłabym się zaryglować i wypłakać. Wiedziałam, że jeżeli wykonam choć jeden zbyt szybki ruch, to pęknie ta drobna banieczka samokontroli, którą jeszcze w sobie miałam.
środa, 12 kwietnia 2017
Soovimatu - Medycyna (1)
Zaraz po tym jak spotkałem szarą waderę o imieniu Elea, która była opiekunką szczeniąt, ruszyłem do biblioteki. Ona ma rację, muszę w końcu zdobyć odpowiednie umiejętności i zająć stanowisko. Jeśli to wszystko się uda, to Sarissa na pewno będzie szczęśliwa. Chcę być opiekunem, to jest pewne, a zdobycie tego stanowiska bardzo mi pomoże zyskać trochę pewności siebie, która teraz bardzo mi potrzebna. Dzisiaj jest jakiś szalony dzień, to chyba właśnie najlepsza pora.
Wszedłem do biblioteki i znalazłem odpowiedni kamień medyczny, na którym były zapisane odpowiednie informacje. Oczywiście są to podstawy, takie jak udzielanie pierwszej pomocy. To bardzo przydatne podczas pracy ze szczeniętami, bowiem te często sobie coś robią. Nic wielkiego, ale jednak pomóc trzeba. Znam to doskonale, więc tylko sobie wszystko przypomniałem, poprosiłem wilka w bibliotece o sprawdzenie mych umiejętności i ruszyłem do cesarza.
Wszedłem do biblioteki i znalazłem odpowiedni kamień medyczny, na którym były zapisane odpowiednie informacje. Oczywiście są to podstawy, takie jak udzielanie pierwszej pomocy. To bardzo przydatne podczas pracy ze szczeniętami, bowiem te często sobie coś robią. Nic wielkiego, ale jednak pomóc trzeba. Znam to doskonale, więc tylko sobie wszystko przypomniałem, poprosiłem wilka w bibliotece o sprawdzenie mych umiejętności i ruszyłem do cesarza.
wtorek, 11 kwietnia 2017
Shae - Mój książę
Kolejny rok i następny, a on? Nie wrócił i nic o nim nie wiem. Wiedziałam, że bardzo chciałby zostać cesarzem, ale nie sądziłam, że aż tak bardzo go to ruszy. Mój biedny Zeconi. Jest w potrzebie, a ja nawet nie wiem gdzie go szukać. Chciałam, nawet wyszłam poza zamek, jednak nie dałam sobie rady z tym wszystkim. Dlaczego te zwierzęta są takie nie miłe? Całe szczęście udało mi się uciec przed tym hipogryfem i bezpiecznie wrócić do zamku. Mam jedynie nadzieję, że on do mnie wróci, przecież wie... jak bardzo go kocham.
Odkąd na mnie spojrzał, odezwał się do mnie... czułam, że to ten jedyny. Broniłby mnie przed złem całego świata, nawet na swoją siostrę potrafił warknąć. Nie rozumiałam nigdy, dlaczego Lee tak bardzo mnie nie lubi. Nic jej przecież nie zrobiłam.
W tym czasie udało mi się zostać zielarzem. Codziennie chodziłam do ogrodów i zajmowałam się tymi cudownymi kwiatami. Wieczorami obserwowałam gwiazdy, mając nadzieję, że on jeszcze o mnie myśli. Ja to czuję... wróci. Będziemy razem, szczęśliwi.
Odkąd na mnie spojrzał, odezwał się do mnie... czułam, że to ten jedyny. Broniłby mnie przed złem całego świata, nawet na swoją siostrę potrafił warknąć. Nie rozumiałam nigdy, dlaczego Lee tak bardzo mnie nie lubi. Nic jej przecież nie zrobiłam.
W tym czasie udało mi się zostać zielarzem. Codziennie chodziłam do ogrodów i zajmowałam się tymi cudownymi kwiatami. Wieczorami obserwowałam gwiazdy, mając nadzieję, że on jeszcze o mnie myśli. Ja to czuję... wróci. Będziemy razem, szczęśliwi.
poniedziałek, 10 kwietnia 2017
Urian - Quest#19
Ruszyłem na śniadanie. Dość późno, bo wczorajszego wieczora nieco za długo siedziałem i nie potrafiłem zwlec się z łóżka. Ziewając głośno poprosiłem o łabędzie, tak, jak zwykle. Młodziutka wadera podała mi ptaka uśmiechając się przy tym szeroko. Szczerze to nie za bardzo ją kojarzyłem i nieco zdziwiła mnie jej obecność tutaj, ale może pomagała na stołówce? Mniejsza…
Wziąłem spory kęs i… zakrztusiłem się. Mięso smakowało okropnie. Z miejsca przy tym zebrało mi się na mdłości i zakręciło mi się w głowie.
- Panie! – jeden ze strażników był już przy mnie.
W mgnieniu oka zabrali mnie do medyków, gdzie dostałem coś, po czym wymiotowałem jak pijany kot… Powiedzieć, że czułem się źle to było okropne niedomówienie.
- Co mu podałaś?! – warknął jeden ze strażników na szarą waderę, która kuliła się zapłakana spoglądając na górującego nad nią basiora.
- Ja… chciałam zrobić eliksir… - wymamrotała.
- Jaki eliksir? – tym razem wmieszała się Hera. – Muszę wiedzieć co mu dałaś.
- Ja… chciałam zrobić eliksir miłosny – załkała Baspeva.
Gdyby nie to, że czułem się jakby ktoś mnie przeżuł i wypluł, zaśmiałbym się. No ładnie, ładnie… Padłem ofiarą „miłości”.
Całość skończyła się tym, że dwa dni przeleżałem u medyków, pojony różnymi wywarami, które ostatecznie miały zniwelować wszelkie skutki nieudanego eliksiru, a głupiutka wadera nieomal wylądowała w lochach. Nieomal, bo ostatecznie uznałem, że była to zwyczajna głupota, a nie chęć zaszkodzenia mi. Storm był innego zdania i Baspeva została wyrzucona z zamku z zastrzeżeniem, że ma się do mnie na kilometr nie zbliżać, a do tego wilki odpowiedzialne za żywność i to, że mojego posiłku nie dopilnowano, musiały zmierzyć z jego wściekłością i tym, że nieomal rzucał ognistymi kulami w co popadło.
Wziąłem spory kęs i… zakrztusiłem się. Mięso smakowało okropnie. Z miejsca przy tym zebrało mi się na mdłości i zakręciło mi się w głowie.
- Panie! – jeden ze strażników był już przy mnie.
W mgnieniu oka zabrali mnie do medyków, gdzie dostałem coś, po czym wymiotowałem jak pijany kot… Powiedzieć, że czułem się źle to było okropne niedomówienie.
- Co mu podałaś?! – warknął jeden ze strażników na szarą waderę, która kuliła się zapłakana spoglądając na górującego nad nią basiora.
- Ja… chciałam zrobić eliksir… - wymamrotała.
- Jaki eliksir? – tym razem wmieszała się Hera. – Muszę wiedzieć co mu dałaś.
- Ja… chciałam zrobić eliksir miłosny – załkała Baspeva.
Gdyby nie to, że czułem się jakby ktoś mnie przeżuł i wypluł, zaśmiałbym się. No ładnie, ładnie… Padłem ofiarą „miłości”.
Całość skończyła się tym, że dwa dni przeleżałem u medyków, pojony różnymi wywarami, które ostatecznie miały zniwelować wszelkie skutki nieudanego eliksiru, a głupiutka wadera nieomal wylądowała w lochach. Nieomal, bo ostatecznie uznałem, że była to zwyczajna głupota, a nie chęć zaszkodzenia mi. Storm był innego zdania i Baspeva została wyrzucona z zamku z zastrzeżeniem, że ma się do mnie na kilometr nie zbliżać, a do tego wilki odpowiedzialne za żywność i to, że mojego posiłku nie dopilnowano, musiały zmierzyć z jego wściekłością i tym, że nieomal rzucał ognistymi kulami w co popadło.
Urian - Quest#18
Siedziałem w najwyższej komnacie. Było już południe, a przesłuchiwałem właśnie nagrany na kamieniu raport od straży granicznej. Nieco niepokoiło mnie kilku rzezimieszków, którzy zawsze kryli się poza granicami, ledwie zostali zwietrzeni przez strażników, w międzyczasie jednak potrafili narobić niemałego zamieszania. Niby nikt nie zginął, a jedynie poturbowano kilku myśliwych i zielarzy, ale obawiałem się, że to tylko kwestia czasu.
- Panie, jeden z poddanych przyszedł prosić o stanowisko. – poinformował mnie strażnik.
- Wpuśćcie go. – rzuciłem i odłożyłem kamień, zwracając się do przybyłego basiora.
- Witam, Wasza Wysokość… - przywitał się i skłonił się głęboko. – Jestem Soovimatu the Fury i przyszedłem prosić o stanowisko opiekuna szczeniąt. To… dla mnie bardzo ważne. Ja się już opiekowałem dzieciakami w swoim klanie. Wiem wszystko o pierwszej pomocy i… - zaczął i zarzucił mnie całą chyba, zdobytą na temat urazów i odpowiedniej reakcji na nie, wiedzą. Jego wypowiedź była chaotyczna, wskazywała na to, że chciał mi przekazać zbyt wiele w z zbyt krótkim czasie. Mimowolnie się uśmiechnąłem, a ostatecznie zaśmiałem. Naprawdę ciekawie było oglądać kogoś z takim zamiłowaniem. Widać było, że naprawdę mu zależało. Swoją drogą właśnie przypomniało mi się, że ktoś wspominał o nieco dziwnym basiorze, który hasał z maluchami i chyba spotykał się z Sarissą. Chyba wreszcie przyszło mi go osobiście poznać.
- Dobrze, już dobrze. – rzuciłem, kiedy wreszcie przerwał, chyba, żeby wziąć oddech.
– Czuję, że dzieciaki będą pod dobrą opieką więc spokojnie możesz zacząć pracę od jutra. Elea i Ehiit pokażą ci na pewno co i jak. Musisz się też z nimi dogadać odnośnie podziału obowiązków oczywiście. Powodzenia. – pożyczyłem jeszcze i wróciłem do swoich zajęć, kiedy basior żarliwie podziękował i wyszedł.
- Panie, jeden z poddanych przyszedł prosić o stanowisko. – poinformował mnie strażnik.
- Wpuśćcie go. – rzuciłem i odłożyłem kamień, zwracając się do przybyłego basiora.
- Witam, Wasza Wysokość… - przywitał się i skłonił się głęboko. – Jestem Soovimatu the Fury i przyszedłem prosić o stanowisko opiekuna szczeniąt. To… dla mnie bardzo ważne. Ja się już opiekowałem dzieciakami w swoim klanie. Wiem wszystko o pierwszej pomocy i… - zaczął i zarzucił mnie całą chyba, zdobytą na temat urazów i odpowiedniej reakcji na nie, wiedzą. Jego wypowiedź była chaotyczna, wskazywała na to, że chciał mi przekazać zbyt wiele w z zbyt krótkim czasie. Mimowolnie się uśmiechnąłem, a ostatecznie zaśmiałem. Naprawdę ciekawie było oglądać kogoś z takim zamiłowaniem. Widać było, że naprawdę mu zależało. Swoją drogą właśnie przypomniało mi się, że ktoś wspominał o nieco dziwnym basiorze, który hasał z maluchami i chyba spotykał się z Sarissą. Chyba wreszcie przyszło mi go osobiście poznać.
- Dobrze, już dobrze. – rzuciłem, kiedy wreszcie przerwał, chyba, żeby wziąć oddech.
– Czuję, że dzieciaki będą pod dobrą opieką więc spokojnie możesz zacząć pracę od jutra. Elea i Ehiit pokażą ci na pewno co i jak. Musisz się też z nimi dogadać odnośnie podziału obowiązków oczywiście. Powodzenia. – pożyczyłem jeszcze i wróciłem do swoich zajęć, kiedy basior żarliwie podziękował i wyszedł.
niedziela, 9 kwietnia 2017
Zeconi - Awans
Na stołówce rozniosła się plotka, że Dortmund przechodzi na emeryturę, więc można walczyć o jego stanowisko. To oczywiste, że zdobędę je ja, bowiem ostatni tydzień był pełen sukcesów. To chyba lepsze niż siedzenie w zamku i tycie, a co lepsze... wadery uwielbiają wojskowych. Nie tylko ze względu na cudowną budowę ciała, ale ten cały motyw z byciem bohaterem. Może i nie mamy szans ze stanowiskiem cesarzowej, ale jednak odpowiednia ranga pomaga coś osiągnąć. Jak zostanę oficerem, a potem generałem to będę tak samo szanowany jak Urian. Wiadomo, bez mojej zgody on nie miałby wojska, a bez wojska jest niczym.
Nie ociągałem się, pędem udałem się do Vortexa i wypytywałem o wszystko. Okazało się, że oficer organizuje dzisiaj wieczorem test, wygrany bierze wszystko. Spodziewać się mogłem jakiś testów fizycznych, jak i psychicznych, więc od razu zabrałem się za odpowiednie ćwiczenia i przygotowania. To stanowisko jest będzie moje.
Wieczorem wybrałem się na poligon, gdzie Dortmund sprawdzał nasze umiejętności i wytrzymałość. Nie najgorzej, miałem prawie maksymalną liczbę punktów, a zaraz po mnie był jeden z kaprali. O jeden punkt, ale to i tak punkt przewagi dla mnie. Później rozpaliliśmy ognisko i rozmawialiśmy, a oficer wołał do siebie kandydatów. Sam na sam, a z tego co wiem, to Dortmund jest mistrzem sztuczek umysłowych i manipulacji. Jakoś dam radę!
Test poszedł, mam nadzieję, że dobrze. Wróciłem do ogniska i czekałem aż w końcu ogłosi nam wyniki. Każdemu zależało bardzo, ale dla mnie to ostatnia nadzieja na życie.
- Moim zastępcą zostaje Zeconi the White. Brawo kapralu! - oznajmił, a zaraz po tym zaczęły się szepty, że zdobyłem stanowisko, przez brata. To ich ostatnie śmieszkowanie na mój temat, teraz zdechną z wycieńczenia!
Nie ociągałem się, pędem udałem się do Vortexa i wypytywałem o wszystko. Okazało się, że oficer organizuje dzisiaj wieczorem test, wygrany bierze wszystko. Spodziewać się mogłem jakiś testów fizycznych, jak i psychicznych, więc od razu zabrałem się za odpowiednie ćwiczenia i przygotowania. To stanowisko jest będzie moje.
Wieczorem wybrałem się na poligon, gdzie Dortmund sprawdzał nasze umiejętności i wytrzymałość. Nie najgorzej, miałem prawie maksymalną liczbę punktów, a zaraz po mnie był jeden z kaprali. O jeden punkt, ale to i tak punkt przewagi dla mnie. Później rozpaliliśmy ognisko i rozmawialiśmy, a oficer wołał do siebie kandydatów. Sam na sam, a z tego co wiem, to Dortmund jest mistrzem sztuczek umysłowych i manipulacji. Jakoś dam radę!
Test poszedł, mam nadzieję, że dobrze. Wróciłem do ogniska i czekałem aż w końcu ogłosi nam wyniki. Każdemu zależało bardzo, ale dla mnie to ostatnia nadzieja na życie.
- Moim zastępcą zostaje Zeconi the White. Brawo kapralu! - oznajmił, a zaraz po tym zaczęły się szepty, że zdobyłem stanowisko, przez brata. To ich ostatnie śmieszkowanie na mój temat, teraz zdechną z wycieńczenia!
sobota, 8 kwietnia 2017
Soovimatu - Kocham Cię Mamo
Dowiedziałem się, że Foxy zmarła. Cóż, młoda to ona nie była. Czy się tym przejąłem? Oczywiście, bowiem to, że potraktowała mnie tak a nie inaczej, nie zmienia faktu, że była moją matką. W moich żyłach płynie jej krew, no i Rixatusa. Ciekawe czy jeśli on by się ją zajął to ja bym był inny... kochany. Chciałbym bardzo, żeby tak było, ale teraz to już nie ma sensu. Ehh, co ja zrobiłem! Mogłem w ogóle nie opuszczać wioski i zająć się dziećmi. Są już duże i mają rodziny, fakt, ale to nadal tylko dzieci. Z drugiej strony, tutaj mam, jakby to powiedzieć, nowe dzieci i rodzinę. Też nie mogę, ale pokochałem tą trójkę i ich zastępczą mamę. Nie wiem tylko jak jej to powiedzieć... boję się.
- Chciałbym ją pożegnać w ogrodzie. Z tego co słyszałem to zamek to jej całe życie, więc tak będzie najlepiej. - oznajmiłem strażnikom, którzy pomagali mi zabrać ciało na łono natury. Nie wiem czy ktoś przyjdzie pożegnać mą matkę, ale starałem się powiadomić mniej więcej każdego basiora. Nie wiem z kim spała, z kim się spotykała, ale na pewno nie z waderami.
Będąc na miejscu, strażnicy ułożyli ciało matki na wcześniej przygotowanym przeze mnie miejscu. Starałem się, żeby to wyglądało naprawdę dobrze, bowiem to ostatni raz, kiedy ją widzę. Kilka materiałów, poduszki dla gości, a dla mamy łoże z rumianków. Nawet nie wiedziałem jakie kwiaty ona lubi, nic nie wiedziałem. Mimo wszystko, starałem się sprawić jej godny pogrzeb. Zmówiłem nawet szamana i komika, który podobnież był jej ulubionym.
Strażnicy ułożyli ciało wadery na kwiatach, po czym podszedłem do niej i położyłem czerwoną różę. Chwilę jeszcze jej się przyglądałem nim zacząłem mówić. Nie wiedziałem za bardzo co, bowiem nie znałem jej, więc skupiłem się na mych uczuciach.
- Dzisiaj żegnamy moją kochaną mamę, Foxy the Fury z którą niestety, nie spędziłem wystarczająco czasu, by ją poznać. Nie wiem co lubiła, za czym nie przepadała, jednak bardzo się cieszę, że mogłem zamienić z nią kilka słów. Była moim marzeniem odkąd skończyłem rok, moim celem i sensem życia, bowiem zawsze chciałem ją zobaczyć i powiedzieć jej, jak bardzo ją kocham. Teraz przyszło mi powiedzieć to ostatni raz w jej towarzystwie... Kocham Cię Mamo. - ostatnie zdanie mówiłem już przez łzy. Kochałem ją, a ona mnie tak potraktowała. Wybaczam jej wszystko, bo była dla mnie najważniejsza.
Zaraz po przemowie, szaman rzucił jakieś zaklęcie, posypał ją proszkiem, a potem pozwoliliśmy jej odejść. Mimo tego wszystkiego... była dobrym wilkiem. Zniknęła na zawsze.
- Chciałbym ją pożegnać w ogrodzie. Z tego co słyszałem to zamek to jej całe życie, więc tak będzie najlepiej. - oznajmiłem strażnikom, którzy pomagali mi zabrać ciało na łono natury. Nie wiem czy ktoś przyjdzie pożegnać mą matkę, ale starałem się powiadomić mniej więcej każdego basiora. Nie wiem z kim spała, z kim się spotykała, ale na pewno nie z waderami.
Będąc na miejscu, strażnicy ułożyli ciało matki na wcześniej przygotowanym przeze mnie miejscu. Starałem się, żeby to wyglądało naprawdę dobrze, bowiem to ostatni raz, kiedy ją widzę. Kilka materiałów, poduszki dla gości, a dla mamy łoże z rumianków. Nawet nie wiedziałem jakie kwiaty ona lubi, nic nie wiedziałem. Mimo wszystko, starałem się sprawić jej godny pogrzeb. Zmówiłem nawet szamana i komika, który podobnież był jej ulubionym.
Strażnicy ułożyli ciało wadery na kwiatach, po czym podszedłem do niej i położyłem czerwoną różę. Chwilę jeszcze jej się przyglądałem nim zacząłem mówić. Nie wiedziałem za bardzo co, bowiem nie znałem jej, więc skupiłem się na mych uczuciach.
- Dzisiaj żegnamy moją kochaną mamę, Foxy the Fury z którą niestety, nie spędziłem wystarczająco czasu, by ją poznać. Nie wiem co lubiła, za czym nie przepadała, jednak bardzo się cieszę, że mogłem zamienić z nią kilka słów. Była moim marzeniem odkąd skończyłem rok, moim celem i sensem życia, bowiem zawsze chciałem ją zobaczyć i powiedzieć jej, jak bardzo ją kocham. Teraz przyszło mi powiedzieć to ostatni raz w jej towarzystwie... Kocham Cię Mamo. - ostatnie zdanie mówiłem już przez łzy. Kochałem ją, a ona mnie tak potraktowała. Wybaczam jej wszystko, bo była dla mnie najważniejsza.
Zaraz po przemowie, szaman rzucił jakieś zaklęcie, posypał ją proszkiem, a potem pozwoliliśmy jej odejść. Mimo tego wszystkiego... była dobrym wilkiem. Zniknęła na zawsze.
piątek, 7 kwietnia 2017
Zeconi - Quest#21
Kiedy poczułem się lepiej, wróciłem do starych zajęć. Po śniadaniu wyszliśmy z Rashnalem na patrol, tam gdzie zwykle, czyli granice Solitudine, między Cathardeą. Rozmawialiśmy o ostatnim ataku feniksa i śmialiśmy się z tego, chociaż z drugiej strony to dziwne, że taki ptak znajdował się właśnie tutaj. Może uczyła małego latać i akurat tutaj mu coś nie wyszło? Nie wiem, ale wtedy bardzo mnie zraniła. Kto by się spodziewał, że taki ptaszek ma aż tak parzący ogień. Słysząc te słowa, brązowy basior prawie się popłakał ze śmiechu.
- A jak się czujesz? - zapytał po chwili, mając na myśli moją ranę.
- Jest dobrze. Medycy powiedzieli, że jeszcze kilka dni noszenia bandaży, a potem niech się dotleni. - zaśmiałem się.
W oddali zobaczyliśmy lamparta, który właśnie przekraczał nasze granice. Podeszliśmy do niego i zaczęliśmy wypytywać po co on tutaj przybywa. Może to szpieg? Dawno nie było wojny, a nasze królestwa mają pakt pokoju, więc raczej nie jest szpiegiem. No, ewentualnie nie powinien być.
Okazało się, że zna język Arcanterski, więc nie mieliśmy żadnego problemu z dowiedzeniem się po co tu przyszedł. Turysta.
- A jak się czujesz? - zapytał po chwili, mając na myśli moją ranę.
- Jest dobrze. Medycy powiedzieli, że jeszcze kilka dni noszenia bandaży, a potem niech się dotleni. - zaśmiałem się.
W oddali zobaczyliśmy lamparta, który właśnie przekraczał nasze granice. Podeszliśmy do niego i zaczęliśmy wypytywać po co on tutaj przybywa. Może to szpieg? Dawno nie było wojny, a nasze królestwa mają pakt pokoju, więc raczej nie jest szpiegiem. No, ewentualnie nie powinien być.
Okazało się, że zna język Arcanterski, więc nie mieliśmy żadnego problemu z dowiedzeniem się po co tu przyszedł. Turysta.
czwartek, 6 kwietnia 2017
Zeconi - Quest#20
Razem z moim brązowym znajomym i jednocześnie wilkiem, który został przydzielony do mnie, spacerowaliśmy po Solitudine. Standardowo, nic się nie zmieniło. Był już wieczór i właśnie zamierzaliśmy wracać, by oddać wartę kolejnej parze. Po drodze rozmawialiśmy o waderach i wtedy właśnie przypomniał mi się ślub Viviann i moja słodka Shae. Ehh, ostatnio nie miałem kontaktu z żadną waderą, a biorąc pod uwagę jego podekscytowanie, on też nie. Chyba pora na jakiś urlopik, czy coś, jednak zanim to zrobię, zdobędę stanowisko Oficera.
W połowie nogi coś nas napadło. Dostałem kulą ognia w bok, a tak był tak silny, że odepchnięto mnie na około metr czy dwa. Bolało okropnie, więc piszczałem, starając się coś z tą raną zrobić. Mój przyjaciel postawił murek wokół mnie, a sam zaczął ogarniać co się stało.
- Co się dzieje?! - krzyknąłem, upewniając się, że z nim wszystko dobrze. Niech tylko poczeka, przestanie trochę boleć to poparzenie i mogę mu pomóc.
- Feniks! Wstawaj! - warknął, obrzucając czerwonego ptaka kamieniami i próbując go związać pnączami. Problem tu jest taki, że ani ja, ani mój towarzysz nie damy sobie z nim rady. Ogień, gdzie ja mam powietrze, a on ma ziemię.
Wyskoczyłem z ochrony, starając się myśleć o pojedynku, a nie o tym, jak mnie bok niemiłosiernie boli. Ptak rzucił w Rashnala kulą ognia i w ostatnim momencie udało mi się ją ściąć. Jest to naprawdę trudne do zrobienia, bowiem jedna iskra sprawia, że moje powietrze zmienia się w ogień lub też wybucha.
- Uciekaj! Tak go nie pokonamy, jest dwa razy większy! - krzyczałem do niego, obrzucając ptaka ostrzami. W oddali zauważyłem czerwony płomyk na ziemi.
- Spierdalaj, kurwa! Ona broni pisklaka! - krzyknąłem i sam ruszyłem w stronę koszar, popychając basiora magią powietrza. Wytworzyłem też silny podmuch, by zepchnęło ptaka na ziemię. Upadła jak kłoda, a nam się udało uciec. Na miejscu wstąpiłem do sali medycznej, gdzie spędzę kilka dni.
W połowie nogi coś nas napadło. Dostałem kulą ognia w bok, a tak był tak silny, że odepchnięto mnie na około metr czy dwa. Bolało okropnie, więc piszczałem, starając się coś z tą raną zrobić. Mój przyjaciel postawił murek wokół mnie, a sam zaczął ogarniać co się stało.
- Co się dzieje?! - krzyknąłem, upewniając się, że z nim wszystko dobrze. Niech tylko poczeka, przestanie trochę boleć to poparzenie i mogę mu pomóc.
- Feniks! Wstawaj! - warknął, obrzucając czerwonego ptaka kamieniami i próbując go związać pnączami. Problem tu jest taki, że ani ja, ani mój towarzysz nie damy sobie z nim rady. Ogień, gdzie ja mam powietrze, a on ma ziemię.
Wyskoczyłem z ochrony, starając się myśleć o pojedynku, a nie o tym, jak mnie bok niemiłosiernie boli. Ptak rzucił w Rashnala kulą ognia i w ostatnim momencie udało mi się ją ściąć. Jest to naprawdę trudne do zrobienia, bowiem jedna iskra sprawia, że moje powietrze zmienia się w ogień lub też wybucha.
- Uciekaj! Tak go nie pokonamy, jest dwa razy większy! - krzyczałem do niego, obrzucając ptaka ostrzami. W oddali zauważyłem czerwony płomyk na ziemi.
- Spierdalaj, kurwa! Ona broni pisklaka! - krzyknąłem i sam ruszyłem w stronę koszar, popychając basiora magią powietrza. Wytworzyłem też silny podmuch, by zepchnęło ptaka na ziemię. Upadła jak kłoda, a nam się udało uciec. Na miejscu wstąpiłem do sali medycznej, gdzie spędzę kilka dni.
środa, 5 kwietnia 2017
Zeconi - Quest#19
Pasowało mi tutaj. Codziennie to samo i zero zmartwień. Może z czasem robi się to nudne, ale od tego są treningi, poza tym generał przydziela nam wycieczki i inne miejsca, także czasem wyrwiesz się na tydzień czy dwa, a jak wracasz to jedyne co chcesz to odpocząć. Oczywiście to też zależy, czy się obijałeś i potraktowałeś zlecenie jak wakacje. Ja nigdy jeszcze tego nie robiłem, ale chłopakom często się zdarzało. Może to dlatego, że jestem młody i nie wyżyty? Tak mówią.
Po porannym treningu pora na śniadanie, a najlepsze jest to, że podali jelenia. Lubiłem go, jednak nic nie przebije bażantów! Dawno ich nie było, a szkoda. Wziąłem swoje mięso, usiadłem przy stoliku i już miałem je jeść, jednak ktoś mnie zawołał, więc na chwilę odszedłem. Okazało się, że szykuje się wycieczka na Anguntur po jakieś przedmioty dla magów i trzeba zbieraczy chronić. No to co? Idziemy? Jasne, że tak. W końcu coś fajnego.
Wróciłem do stolika i zacząłem jeść swoją rację żywnościową. Dziwnie smakowała muszę przyznać, jednak jadłem dalej. Spojrzałem kątem oka na basiory przy stoliku, którzy dziwnie się uśmiechali. Oho! Kurde! Wiedziałem, że mi coś dosypiali!
Po chwili przed oczyma zaczęły pojawiać mi się dziwne wzory i istoty. Czułem się jak po soku, jednak miałem jakieś omamy. Pyski towarzyszy były jakieś zdeformowane... pływały. Ich śmiech i głosy także brzmiały jakoś inaczej... tak powolnie. Wszystko zwolniło, język się plątał, łap totalnie nie czułem... oj, zemszczę się.
Po porannym treningu pora na śniadanie, a najlepsze jest to, że podali jelenia. Lubiłem go, jednak nic nie przebije bażantów! Dawno ich nie było, a szkoda. Wziąłem swoje mięso, usiadłem przy stoliku i już miałem je jeść, jednak ktoś mnie zawołał, więc na chwilę odszedłem. Okazało się, że szykuje się wycieczka na Anguntur po jakieś przedmioty dla magów i trzeba zbieraczy chronić. No to co? Idziemy? Jasne, że tak. W końcu coś fajnego.
Wróciłem do stolika i zacząłem jeść swoją rację żywnościową. Dziwnie smakowała muszę przyznać, jednak jadłem dalej. Spojrzałem kątem oka na basiory przy stoliku, którzy dziwnie się uśmiechali. Oho! Kurde! Wiedziałem, że mi coś dosypiali!
Po chwili przed oczyma zaczęły pojawiać mi się dziwne wzory i istoty. Czułem się jak po soku, jednak miałem jakieś omamy. Pyski towarzyszy były jakieś zdeformowane... pływały. Ich śmiech i głosy także brzmiały jakoś inaczej... tak powolnie. Wszystko zwolniło, język się plątał, łap totalnie nie czułem... oj, zemszczę się.
Subskrybuj:
Posty (Atom)