Trwające wątki

Połowa Arcanterry przepadła wraz z forum. Przepraszamy.
Blog oficjalnie nieczynny ;)

piątek, 31 marca 2017

Renn - To miejsce

Wyszłam z komnaty, a następnie pobiegłam przed siebie. Ledwo widziałam gdzie biegnę, ale moim celem były wrota zamkowe, ponieważ chciałam opuścić ten budynek jak najszybciej. Ponownie zalała mnie fala wspomnień... I ten sen. Sen, w którym widziałam, jak moja matka oraz ojciec umierają. Na czarnych polikach miałam ślady łez - gorzkich łez smutku, żalu oraz goryczy. Nic nigdy nie będzie takie samo bez nich. To oni nam dali życie, lecz czy ono było dobre? Czy my w ogóle powinniśmy żyć? A może jesteśmy pomyłką Arcanusa? Tyle pytań mi się teraz kołatało w głowie, a żadnych odpowiedzi jak nie było, tak nie ma.
Wybiegłam z zamku, kierując się na północ. Po prostu biegłam przed siebie, nie zważając na krzyki strażników, których mijałam po drodze. Zapewne dali sobie spokój, ponieważ po jakimś czasie przestałam słyszeć ich głosy. W pewnym momencie zatrzymałam się, gdyż o mało co nie wpadłam do małego zbiornika wodnego. Usiadłam tuż obok niego, spoglądając na swe odbicie. Kim ja właściwie jestem? Do czego dążę? Zacisnęłam oczy, z których ponownie wypłynęło parę łez. Spadły one do sadzawki i... stało się coś dziwnego. Każda z nich wytworzyła skrawek lodu, unoszący się na powierzchni wody. Z zajęć lekcyjnych wiedziałam, że posiadam żywioł wody, lecz nie spodziewałam się czegoś takiego. Mój płacz zamienił się w cichy szloch. Podniosłam pysk do góry, w stronę gwiazd. Ujrzałam tam jedną, spadającą gwiazdę. Może zadziała?... Warto spróbować.
- P-proszę, aby moi rodzice powrócili... Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale proszę, chcę ich zobaczyć ch-chociaż jeszcze jeden raz... Jak się uśmiechają, n-nie umierają... - poprosiłam.
Cała drżałam z emocji. Przymknęłam delikatnie oczy, a moje serce powoli zwalniało tempa.
Urian
Dzisiejszy dzień był zdecydowanie jednym z bardziej męczących. Mimo to nie potrafiłem zasnąć. Leżałem tylko, przewracając się to na bok, to grzbiet, to znów z powrotem. W głowie mi huczało od nadmiaru myśli, do tego komnata była jakaś... pusta. Niby standard, ale tym razem jakoś dotkliwiej to odczuwałem. Było tak w gruncie rzeczy od czasu pojawienia się Viviann. Czy chciałem żeby ona tu ze mną była? Tak? Nie? Nie wiem...? Niby była ładna, inteligentna, dobrze wychowana i... ciekawa. Byłaby dobrą żoną i towarzyszką. Do tego wielu oczekiwało, że się pobierzemy... Tylko czy ja tego chciałem, czy interesowała mnie do tego stopnia? No i to, że od chwili jej pojawiania się paradoksalnie byłem jeszcze bardziej samotny... Coś tu zdecydowanie nie grało.
Z głośnym, pełnym niezadowolenia i irytacji warknięciem, wstałem i wyszedłem z komnaty. Strażnik od razu się tym zainteresował, kazałem mu wrócić do obchodu. Nie potrzebowałem świadków. Potrzebowałem zwyczajnie spokoju i czegoś... sam nie wiem. Jakiegoś drobiazgu, który pozwoliłby mi nie myśleć za wiele. A może potrzebowałem się zwyczajnie komuś wygadać? Kiedyś rozmawiałem z mamą lub wujkiem... Oni słuchali, rozumieli. Teraz nie miałem nikogo. Brat unikał mnie jak ognia i nie wiedziałem nawet czy to dobrze, czy wręcz przeciwnie. Siostry były zajęte swoimi sprawami i moje ich nie interesowały. Byłem sam...
Ruszyłem na mury po czym wspomagając się magią powietrza opadłem na jeden z niższych daszków. Nikt mnie tu nie widział, miałem spokój, a pode mną rozpościerał się ogród. Kiedy już wygodnie się ułożyłem usłyszałem szloch. Spojrzałem na postać skuloną przy jednym z oczek wodnych. Nawet z odległości poznałem drobne ciało czarnej wadery. Renn...
Zeskoczyłem z daszku i opadłem miękko na trawiaste podłoże. Ruszyłem w stronę wilczycy.
- Renn... - odezwałem się i usiadłem blisko niej. - Czy coś się stało?
Rozejrzałem się badawczo szukając sprawcy cierpienia wadery. Nie dojrzałem jednak nikogo.
Renn
Poczułam czyjeś ciepło obok siebie, a zapach wilka od razu zdradzał, kim on był. Na jego głos wzdrygnęłam się. Potrząsnęłam głową z nadzieją, że nie dam po sobie rozpoznać tego, iż płakałam. Wstałam, spoglądając na szarego basiora. Zupełnie nie miałam pojęcia, jak się zachować. Nie wiedziałam, czy miałam mu się ukłonić, czy coś jeszcze innego zrobić. Zagryzłam lekko wargę, po czym odwróciłam czarny pysk w bok. Nie spodziewałam się, że ktoś do mnie podejdzie i zagada, a szczególnie tak ważna persona jak Urian. Poczułam się bardzo niepewnie. Ukradkiem spojrzałam na cesarza, który wpatrywał się we mnie swymi jasnymi oczami, oczekując na odpowiedź. Obróciłam nos w jego stronę, a następnie wykonałam lekki ukłon głową.
- N-nie... Nic t-takiego ważnego się n-nie stało... - odparłam markotnie ze spuszczonym pyskiem.
Mój głos był drżący, lekko ochrypły oraz załamany. Przeżywałam coś takiego praktycznie codziennie nocą, lecz tym razem sen szarpnął mną tak, że musiałam uciec w ustronniejsze miejsce... Które jednak takim ustronnym się nie okazało.
Urian
Widać było, że coś bardzo męczyło Renn. Podejrzewałem oczywiście co. W końcu przybycie jej i jej rodzeństwa do zamku odbiło się głośnym echem, a ja sam rozkazałem znaleźć i zlikwidować sprawców ataku na jej rodziców. Wiedziałem, że oboje zmarli i, że dzieciaki były świadkami tego mordu. Coś takiego musiało się odbić na ich psychice nawet jeżeli, z tego co było mi wiadomo, magini, która ich przyjęła nie miała z nimi jakiegoś większego kłopotu. Przynajmniej pozornie. Widać było jednak, że nie do końca wszystko było dobrze.
- Skoro nie chcesz o tym rozmawiać, dobrze. Masz do tego pełne prawo. Każdy ma swoje koszmary, ale czasami warto je z kimś dzielić, pamiętaj o tym. - stwierdziłem na co wadera spojrzała na mnie lekko zaskoczona. - Nie tylko ty, jak widać, nie możesz spać w nocy. Czasami tak bywa...
Siedzieliśmy chwilę, a ja wciągnąłem nosem nocny wietrzyk, niezwykle przyjemny. Wiatr był dla mnie skrawkiem wolności.
- Więc? Znalazłaś już swoje ulubione miejsce? - spytałem chcąc zmienić nieco temat.
Wadera stwierdziła drżącym, niepewnym głosem, że lubi to miejsce. Woda uspokajała ją odrobinę.
- Magini wody, co? - spytałem z uśmiechem, na co skinęła lekko. - Coś w tym jest, że nasze żywioły dobrze na nas wpływają. Ja od zawsze lubiłem wiatr... W końcu okazało się dlaczego.
Renn
Ucieszyłam się z tego, że Urian nie będzie drążył tematu, który jest powodem moich smutków. Na jego pytanie o mój żywioł skinęłam nieśmiało głową. Ten to był bystry! Od razu rozpoznał to, jaką moc posiadam. Lekko się rozluźniłam, a wiadomość o tym, iż cesarz jest magiem powietrza, jakoś za bardzo mnie nie zadziwiła. W końcu na naszym pierwszym spotkaniu zabrał mnie na mury zamkowe, a tam jest bardzo wietrznie.
- J-ja... Ja chyb-ba nie odnalazłam j-jeszcze takiego miejsca... - stwierdziłam po chwili. - Aczkolwiek t-ta sadzawka wy-wygląda na całkiem ładn-ną.
Skierowałam wzrok na taflę wody, a następnie mimowolnie się uśmiechnęłam. Byłam zadowolona ze swojego żywiołu, ponieważ przynosił więcej dobra niż zła. Na szczęście nie odziedziczyłam mocy ognia, choć nie twierdzę, że jest zła. Znaczy... Niedobrze wykorzystana może przynieść niepotrzebne straty, lecz w odpowiednich celach jak najbardziej była wskazana, na przykład do pieczenia mięsa czy utwardzania materiału do budowy. Płomieniami można było również ogrzać komnatę, co było na prawdę wygodne.
- Z-znasz jakieś sz-sztuczki pow-wietrzne?... - zapytałam cichutko.
Urian
- Nieco, owszem - uśmiechnąłem się. - Powietrze jest wbrew pozorom bardzo przydatnym żywiołem. Można tworzyć z niego różne rzeczy, od ostrzy - skinienie wystarczyło, żeby stworzyć malutkie ostrze, które ścięło jeden z rosnących w pobliżu kwiatów, a ja uniosłem go w stronę wadery, która zamrugała zaskoczona po czym nieśmiało przyjęła kwiat - po coś znacznie większego - stwierdziłem, a wokół nas zerwał się wiatr tworzący małe tornado, podrywający płatki kwiatów i źdźbła trawy by utworzyć nich wirującą ścianę.
Renn spoglądała na to z lekkim przestrachem, ale i fascynacją. Wyglądała naprawdę uroczo kiedy coś taka ją ciekawiło, kiedy walczyła ze swoją nieśmiałością. Każdy musiał walczyć z czymś w sobie, prawda? U mnie był to gniew, który starałem się odkładać na bok, cokolwiek by się nie działo.
Tornado zwolniło, a chwile później płatki opadły miękko wokół nas tworząc okrąg.
- Do tego można używać powietrza jeszcze w inny sposób... Chodź - poprosiłem i ruszyłem w stronę zamku. Czarna ruszyła za mną bez wahania.
Znów weszliśmy na mury. Nie wysoko tak, żeby nie wystraszyć mojej towarzyszki.
- Zaufasz mi? - spytałem.
Wilczyca spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczkami, zaraz jednak skinęła choć jej wahanie szczerze mnie rozbawiło.
- Kiedy ci powiem... skoczysz - oznajmiłem na co ona niemal wstrzymała oddech, mimo to znów skinęła.
- Teraz - rzuciłem i wraz z Renn zeskoczyłem z murów.
Podmuch, który stworzyłem sprawił, że zamiast runąć w dół opadliśmy miękko na ziemię. Tuż obok siebie.
- Bardzo mi się to przydaje kiedy zwiedzam co wyższe miejsca - uśmiechnąłem się.
Renn
W pierwszej chwili się zawahałam, ale po dłuższym zastanowieniu uświadomiłam sobie, że cesarz nie będzie krzywdził swych poddanych. Zaufałam Urianowi, i gdy skoczyliśmy, czułam wielki lęk, lecz także coś innego. Uczucie to było nie do opisania... Wolność? Niezależność? Sama nie wiem. Po wylądowaniu zachwiałam się lekko, lecz zaraz stanęłam prosto. Uśmiech Uriana znowu sprawił, że odwróciłam od niego wzrok, po czym cofnęłam się o jeden krok.
- Cz-czy my nie powinniśmy już w-wracać? - zapytałam szybko pod wpływem impulsu. - Jest noc i-i... Twoi strażnicy m-mogą się martwić...
Towarzystwo tego szarego basiora było całkiem przyjemne, choć w pewnych momentach nieco stresujące, przez co panikowałam. Na co dzień raczej nie spotykało się tak ważnej osobistości, toteż nie miałam pojęcia, jak się przy nim zachowywać, a mój umysł wariował. Bałam się, że powiem coś niewłaściwego lub obraźliwego, i tym sposobem wyląduję w lochach.
Urian
- Strażnicy zawsze wiedzą gdzie jestem i czy jestem żywy... To im w gruncie rzeczy wystarcza - stwierdziłem. - Gorzej kiedy Storm nie śpi.
Wadera spojrzała na mnie pytająco. Jej ciekawość mnie cieszyła, tak samo jak każda ta chwila kiedy nie była spięta i nie bała się mnie.
- Druid jest... nieco przewrażliwiony. Nie dziwię się aż tak bardzo. Widzisz... mój ojciec został zamordowany, do tej pory nie wiadomo jaki był tego cel. Czy był to ktoś z "prywatnych" wrogów czy ktoś kto źle życzył całej Arcanterze. Do tego moje relacje z bratem są.. dość napięte, ale pewnie wszystko to wiesz. W końcu zamek huczy, a sporo strażników kocha wszelkie plotki. W każdym razie co jakiś czas muszę zebrać ochrzan o to, jak to nie doceniam zagrożenia - uśmiechnąłem się krzywo, bez cienia wesołości.
Nie miałem pewności czy powinienem jej to mówić. Pewnie nie... Zapewne głupotą było zrzucanie na nią moich kłopotów choćby w taki sposób, ale ciążyło mi to na sercu już tyle czasu, że zwyczajnie musiałem nawet jeżeli wywnętrzanie się nie należało do moich zwyczajów. Większość rzeczy kisiłem w sobie do czasu aż wyłaziły ze mnie w napadzie furii. Nawet jeżeli pewne rzeczy wiedzieli wszyscy, to większość uważała, że się tym zwyczajnie nie przejmuję, a w związku z tym nie ma się czym martwić. W takich chwilach nieco ciążyło mi to, jak mnie postrzegano. Jako tego brata, któremu nic się nigdy nie chciało, który niczym się nie przejmował, a do tego słynął z napadów złości.
- Wybacz - westchnąłem widząc, że czarna zerka w bok. - Jeżeli wolisz wrócić do swojej komnaty to chociaż cię odprowadzę, jeśli mogę.
Renn
Skinęłam delikatnie głową na znak, iż się zgadzam. Właściwie to dobrze, że Urian wróci ze mną, ponieważ kto wie, co może czyhać w mrokach zamku? Nawet, jeśli jest on strzeżony. Skoro morderca ojca aktualnego cesarza tak łatwo wkroczył do tej budowli (I to w dzień!), to oczy i uszy powinny mieć się na baczności. Ponadto jeszcze ci zabójcy moich rodziców... Okropne rzeczy się tutaj dzieją!
- O-oczywiście. Bardzo byłoby mi... Miło. - odpowiedziałam, mówiąc wszystkie słowa bardzo szybko.
Postawiłam parę kroków do przodu, mijając szarego basiora, a tym samym delikatnie ocierając się o jego bok. Co prawda nie było to za bardzo zamierzone, aczkolwiek miałam nadzieję, iż Urian nie odbierze tego zbyt negatywnie. Co gorsza, ponownie poczułam w sobie lęk i lekką panikę. Zdarzało się to coraz częściej... Ale nie chciałam okazywać tego innym. Nie chcę, aby bracia oraz Sarissa się martwili o mnie jeszcze bardziej, ponieważ każdy z nas ma już dość zbędnych nerwów oraz stresu.
Urian
Wadera lekko otarła się o mnie, co zapewne mógłbym potraktować jako zachętę... A raczej wiem, kto by tak to potraktował, ja jednak widziałem, że wadera wciąż się boi. Szkoda, bo budziła we mnie naprawdę solidną sympatię.
Ruszyliśmy w stronę zamku by cicho stąpając po kamiennych posadzkach stanąć wreszcie przed komnatą, którą zajmowała młoda wilczyca wraz z rodzeństwem i przybraną matką.
- Dobrej nocy - powiedziałem z uśmiechem. - I nie bój się... Naprawdę tutaj nie masz czego.
Spoglądałem jak czarna ostrożnie, starając się nie obudzić rodziny, wchodzi do komnaty i ostrożnie zamyka za sobą drzwi. I ja ruszyłem do swojej sypialni zastanawiając się czy tym razem dane mi będzie zasnąć spokojnym snem.

czwartek, 30 marca 2017

Ruin - Kocham Cię

Noc. Komnata. Posłanie. Ciemność. W sumie to nic nowego, bowiem każda noc wyglądała tak samo. Kładziemy się spać, mówimy dobranoc, a potem jedno z nas się budzi, wychodzi lub po prostu łka po cichu w poduszkę. Ja jednak nie należałem do tych, którzy płaczą w swe posłanie. Zdecydowanie wolałem się gdzieś ulokować, tak, żeby nikt nie widział. Po co to komu, prawda? Kogo niby obchodzę? To nie ich interes. Nic nie powinno ich interesować. To co zrobię ze sobą to tylko moja sprawa, jednak czasem mam dość. Wyobrażają sobie nie wiadomo co, boją się, że coś mi odbije. Czy ja wyglądam jak jakiś psychopata, czy coś w tym stylu? Nie. Przynajmniej tak sądzę. Ja... po prostu nie wiem. Nic nie wiem. Bezradność. Beznadzieja. Czemu to takie trudne?
Leżąc na swoim posłaniu i gapiąc się w blask księżyca, usłyszałem, że drzwi się otworzyły i ktoś wyszedł. Nie zwróciłem na to większej uwagi. Czasem tak trzeba. Jednak coś nie pozwalało mi na dłuższe rozmyślanie o sensie mego istnienia. Odwróciłem się i obejrzałem pomieszczenie bardzo dokładnie. Renn. To ona wyszła. Kochałem ją bardzo, jednak nie często rozmawialiśmy. Nie wiem dlaczego. Może to moja wina? Znikam i wracam nie prędzej niż wieczorem. Wyszedłem, by jej poszukać.
- Witaj. - oznajmiłem obojętnie, kiedy udało mi się ją znaleźć.
Renn
Próbuję krzyknąć do matki, żeby uciekała, ponieważ rudy basior zaraz ją złapie. Ale ona siedzi i się uśmiecha do moich braci. Tylko ja widzę zagrożenie. Nie umiałam z siebie wydać żadnego dźwięki czy krzyku, nawet pyska nie mogłam otworzyć, a moje ruchy były bardzo spowolnione, ledwo się ruszałam. Ze strachem patrzyłam na to, jak moją rodzinę pochłania żywcem ogień wywołany przez bursztynowego samca. Moje oczy nie chciały się zamknąć, więc zmuszona byłam do gapienia się na tą straszną scenę.

Otworzyłam załzawione oczy, ciężko oddychając. Wzięłam kilka, głębokich oddechów, po czym rozejrzałam się po komnacie. Sarissa, Ruin oraz Adriel ciągle spali, a ich klatki piersiowe spokojnie unosiły się oraz opadały. Odetchnęłam z ulgą. Miałam jednak dość tych koszmarów, które noc w noc mnie nawiedzały. Już nawet przestałam płakać po nich, a po prostu milczałam, czekając, aż me serce oraz umysł uspokoją się. W tym procesie pomagały mi nocne spacery do sadzawki niedaleko zamku, więc tam teraz zamierzałam się udać. Zeszłam z posłania, a następnie ciężkim oraz powolnym krokiem wyszłam z pomieszczenia. Nie minęła chwila, a ktoś się do mnie odezwał. Przestałam iść. Obróciłam się, a ujrzawszy Ruina, nie zareagowałam. Gapiłam się na niego tępym wzrokiem, jakbym była nieobecna. Nie miałam nawet siły na odpowiedzenie mu. Czyżby to były skutki mojego koszmaru? Czy efekty w nim obecne przenoszą się do rzeczywistości? To było prawdopodobne, choć bardzo niewygodne.
Ruin
Wadera się nie odezwała, więc ja też tego nie zrobiłem. Przez chwilę popatrzeliśmy się na siebie, w końcu ona ruszyła powolnym krokiem przed siebie. Zrobiłem to samo, aż w końcu zatrzymała się i usiadła na brzegu sadzawki. Cisza. Nie wiem czy powinienem z nią rozmawiać, jednak jakoś ostatnio nie miałem czasu dla niej, za co chciałbym przeprosić. Mimo chęci, nie powiedziałem nic. Nie potrafiłem. Milczenie.
Spojrzałem na wodę, po czym postanowiłem trochę poćwiczyć. Nigdy mi to nie wychodziło i obawiałem się, że zamrożę wodę tak jak to zawsze występowało. Nie potrafiłem tego naprawić. Lód i to wszystko, nic więcej. W tym przypadku nie było inaczej, woda zaczęła zamarzać, tworząc cudowne wzory.
- Przepraszam. Umiesz to naprawić? - zapytałem, patrząc najpierw na zamarzającą sadzawkę, a potem na siostrę.
- Czy to możliwe, bym bym magiem lodu? Nic więcej mi nie wychodzi. - dodałem obojętnie, chcąc jakoś zacząć rozmowę, a jednocześnie przestać myśleć o koszmarach każdej nocy.
Renn
Spojrzałam obojętnym wzrokiem na brata. Chyba próbował do mnie zagadać, jakkolwiek rozweselić. Będzie mu smutno, jeśli jego starania pójdą na marne. Nie chcę, aby Ruinowi było przykro. Westchnęłam, po czym zamrugałam kilka razy oczami. Następnie przeniosłam swój wzrok na zamarzniętą sadzawkę.
- Z tego, co mi wiadomo, zamrażanie oraz tworzenie lodu to umiejętności, które posiadają magowie wody - oznajmiłam obojętnym tonem. - Wątpię, że jesteś tylko i wyłącznie magiem lodu... Chociaż dziwne jest to, iż nie potrafisz zamienić w ciecz tego, co sam zamroziłeś.
Przyłożyłam delikatnie swą łapę do warstwy lodu unoszącego się na powierzchni wody. Potem wyobraziłam sobie, jak go rozmrażam. Dodatkowo zamknęłam oczy, gdyż to znacznie ułatwiało mi skupienie się na danej czynności. Wtem, ponownie je otwierając, zobaczyłam, jak lód zmienia się w wodę. Zdezorientowana spojrzałam na brata.
- T-te nasze żywioły są... Dziwne. - stwierdziłam.
Ruin
Zamilkłem na chwilę, obserwując dokładnie to co się dzieje z wodą, to co nas otacza, wsłuchując się w dźwięki natury, jednocześnie myśląc o tych słowach. Może i ona ma rację? Jednak ja kto możliwe, że nie miewa z tym problemów a ja tak? Starałem się jeszcze raz unieść wodę, jednak jedyne co mi się udało to ponowne zamrożenie jej i uniesienie lodu. Westchnąłem i dokładnie przyjrzałem się temu. Chyba to jednak nie dla mnie.
Spojrzałem na siostrę, prosząc ją jednocześnie o to, by naprawiła to wszystko, a ona bez większego trudu dała sobie z tym radę. Resztę czasu spędziliśmy w ciszy, bo o czym mogę z nią porozmawiać? Nie wiem czym się interesują wadery w jej wieku, nie mówiąc już o tym, że teraz jej tak jakby... nie znam. Zmieniliśmy się wszyscy... na tyle, bym nie mógł trafnie ocenić czego jej trzeba. Cisza i spokój. Po jakimś czasie postanowiliśmy wrócić do siebie.
- Kocham Cię Renn. - oznajmiłem, nim weszliśmy do komnaty. Dawno jej tego nie mówiłem, a kiedy w końcu mi się udało poczułem przyjemne ciepło i ulgę? Nie pozwolę skrzywdzić mej siostry, a Adriel na pewno mi w tym pomoże.

środa, 29 marca 2017

Adriel - Wewnętrzny ogień

Podczas kiedy moje rodzeństwo ruszyło z Foxy na wyprawę, która miała pomóc im w rozwijaniu swojego żywiołu, ja ruszyłem na podobną, jednak z Nexo. Szczerze mówiąc nieco dziwnie się złożyło. Czy nie lepiej byłoby by uczyła mnie magini ognia, a ich magini wody? Do tego... Foxy bywała bardzo nerwowa i perspektywa zostawienia rodzeństwa z nią nie była niczym przyjemnym. Martwiłem się, że Ruin znów coś oleje i dostanie po łbie, że Renn się wystraszy i rozpłacze. Nigdy nie byłem też odseparowany od rodzeństwa tak długo i nie dzieliła nas taka odległość. Być może dlatego całą drogę do Caeruleo czułem się nieswojo i niepewnie choć nigdy nie brakowało mi odwagi. Tym razem spoglądałem cały czas za siebie, szukając... sam nie wiem czego. Co chwilę łapałem się na tym, że najchętniej zawróciłbym pędem i pognał do brata i siostry...
- Wszystko gra? - spytała nauczycielka z troską. Widząc najwyraźniej, że coś ze mną nie tak.
- Tak, tak... to nic - starałem się uśmiechnąć, ale w duchu czułem jakieś nieprzyjemne zimno.
Miejsce, do którego doszliśmy okazało się naprawdę przyjemne. Było tu ciepło, a słońce zdawało się świecić tu jakby mocniej. Czułem pod łapami gorący piasek i przyjemny, nagrzany wietrzyk. Było tu naprawdę cudownie, chciałbym, aby moje rodzeństwo tu było i mogło to zobaczyć.
- Magia ognia jest nieco inna niż pozostałe - tłumaczyła nauczycielka kiedy wstaliśmy po krótkim odpoczynku. - Nieczęsto zdarza się, że ogień jest w pobliżu. To nie ziemia, którą mamy wciąż pod łapami, nie otaczające nas powietrze czy woda, która znajduje się choćby pod postacią wilgoci w powietrzu. Ogień stworzyć musicie sami rozgrzewając powietrze wokół was, koncentrując się na tym, co ma zająć się ogniem. Ważnym jest abyście poczuli wewnętrzny ogień i przekierowali go w odpowiedni sposób. Weźcie głęboki wdech i pomyślcie o czymś co tli się w was lub wręcz płonie... Kiedy poczujecie gorąco w piersi będziecie gotowi.
Nie mogłem się skupić na niczym co sprawiłoby, żebym poczuł ciepło... Wręcz przeciwnie, mimo ogólnego upału wciąż lekko drżałem. Starałem się naprawdę. Kiedy jednak myślałem o tym jak daleko są Renn i Ruin... Tak, oni... Pomogło mi ostatnio myślenie o tym, że przecież mam ich bronić. Może i tym razem coś z tego wyjdzie? Dalej przecież musiałem się starać... Chciałem się postarać i urosnąć w siłę.
Ciepło pojawiło się. Na początku nikłe, ale wyczuwalne. To jednak wystarczyło, bo kiedy nauczycielka pokazała nam jak mamy się ruszać aby najlepiej to ciepło ukierunkować udało mi się posłać w stronę morza ognistą kulę. Niby niewielką, ale od razu poczułem się jakoś raźniej. Przynajmniej mi wyszło. Teraz tylko nieco ćwiczeń i będę mógł wrócić do domu... Wreszcie.

Foxy - Wycieczka na Glacies

No dobra, wiadomo jakie dzieciaki mają żywiołu, jednak nie zmienia to faktu, że niektórym się nic nie udało osiągnąć. Skoro już muszę iść tam gdzie po prostu nienawidzę, to wezmę wszystkich magów wody, prawda? Może ich trochę energia tego miejsca napełni i będą bardziej kontrolować swe moce. Poza tym, tam wszędzie jest woda, więc sobie chociażby poćwiczą. W ich wieku to bardzo ważne, bo potem wyrosną na jakieś ofermy, które nie panują nad żywiołem, który robi sobie co chce. Nie jest to dopuszczalne w naszej krainie, a tym bardziej w zamku. No pomyślmy logicznie. Chciałbyś się zadawać z wilkiem, który nagle może cię poparzyć czy zamrozić, bo nie ogarnia? No raczej, że nie.
Wilczki musiały oczywiście otrzymać pozwolenie rodziców i zabrać ze sobą pakunki na trzy dni, bowiem mam nadzieję, że szybko dojdziemy i szybko skończymy. Uprzedziłam ich też, że może się to przedłużyć i potrwać dłużej, więc mieli się przygotować na wszystko.
Stałam w bramie murów zamku i czekałam aż się wszyscy zjawią, przy okazji sprawdzając czy ja wszystko mam. Jakieś kamienie rozgrzewające i te sprawy, w dodatku zabrałam też płaszcz, który miał mnie chronić przed padającym śniegiem. Brr, jak ja nienawidzę Glacies! Że też się uparli wszyscy na to miejsce, bo niby idealne i od zawsze się tam chodzi na wycieczki. Ehh, miejmy to za sobą.
Kiedy wszystkie wilczki były już na miejscu zbiórki, sprawdziłam obecność i rozdałam obroże ze skanerami. Znowu jakaś nowa rzecz od magów dla młodzików, by się nie gubili, a jak już to niech strażnicy mają wgląd o tym gdzie przebywają. Jeśli to działa, to całkiem dobra rzecz. Nie raz zdarzyło się, że musiałam szukać jednego szczyla, bo postanowił się zagapić. Ponadto wybiera się z nami jeden strażnik, dla bezpieczeństwa. Nie wiem co to się ostatnio porobiło, ale wszyscy są jacyś bardziej strachliwi.
Na miejscu dotarliśmy o zachodzie słońca, więc od razu przystąpiliśmy do biwakowania. Kiedy wszyscy już rozłożyli swoje posłania, ja rozpaliłam ognisko i zaczęłam opowiadać legendę tego miejsca.
Ruin
Jak trzeba to trzeba, prawda? Zwłaszcza, że Sarissa stwierdziła, że wycieczka nam dobrze zrobi, nawet jeśli już odkryliśmy nasze moce. Trening i ćwiczenia to podstawa, wiadomo. Czemu nic nie może przyjść ot tak? Czemu Arcanus nie przydzielił każdemu jakieś umiejętności, którą będzie posiadał od razu, żeby mógł ją pełnić bez problemów. Taki wiecie, już z góry ustalony system, przeznaczenie. Eh, byłoby łatwiej niż takie starania, zgadywanie i próby. A może jego w ogóle nie ma? Skoro nami nie kieruje, to po co miałby istnieć prawda? A może to coś więcej, niż energia. Może i jej wcale nie ma? Nie, na jej istnienie są dowody, a na istnienie Arcanusa? Nie ma. Prawda? Po prostu wszystko jest stworzone z energii, ona nami kieruje i to od niej zależy czy nam się uda czy nie. To brzmi bardziej prawdopodobnie niżeli istnienie istoty oświeconej czy jak się to tam zwało.
Rozłożyłem swoje posłanie i zacząłem słuchać tych bajeczek naszej nauczycielki. Podobno ona była świadkiem objawienia gwiazdy. Czy to nie ciekawe? Ciekawe czy ja dożyję tego. Fajnie by było, prawda? Jednak... czy to ma sens? Może to jest moje marzenie? Nie. Zaraz o tym zapomnę i w sumie, niczego by to nie wniosło w me życie. Ot tam, taka sobie gwiazdka na niebie jak każda inna. 
Renn
Doszedłszy na miejsce, ułożyłam swe posłanie obok Ruina. Tak właściwie to znałam tylko jego, gdyż z innymi wilkami jakoś za bardzo nie rozmawiałam i nie przeszkadzało mi to. Wystarczy, że mam przy boku brata. Przysunęłam się jak najbliżej do basiora, abyśmy się nawzajem ogrzali. Ostatnimi czasy bardzo zmarkotniał i dosłownie czuć było od niego chłód. Nie bardzo mi się to podobało, lecz wiedziałam, że on również ciągle przeżywa stratę rodziców, tak jak ja. Oczywiście starałam się być miłą dla każdego, chętnie pomagałam Sarissie w pracy, lecz czasami miałam chwile słabości, a Ruin natomiast ma je praktycznie ciągle. W komnacie przebywał chyba wyłącznie na sen. Ah! Renn! Nie przeszłaś tu sporego kawałka drogi, aby rozmyślać nad swymi cierpieniami! Skup się. Potrząsnęłam głową, spoglądając na Foxy the Fury. Zaczęła opowiadać legendę tego miejsca, którą ja już znałam. Będąc niegdyś w bibliotece z zamiarem dowiedzenia się czegoś ciekawego, natrafiłam na podstarzały kamień. Hologram w nim umieszczony opowiedział mi o tym, jak powstał nasz świat oraz tą opowieść. Obydwie te historie były tak długie, że na pierwszy raz mi wystarczyły, dlatego tylko je znałam, aczkolwiek już mam zaplanowane kolejne odwiedziny centrum wiedzy.
Ruin
Kiedy Renn ułożyła się obok mnie, przytuliłem ją i zasnąłem. Nie miałem dzisiaj ochoty na nic innego niż odpoczynek. W prawdzie sny nie dawały mi spokoju, czasem nawet wybudzały mnie, ale to prawie jakbym był martwy. Poza tym, nie myślę wtedy świadomie. Także mogę to zaliczyć do tego, że wtedy wcale nie myślę.
Rano wstałem najwcześniej. Rozejrzałem się, a wszyscy jeszcze spali. No cóż, chyba pora ich obudzić, prawda? Z drugiej strony siostra tak smacznie spała i w dodatku chyba spokojnie. Nie widać było, że śni o czym złym, ale zawsze mogłem się mylić. No cóż, nie pozostaje mi nic innego jak poczekać chwilkę. Ułożyłem się ponownie i po prostu odpoczywałem, czekając jednocześnie aż wstanie Foxy.
Zajęcia zaczęły się od śnieżnych kulek, które musieliśmy uformować. Niektórym się nie udawało, innym wręcz przeciwnie. Ja należałem do tej innej grupy, która całkiem dobrze sobie radziła ze śniegiem. Nim się obejrzałem, dostałem od kogoś kulką. Odwróciłem się, po czym spojrzałem na szarego wilka, kiwając przy tym głową na znak, że jest żałosny. Takie zabawy to nie dla mnie, jednak dostałem drugi raz. Eh, co za szczeniaki! Czy naprawdę muszę się z nimi zadawać? Nie ma jakieś innej szkoły? Takiej dla bardziej ogarniętych wilków.
Nagle zauważyłem, że Renn też dostała śnieżką. O nie, tego to ja tak zostawić nie mogę! Wilk dostał dwiema śnieżkami, a ja od razu podszedłem do siostry i zacząłem pytać czy wszystko w porządku.
Renn
Trening z pomocą śnieżek wydawał się być bardzo ciekawym oraz przyjemnym zajęciem. No niestety... Tak było tylko na początku. Większość wilków celowała w jakieś krzaczki czy drzewa, natomiast kiedy Foxy the Fury odwróciła się na moment, uczniowie obrzucali się śniegiem bez opamiętania. Nie podobało mi się to, a w dodatku ja również dostałam. Na szczęście śnieżka trafiła mnie w brak, więc nic mi się nie stało. Od razu zobaczyłam, jak Ruin reaguje i rewanżuje się jakiemuś szczenięciu. Następnie podszedł do mnie, wypytując o to, czy wszystko jest w porządku. Skinęłam głową.
- T-tak... Nic mi się nie stało. - odpowiedziałam cichym głosem. - Ale nie podoba mi się to. M-może... Może powiemy o tym n-nauczycielce? - dodałam.
Przeleciałam wzrokiem po zgromadzonych wilkach. W tym momencie odechciało mi się tu być, a najlepiej to schowałabym się pod ziemią i wyszłabym dopiero, kiedy grupka odeszłaby. Spojrzałam niepewnie na brata, oczekując od niego aprobaty. On również nie wyglądał na zadowolonego.
Ruin
Tak jak myślałem. Siostra także nie ma ochoty na te głupie żarciki. Spojrzałem na nauczycielkę, która widząc całe zamieszanie nic sobie z tego nie robiła. Widocznie uważa to za dobry trening i w dodatku zabawę. Nie wiem, ale dla mnie to słabe, a skoro Foxy nic z tym nie robi to sam się tym zajmę. Nie miałem żadnego problemu, jeśli chodziło o wodę w stanie stałym, więc bez problemu stworzyłem śnieżny murek wokół mnie i Renn. Przynajmniej nie dostanie kolejną śnieżką.
- Ja to załatwię, poczekaj tu. - uśmiechnąłem się, dając jej buziaka w policzek. Zbliżyłem pyszczek i wysunąłem język na około trzy centymetry, po czym liznąłem ją. Nie trwało to dłużej niż kilka sekund.
Wyszedłem z śnieżnej ochrony, po czym uniosłem większą kulkę śniegu i szybkim ruchem rozbiłem ją, tak, że śnieżki trafiły prawie w każdego obecnego tutaj wilka. Oczywiście jeszcze sprawiłem, żeby to było na tyle twarde, by udało się wybić te głupoty im z głowy. Prawie każdy, kto dostał czymś takim natychmiast się uspokoił, mając do mnie pretensje, że nie umiem się bawić.
- Nie zamierzam się bawić. Mojej siostrze się ta zabawa nie podoba, więc macie za swoje. - odparłem obojętnie, co ich tyko zezłościło.
W tym właśnie momencie odezwała się nauczycielka, która kazała się już uspokoić, bo ma dla nas inne zajęcie. Jakiś taniec czy coś. Zajrzałem jeszcze do Renn, która na pewno wszystko słyszała. Uśmiechnąłem się i kiwnąłem głową by wyszła. Normalnie chciałbym stopnieć ten murek, ale nie potrafiłem, więc cóż... musiała wyjść z kręgu. 
Foxy
Szczeniaki zaczęły obrzucać się śnieżkami, postanowiłam nie reagować, bowiem to dobre ćwiczenie dla przyszłych magów. W dodatku trochę zabawy im nie zaszkodzi. Jednak kiedy Ruin zrobił aferę, że on tak nie chce i zaczął się mścić na rówieśnikach, postanowiłam to przerwać. Swoją drogą nie sądziłam, że jest taki twardy. Jego żywioł jest naprawdę silny, jak na ten wiek i w dodatku kontrolował go. Naprawdę dziwne, a jednocześnie bardzo interesujące.
Zebrałam wszystkich i opowiedziałam im co dzisiaj robimy. Kiedyś musiałam męczyć się z odkrywaniem żywiołów, a teraz proszę. Kuleczki z żywiołami i po sprawie. Nie mogli wpaść na to wcześniej? Zanim szczeniaki zaczęły uważać mnie za wariatkę, która sobie tańczy i każe im medytować? Ehh, mniejsza. Dzisiaj też będziemy tańczyć i pokażę im kilka wodnych ataków. Oczywiście magiem wody nie jestem, ale jak zrobią wszystko dokładnie tak jak im powiem, to im wyjdzie. Zwłaszcza, że nie mają problemu z obrzucaniem się śniegiem... ewentualnie to telekineza.
Spędziliśmy dzień na tańcach, historii i teorii żywiołowej. Jutro z rana wracamy do zamku, a potem co? Następna grupka, tym razem magowie ziemi. Nexo za to weźmie sobie powietrze.

wtorek, 28 marca 2017

Lee - Pamiętasz mnie?

Spojrzałam na to, co przyniosła mi służka. Czy ona na prawdę była aż tak głupia? Już pomijając to, że udało mi się ją wykiwać z tym, iż ma zostać moją służącą, albo inaczej zostanie wygnana z Arcanterry. Teoretycznie nie byłam już księżniczką i wilki nie musiały mi składać pokłonów, aczkolwiek żądałam tego od wszystkich. Uważam, że trzeba to zmienić, a rodzina wywodząca się z cara oraz carycy powinna mieć podobne przywileje do tych cesarskich. No, bo to przecież rodzeństwo cesarza, czyli ta sama krew. Czemu tak jest? Nie wiem, ale naprawię to. A jak zostałam o tym uświadomiona? Historia była krótka. Raz bardzo grzecznie i kulturalnie upomniałam jakiegoś wilka, aby zwracał się do mnie "Księżniczko Lee". O dziwo całą sytuację obserwował Druid, więc po skończeniu kłótni - to znaczy spokojnej wymianie zdań - ten staruch powiedział mi jakie mam teraz prawa. Wychodziło z tego tylko tyle, iż jestem zwyczajnym mieszkańcem, a to mnie bardzo zdenerwowało.
Służka, zamiast przynieść mi błękitne róże, dała mi fiołki. Fioletowe fiołki! Tfu! Warknęłam na nią, po czym wyrwałam jej za pomocą telekinezy kwiaty i rzuciłam je w kąt śmieci. Tak, miałam w swojej komnacie miejsce, gdzie gromadzę bezużyteczne rzeczy. Po tygodniu każę służce to sprzątać.
- Argh! Sama się tym zajmę! Zostań tu i posprzątaj moją komnatę - zawarczałam. - Tylko niczego nie rozwal!
Chciałam przyozdobić swój dom błękitnymi różami, więc w tym celu skierowałam się do królewskich ogrodów. Gdy nikt nie będzie patrzył to ukradnę parę tych niebieskawych kwiatków. I tak nikt nie zauważy ich braku. Szybko dostałam się na dół, a jeszcze prędzej wyszłam przez mosiężne drzwi na dwór. Wiedziałam mniej więcej gdzie te rośliny rosną, bowiem od małego podziwiałam rosnące tu kwiaty. Skierowałam się w tamtą stronę, lecz po chwili zauważyłam, że stoi tam czarny wilk. Głowę miał spuszczoną. Zmarszczyłam nos i przyspieszyłam kroku. Będąc tuż przed basiorem rozpoznałam go. Ruin, czyli ten, kto mnie olał podczas balu karnawałowego. Aczkolwiek nie wiedział, kim jestem, więc może tak zacząć od nowa? To będzie trudne... Ale mam nadzieję, iż się uda.
- H-hej... Właśnie spacerowałam po ogrodach i zauważyłam te piękne kwiaty. Czy wiesz może jak one się nazywają? - zapytałam słodkim głosem.
Być może Ruin zna moje pochodzenie, przez co mogę mieć u niego większe szanse. No, bo który basior nie poleciałby na księżniczkę?
Ruin
Po zajęciach udałem się w swoje ulubione miejsce, dzisiaj nie miałem ochoty na pomaganie komukolwiek. Jak Adriel chce to niech sam sobie te pakunki zielarskie nosi. To i tak bez znaczenia, tak samo jak życie w tym beznadziejnym świecie. O Arcanusie, odpowiedz mi! Ile razy się do ciebie modlę to nic się nie zmienia. Wątpię w to, że istniejesz, a to grzech. Nie powinienem, ale czy mam wybór? Proszę, zrób coś, daj mi znak!
Wtedy właśnie ktoś się do mnie odezwał. Jakaś wadera, troszkę starsza i w dodatku strasznie głupia. Nie wiem, może to ja jestem jakiś dziwny, ale róże to chyba każdy rozpoznać potrafi, prawda? Może jakaś urwała się z wioski, chociaż nie... tam są bardziej inteligentne wilki. Czemu? No chociażby z tego faktu, że mieszkają tam i sami się sobą zajmują. Hodują te roślinki, jakieś pola czy coś. Kiedyś tam pójdę i zamieszkam.
- Róże. - odparłem obojętnie.
Lee
Znowu! Znowu ten sam ton! Dobrze, spokojnie Lee, na pewno jest na niego jakiś sposób... Widać, że jest przygnębiony, więc może o to się zapytam? Jakieś parę słówek pocieszenia, przekona się do mnie i bam! Doskonały plan. Z takimi umiejętnościami mogłabym zostać bez problemu strategiem w wojsku.
- Piękne są, nieprawdaż? Lecz coś mi nie pasuje... Przygnębiająca aura otacza cię, zdaje mi się, że kwiaty zaraz ugną się pod ciężarem twych zmartwień. Co się stało? - odpowiedziałam zmartwiona.
Moje słowa brzmiały trochę tak, jakby wymawiał je poeta. Może to zrobi na nim wrażenie? Basiory gustują w różnych rzeczach, więc pieśnie i wiersze mogą mu się podobać, choć gdyby tak się stało to na pewno nie śpiewałabym mu nic. W tym akurat dobra nie jestem, lecz po co to komu? Od muzyki mamy komików, z czego jeden na prawdę ma piękny, miodowy głos, który aż łaskocze w uszy. Sama przyjemność, uwielbiam, gdy to właśnie on występuje na balach. Gdyby był młodszy to nadawałby się na mojego partnera, lecz jest chyba w tym samym wieku co ruda, a to od razu skreśla go z mojej listy potencjalnych wybranków. Postaram się zagrać zagubioną, słodziutką waderkę, która potrzebuje swego księcia. Niech przynajmniej to na niego zadziała.
Ruin
Spojrzałem się na nią z lekkim zdziwieniem, jednak zaraz szybko zmieniłem minę na tą co zwykle. Czy ona naprawdę nie ma co robić, tylko truć mi tu o jakiś uginających się kwiatkach? Serio jest taka ślepa, że nie zauważyła tego, że nie chcę z nią rozmawiać? O Arcanusie! Czemu otaczasz mnie takimi idiotkami? Zrób coś z nią, proszę. Ehh, ty mnie nawet nie słuchasz. Nigdy tego nie robisz, prawda? Swoją drogą skąd ona bierze te teksty? Może jest komikiem czy coś? Z tego co wiem, wilki posiadające ten zawód są dziwne. Pasuje to do niej.
- Kwiat dość delikatny by piórko mógł unieść, bowiem i ono dla niego wystarczająco ciężkie. - odparłem obojętnie, jednak w sumie... to całkiem zabawne, ale nie wystarczająco by to zauważyć na zewnątrz.
Nie wiem co powiedziałem i mam nadzieję, że ona się jednak zdecyduje zostawić mnie w spokoju. Zamyśli się nad tymi słowami tak bardzo, że nie będzie wiedzieć co odpowiedzieć.
Lee
Em... Co? Co to znaczyło? Jakie piórko? I czemu niby kwiat miałby się ugiąć pod tak lekką rzeczą? Dobra, to jest nie ważne, ponieważ Ruin wykrztusił z siebie więcej słów! Czyli jednak lubi poetyzm... Oh, będzie trochę ciężko, ale spróbuję. Nie odpuszczę tak łatwo jak wcześniej, o nie! W razie czego poduczę się u jakiegoś komika i już. Nic trudnego dla chcącego.
- Mój drogi, co twe serce tak troska? Czyżby młody pąk szczęścia, jeszcze kwitnący, usechł wraz z łodygą miłości? A może to plugastwo, zbrodnia, śmierć, odebrało ci radości? - odparłam z troską.
Nie mam pojęcia, jak ci wszyscy starzy wędrowcy opowiadają bajki wzniosłym patosem. To przecież trudne, aby wymyślić rymy i odpowiednio sformułować słowa, aby brzmiały one jakoś... No nie wiem... Jak to tam się zwie? Pięknie? Zachwycające dla słuchacza? Ja z pewnością takiej umiejętności nie posiądę, więc już teraz rezygnuję z nauk u komika. Wystarczy, że ledwo rozumiem jego, Ruina, a co dopiero takiego zawodowca.
Ruin
Masakra. Nie dość, że nie dała mi spokoju, to jeszcze wypowiada jakieś brednie, których nie rozumiem. Znaczy się może coś tam kumam, bo przecież mówi o śmierci i miłości, jednak to nie jej sprawa, tak? Niech się interesuje swoim życiem, a nie wtrąca się w moje. Nie potrzebuje jej pomocy, nic od niej nie chce! Nie zakocham się, nie będę miał szczeniąt, przyjaciół i będę samotny na zawsze. Tak będzie najlepiej dla wszystkich. Żadnych cierpień, żadnych zobowiązań! Tak, to idealny pomysł. O Arcanusie, powiedz mi, że to jest właśnie to czego oczkujesz. Droga bez cierpienia? Czy to możliwe? Nie wiem, ale udowodnię ci, że twój plan się nie powiedzie.
- To nie twój interes, dobrze? - oznajmiłem obojętnie, po czym dałem krok przed siebie byle tylko odejść od niej jak najdalej. Teraz to na pewno się obrazi, w końcu to wadera, prawda? One chyba się tak zachowują. Nie lubią braku zainteresowania, chcą być w centrum uwagi, plotki i inne bzdety. Ta jest taka sama, bo niby czym miałaby się różnić?
Lee
Oho! Ruin się zdenerwował, a to chyba nie był dobry znak... Widocznie cierpiał z którychś wymienionych przeze mnie powodów, a jeżeli byłoby to złamane serce przez inną waderę, to po prostu pozbyłabym się jej. Tak czarny basior uniknąłby cierpień i nie musiałby skupiać się na tej wilczycy, tylko na mnie. Postanowiłam zgrywać nieśmiałą oraz niepewną siebie, prawda? Teraz muszę się tego trzymać, choć na prawdę to było trudne.
- Rozumiem, wszakże niekulturalne być wścibskim - odpowiedziałam łagodnie. - Może ma osoba mogłaby ci ulżyć w tych troskach?
Postarałam się, aby mój głos brzmiał bardzo ciepło oraz atrakcyjnie, żeby Ruinowi się to spodobało. Chciałam się dowiedzieć o nim jak najwięcej, aby przypodobać się mu. Niech w końcu doceni to, że się tak staram, bo nie zamierzam szukać kolejnego kandydata!
Ruin
Ta wadera zdecydowanie była dziwna. Sposób w jaki mówi. Czy to nie dziwne? Naprawdę, ktoś tak rozmawia? Nie za bardzo rozumiałem, jednak dało się coś tam wyłapać i skumać o co jej chodzi. Tym bardziej nie rozumiałem tego, dlaczego się tak na mnie uwzięła. Może powinienem z nią porozmawiać, tak inaczej? No, ale jak mam rozmawiać z kimś kogo nie rozumiem? Ehh, nie wiem. Niech ona da mi w końcu spokój. Tak byłoby najlepiej.
- Moi rodzice zostali zamordowani. - odparłem obojętnie. Może teraz coś do niej dotrze i przestanie próbować na siłę rozmawiać? No, bo co ona może z tym zrobić? Nic. Słów zabraknie i będzie chciała w jakiś sposób się zmyć. O tak, to całkiem dobry pomysł.
- Także chyba rozumiesz, że nie mam ochoty rozmawiać. - dodałem z tą samą obojętnością co zwykle.
Lee
Basior chyba na prawdę nie był w humorze do rozmów, co mi się bardzo nie podobało. Trzeba go jakoś uszczęśliwić... Ale jak? Może zaproponuję mu spacer? Albo to, co samce najbardziej lubią i tylko tego chcą od wader? Właściwie to załatwiłoby całą sprawę, lecz nie miałam zamiaru, aby moje potomstwo wychowywało się bez ojca. Poza tym w takiej sytuacji poddani mogliby uznać, że ich księżniczka zabawia się z byle kim. Ponadto zauważyłam, że Ruin przestał mówić w ten dziwny sposób. Być może on również miał problem z takim wyrażaniem się? To by było logiczne, więc skoro on zaprzestał, to i ja również przestanę, choć nadal będę zgrywać jakieś takie niewiniątko.
- Oh... Wybacz, nie wiedziałam... - odpowiedziałam z udawanym żalem, co chyba całkiem mi wyszło. - Jest jakiś sposób, aby cię uszczęśliwić? Nie mogę patrzeć na czyjeś cierpienie, zrobię wszystko co w mojej mocy, abyś poczuł się lepiej.
Postawiłam krok w stronę czarnego wilka. Zamrugałam słodko oczkami, aby wzbudzić jego zainteresowanie. No dalej! To na każdego działa!
Ruin
Sposób by mnie uszczęśliwić? Oczywiście, że jest. Zabij mnie albo cofnij w czasie, czy coś. Chcę mieć rodziców, jednak z każdym dniem było mi coraz dalej do nich. Moje myśli nie były tak częste. Już nie wymyślałem sobie, że jesteśmy szczęśliwi, że żyjemy razem, że tata mnie uczy polować, teraz tylko skupiałem się... na niczym. Dosłownie. Nic mnie nie interesowało, więc o czym ja mógłbym myśleć? Jedynie jakieś modlitwy do kogoś kto nie istnieje. O tak, o tobie mówię Arcanusie! Dałbyś mi jakiś znak w końcu, cokolwiek... ale nie, przecież stwórca jest tak idealny, że szkoda mu się zniżać do rangi Arcanasa. Prawda? Oczywiście, że tak. Ewentualnie go w ogóle nie ma, a to wszystko to bajeczki dla głupców. Czy ja się do nich zaliczam? Nie wiem, ale póki nikt o tym nie wie, nie nazwie mnie w ten sposób.
Wadera nie wiedziała? To coś naprawdę nowego, bowiem z tego co mi wiadomo to wytykano nas łapami i plotkowano, "O pacz, to ten, którego rodzice zostali zamordowani". Śmieszne. Co ich to wszystko obchodzi?
- Oczywiście, że możesz. - odparłem obojętnie, na co wadera się uśmiechnęła.
- Zabij mnie. - o dziwo się uśmiechnąłem, tak nieznacznie, prawie niezauważalnie, ale jednak. Nie wiem na co liczyła, ale jej mina się zmieniła jak usłyszała moje żądanie.
Lee
Oh! Czyli jest jakiś sposób! Okej, zapyt... Wydałam z siebie jęk zaskoczenia. Zabić? Może się po prostu przesłyszałam? Nie... On to wyraźnie powiedział. Instynktownie obróciłam głowę w prawo i lewo, rozglądając się, a na samym końcu mój wzrok spoczął na czarnym basiorze.
- Cz-czy ty sobie żartujesz?! - krzyknęłam niespokojnie. - Nie zabiję nikogo! Tym bardziej ciebie! Na prawdę nie ma innego sposobu na to, aby ci pomóc?
Zaczęłam nerwowo przebierać łapami, aby wyglądać na zagubioną oraz niepewną siebie. Skoro on jest w takim stadium smutku, to ja mu pomogę z tego wyjść, a w zamian weźmiemy ślub! Ah, te świetne plany... Może na serio się zaciągnę do wojska? Poproszę Uriana, aby mi tam jakieś fajne stanowisko załatwił, takie, w którym mogę pomiatać innymi.
Ruin
Tak jak myślałem. Wadera jest zaskoczona i zachowuje się niepewnie, jednak coś nie wyszło. Nadal próbowała coś wymyślić, co mnie powoli zaczęło denerwować. Moje łapy stawały się coraz zimniejsze, tak, że pod nimi ziemia stała się biała. Szron? Możliwe. W prawdzie jej natręctwo było dla mnie naprawdę uciążliwe, jednak to właściwe zachowanie i dobrze, że ktoś taki tutaj jest. Ja jednak nie chcę by sobie pomyślała nie wiadomo co. Raz będzie chciała pomóc, potem drugi, aż w końcu zacznie mnie lubić. Tego nie chcę. Skrzywdzę ją jedynie, a obiecałem sobie, że tego nie zrobię... nikomu. Nie będę miał przyjaciół i wadery, bo tak jest najbezpieczniej. Zero żalu, rozczarowania i cierpień. O to właśnie chodzi.
- Słuchaj. Nie potrzebuję pomocy, tym bardziej jakichkolwiek znajomości. Dam sobie radę sam. - odparłem obojętnie. Teraz bardzo możliwe, że się zdenerwuje i zacznie na mnie krzyczeć, że coś tam. Spodziewałem się tego, a nawet byłem tego pewny, bo w końcu to wadera, tak? One tak robią, bo nie lubią ignorancji, a ja właśnie staram się ją ignorować. Może to trochę brutalne i chamskie, ale po dobroci nie dotrze. Przykro mi.
Lee
Ruin nie był chętny na towarzystwo. No dobrze, tym razem wygrał, ale przy następnym spotkaniu nie odpuszczę mu. Mam dość tego udawania, ale pozostanę miła. Z doświadczenia wiem, że słowa wsparcia mogą pomóc, więc i on powinien się na to nabrać. Pewnie dzisiaj ma tylko jakiś gorszy dzień, dlatego nie muszę się niczym martwić. Pokręciłam głową, lekko marszcząc nos. Westchnęłam z udawanym, choć dobrze zagranym, żalem.
- Ahh... No dobrze, ale wiedz, że ja zawsze jestem otwarta na pomoc. Zawsze kręcę się gdzieś po zamku, więc z łatwością mnie odnajdziesz, kiedy będziesz potrzebować wsparcia.
Słowa te z trudnością wypłynęły z mojego pyska. Nie za bardzo lubiłam takie czułości dla słabych, lecz wiedziałam, że aby coś dostać muszę poświęcić się. Przybliżyłam się do Ruina, delikatnie liżąc go po poliku. Momentalnie zrobiło mi się gorąco... Mogłabym tak cały czas! Aczkolwiek trzeba grać niewinną, także od razu się odsunęłam, mruknęłam ciche pożegnanie i wróciłam do komnaty.

poniedziałek, 27 marca 2017

Zeconi - Trening siły

Pierwszy tydzień w koszarach i powiem, że jestem bardzo zadowolony. Pobudka, śniadanie, bieg, ćwiczenia i do roboty. Ja zajmowałem tereny przy granicy z kotami, bowiem z wiadomych przyczyn nie zamierzałem patrolować zamku. Do współpracy miałem pewnego basiora o imieniu Rashnal, który był magiem ziemi. Całkiem przydatny koleś, ponieważ do perfekcji opanował dzikie pnącze. Dzięki niemu łatwo było kogoś obezwładnić i nie robić mu krzywdy przy okazji. W sumie extra wszystko się toczyło, jednak nocami... rozmyślałem o niej. Wiem, to nie mój interes, wiem, że mogę mieć kogo zechcę, ale... ona była taka inna. Ehh, beznadziejnie. Całe szczęście, że to szybko się kończy i wracamy do rutyny.
Dzisiaj mieli nas odwiedzić wojskowi z zamku. Oni zajmowali się głównie porządkami tam i pilnowaniem cesarza, więc nie za często przychodzili na treningi czy inne zebrania. Jednak oczywiste jest to, że Urian nie może mieć tam byle kogo, bo sobie jeszcze nie poradzą czy coś, więc pora na zamianę.
Na stołówce zawitali nasi goście, a my mieliśmy się nimi zająć. Kilka rzeczy ogarnąłem i zająłem sobie kamienne pole na jakieś dwie godzinki, teraz tylko znaleźć jakąś zamkową ofermę. Moją uwagę przykuła pewna wadera, której futro miało bardzo ładną barwę. No dobra, niech będzie.
- Siema, idziesz ze mną na kamienne pole. - oznajmiłem. Nie, nie było to pytanie. Nie miała wyjścia, idzie i koniec, albo niech skarży generałowi, że jest ofermą i ma jakieś problemy. Normalnie to walnąłbym jakiś słodki tekścik, bo w końcu to waderka, jednak te panie są inne. Powiedz im coś miłego, to dostaniesz w łeb kulką ognia. Takie niby twarde.
Leria
Odkąd byłam w wojsku mniej się działo. Znaczy nie mogłam za bardzo z Zamku nosa wyściubiać, bo tam mnie najchętniej przydzielali. Raz po raz miałam przerwę to wtedy szłam do lasu porozmyślać, powspominać. Na więcej nie za bardzo starczyło. Wiadomo, car potrzebuje towarzystwa, a to gdzieś idzie, a tam jacy wilkowie łażą tam gdzie nie powinni, bo car coś tam. I natręctwo Olethrosa przybierało na potędze. Chwili nie miałam odpoczynku. A żeby pomyśleć o treningu! Ha! Senne marzenia. Więc tak, nie jestem żwawa, nic nie umiem. I jak tu kogoś pilnować? Od pojawienia się w Arcanterze zrobiłam się słabsza i czułam się tak jakby jeden powiew wiatru miałby mię rozwiać. Jeden plus zaciągnięcia się do wojska? Od razu wiedziało się wszystko o wszystkich i wszystkim. Dosłownie wszystko. I gdybym nie utrzymywała, że większość to plotki to chyba bym nie wytrzymała psychicznie. Szczególnie te co niektórzy samce opowiadają... Obrzydlistwo. Ale! Ja nie o tym. Chociaż... Tym sposobem dowiedziałam się o tym, że wybieramy się z trupą na pola treningowe! Podskoczyłam lekko z radości, wzięłam parę rzeczy na drogę i wyszłam na dwór. Zaraz byłam w stołówce i przystanęłam z boku. No dobrze... Nieśmiałość bierze górę. No i pewne zażenowanie. Bo... jak nawet nie zdołam zadać jakiegoś ciosu i już będę leżeć wpółmartwa? Do tego nie mam żywiołu i ci co strzegą granic pewnie mają ogromne mięśnie i są zręczni... Nie, no, nie mam szans. Żadnych. No, tak. Mogę sobie zrzędzić, ale po to te pola treningowe, żeby się nauczyć czego nie robić, co robić i by poprawić kondycję. Więc w gruncie rzeczy powinnam się czegoś nauczyć. Chociażby by nie włazić na nie, jak się nic nie umie.
Usłyszałam z bliska jakiś głos i serce mi załomotało. Jak ktoś mnie wypatrzył w takiej ciżbie? Dlaczego mnie? Odwróciłam się i spojrzałam na wilka, który mnie zagadał. Świetnie. Wielki, wyrzeźbiony, zahartowany... Coś jeszcze? Tak, pewnie ma też jakiś przepotężny żywioł. Przewróciłam oczami i przeanalizowałam jego słowa. No tak. Więc sobie postanowił. Ot tak. A może tak mu się język rozleniwił od tego ćwiczenia, że zapomniał nadać wydźwięku pytania swej wypowiedzi?
- Język ci zgrubiał i nie umiesz zadawać pytań? - spytałam się z przekąsem. - Prowadź - dodałam po chwili.
Potem spytałam się szeptem Olka czy by mi jakoś nie pomógł, bo, jakby nie patrzeć, to za życia był skoczny i żwawy. Jaką dostałam odpowiedź? Nie.
Zeconi
Tak jak sądziłem. Wielkie panie w wojsku, oh, jakie to żenujące. Wadery to powinny siedzieć w zamku na tyłku i czekać na swojego ukochanego z upolowanym mięsem, a nie zaciągać się do woja. Dobrze wiem, że to tylko dla szpanu, że niby one się tym wszystkim interesują, że są takie oh, niezależne. Serio? Wadery? Co jak co, ale tej tutaj zdecydowanie potrzeba takiego ciała jak moje. Dotyku i siły. Ona musi być uległa, po prostu musi, taka kolej rzeczy. Już ja jej pokażę, jaka to ona niby jest mocna. Słowo to nie wszystko, trzeba potrafić je obronić, jeśli przyjdzie do czegoś takiego jak teraz. Oberwie, oj tak.
- Oh i co teraz? Uważaj, bo sobie pazurek złamiesz. - zaśmiałem się. Przepraszam bardzo, ale to wojsko czy przedszkole?
Warknąłem na nią niespodziewanie, a jej reakcja była bardzo naturalna, bowiem odskoczyła. Uśmiechnąłem się tylko i udałem się w kierunku pól treningowych, dodając przy tym, by ruszyła swój różowy tyłek. Obiecuję, że po tej zabawie w końcu zajmie swoje miejsce w hierarchii. Będzie pode mną i to jest oczywiste.
- Kamienne pole. Zeconi the White. - oznajmiłem, a wilk odpowiedzialny za porządek podczas treningów skinął głową, na znak, że możemy zaczynać.
Stanąłem na wskazanym miejscu, a moja towarzyszka na przeciwko mnie. Kiedy tylko usłyszałem znak, że zaczynamy, posłałem jej trzy powietrzne ostrza. Co jak co, ale ostatnio je dopracowałem tak, że nie dość, że ostre to i szybkie.
Leria
Oj, taki niemiły. Nawtykać musi, bo go inaczej wszystko świerzbi. Co mu do mojej aparycji? O pazury się nie troszczę, bo to tylko do łapania zwierzyny przydatne. A różowy tylec? Nie zauważyłam wcześniej. A może płatki hortensji mi się przyczepiły. Z resztą gadka-szmatka. Dotarliśmy na kamienne pole. Wilk przede mną się przedstawił, a mi dech w piersiach zaparło. Widać moje przeznaczenie z szlachetną krwią się spotykać. Acz dziwi mnie jego postawa, racja, że w zameczku się nie pokazywał, ale to jeszcze musi taki nie kulturalny być? Taki nieobyty z manierami? Jak dzikus brudny, bękart, jegoż matka spowiła w chlewie, biedzie i rozpaczy. Ach ten świat. W ogóle ty nie umisz diferencyi ni równowagi dobrze rozporządzić. Szala wagi ci się chwieje boś ty z obliczeniami nie dobry, raz w górę a potem w dół. Z tych twoich eksperymentów ci tacy wilcy wychodzą co z krwi, pochodzenia szlachetni a z rozumu i wychowania jak ci ten parobek najgorszy.
Weszliśmy na pole jak już wilk ten strzegący łbem skinął i ustawilim się naprzeciw siebie. Jednej myśli na świat nie mogłam wydać, bo ten już zaatakował! Trzema ostrzami Pogwizda. Już chciałam się przed nimi uchylić! Prawie ich wszystek ominęłam, co mi się zdawało, acz wszystkie mi się po bokach wbiły i skórę przeorały. Skowytem przesłałam na wiatr mą skargę na boga wiatru. A czym ja mu zawiniłam, że bez litości pozwala temu jegomościowi atrybutami swemi dokazywać? Wyprostowałam się porządnie i spojrzałam nań. Po chwili skinęłam Zeconiemu łbem, bo kłonić się w tym stanie nie chciałam, bom nawet do zwykłego kłaniania nieodwykła a co dopiero z ranami! A więc łbem mu się skłoniłam, zakrzyknęłam o tym, że jestem zaszczycona, iż nadarzyła się okazyja spotkać potomka szlacheckiego i, że wiktoryi mu winszuję. A do Olethrosa warknęłam słów kilka, bo się pieklił nieustannie o to, że rzekomo mu ciało psuję w zatrważającym tempie.
Zeconi
Wadera oberwała i to całkiem nieźle. Co jak co, ale nie spodziewałem się, że jest aż taka kiepska. Cóż, po raz kolejny miałem rację. Mocna w gębie, a tu cóż... oferma totalna. Czemu zamiast użyć żywiołu to jakieś pląsy tu odwala? A może ona nie ma żywiołu? W takim razie powinna powiedzieć wcześniej, chyba, że nie rozumie o co chodzi na tej arenie. Jak nie będzie ciskać magią, to co to za trening? O to tu przecież chodzi, prawda?
Oczekiwałem jakiegoś ruchu, patrząc na nią ze zdziwieniem i no cóż, trochę mi jej szkoda... a ta ni z tego ni z owego skinęła łbem i zaczęła coś gadać o szlachcie. Westchnąłem tylko, po czym oznajmiłem, że ja już do szlachty nie należę. Skoro ma ranga z dnia na dzień spadła to co mi po wywyższaniu się? Nie interesuje mnie to. Teraz jestem w wojsku, jestem kapralem i zamierzam wzbić się na szczyty tej kariery. Niech ona się lepiej zajmie treningiem, a nie mi tu gada debilizmy i kłania się przed wilkiem tej samej rangi.
- Wszystko w porządku? - zapytałem, żeby się upewnić czy aby na pewno będzie walczyć, czy może jednak ma jakieś inne plany. W końcu nie chcę jej zrobić krzywdy, tak? To tylko ćwiczenia.
Leria
O dziwo, po tym jak mu się skłoniłam, nie odpysknął mi, a nawet, no, nawet smutny był? Smutny... no nie wiem czy to dobre słowo. Ale właściwie dlaczego? Wyrzucili go, bo coś bardzo złego zrobił? Skazali na banicje i nawet okrzyknęli go zwykłym wilkiem? Dlatego w Zamku się nie chciał pokazać... A może jest zupełnie inaczej niż myślę? Ale to by było bez sensu. Jest rodzina królewska, mianują jednego na cara i puff? Wszystkie przywileje znikają? Z resztą... o czym ja tu rozprawiam jak zdałam kurs o prawie. Taka głupia jestem, że już wszystko zapomniałam. Najwyraźniej. Zaraz spalę raka. Och, Jesse, weź ty mi pomóż, bo rozumem to ty mnie nie obdarowałeś. Westchnęłam lekko i spojrzałam na basiora, który uraczył mnie pytaniem, najwidoczniej martwiąc się o mój byt. Jaki nagle milusi się zrobił. I, tak, na pewno jest wszystko w porządku, kiedy przed chwilą ostrym powietrzem we mnie rzucił i mię zranił. Ech tam... W końcu trening, może się coś takiego zdarzyć. Nie wiem co mnie dzisiaj ugryzło. Jestem jakoś zbytnio hop do przodu.
- Tak... Powiedz mi że, trzeba tu szastać żywiołem? Bo ja takowego nie posiadam. - spytałam, w duszy się śmiejąc na wyobrażenie jego miny a na wierzchu robiąc niewinną minę, biorąc go tak na litość.
Zeconi
Słuchałem jej z niedowierzaniem. Czy ona naprawdę jest taka głupia by mi o tym nie powiedzieć wcześniej? Normalnie mam ochotę ją teraz zagryźć! Przecież nigdy bym jej nie zrobił krzywdy, tym bardziej nie wybrałbym kamiennego pola, gdyby mi powiedziała, że nie umie się bronić. Co z niej za kretynka! W takim przypadku nie ma mowy o dalszym kontynuowaniu tego treningu, tak samo jak o tym, że dam jej spokój. Co to, to nie. Pójdzie ze mną do medyka i będzie tam siedzieć. Normalnie aż brak mi słów. Pyskować to potrafi, tak?
- Za mną. - warknąłem ze wściekłością.
- Koniec treningu. Idziemy do medyka. - dodałem po chwili, kierując się w stronę koszar. Przy okazji buchnąłem trochę powietrzem, by ją nieco ruszyć.
Wadera nic nie mówiąc szła za mną. Bardzo dobrze, bo gdyby coś warknęła to wyszedłbym z siebie. Totalny brak odpowiedzialności.
Kiedy rany zostały opatrzone, wypuścili ją. Tak. Czekałem. Muszę wiedzieć czy wszystko aby na pewno jest w porządku. W ogóle to jakim cudem się ona tutaj dostała? W sensie, że do wojska. Ona się do niczego nie nadaje. Tak jak myślałem. Siedzieć w zamku, w komnacie i czekać na ukochanego, a nie odwalać takie szopki.
- Wszystko okey? Co ty w ogóle sobie myślałaś? Trafiłabyś na kogoś innego i by cię zabił, a najlepszym przypadku trafiłabyś na stałą kontrolę medyczną. Myślisz czasem?! - warknąłem na nią, ze złości.
Leria
Nic dobrego z przyznania się nie wyszło. Mu się tylko mina zmieniła na bardziej wściekłą. Zakomenderował i do tego walnął powietrzem bym za nim poszła. Wstałam i powlokłam się za samcem nie mówiąc nic. Szczerze? Czułam się jak dziecko. Jak dziecko zostałam zbesztana, an był mi rodzicem. Bogi, czemuście mnie tu wysłali? Tylko bym samą siebie zplamiła i pojęła ogrom swojej głupoty. Chociaż skąd ja miałam widzieć na czym polega ten trening, na który mnie wysłał? Nigdy nie byłam na takich polach a nie zdążyłam się dopytać.
Weszliśmy przez wrota by potem podążyć do sali medycznej. Basior usiadł ostentacyjnie przy ścianie jakiejś a ja weszłam w progi. Z miłym uśmiechem mnie przywitali, zgadując, że byłam na treningu. Mruknęłam coś niezrozumiale bo mi tak bardzo było wstyd! Szybko mi czymś rany polali i obandażowali. Nie więcej niż dziesięć minut minęło aż znowu stanęłam przed naburmuszonym basiorem. Jak tylko mnie zobaczył, od razu w ryk. Zdało mi się nawet, że posadzka się zatrzęsła. Basior przedstawił siebie w roli jakiegoś zbawcy. Czy na pewno by mię zabili? Śmiem wątpić. Zeconi panikuje.
- Podwójne tak. Przepraszam, że ci wcześniej nie mówiłam, po prostu nigdy wcześniej nie byłam na polu treningowym a co mi po nazwie "Kamienne Pole"? Wybacz. - westchnęłam lekko.
Zeconi
Ona mnie po prostu osłabia. Jak to możliwe, że kapral nie wie co to kamienne pole? Czy ona w ogóle zajmuje się czymkolwiek? Obowiązkiem naszym jest by się trenować, by być silnymi. A ona? Nawet nie wie jakie treningi tu mamy, co jest podstawą. A co jeśli to by jej przyszło pilnować porządku na polach? Wtedy by musiała nie dość, że znać wszystkie nazwy, zasady to jeszcze zajmować się przydzielaniem wilków i kolejkami. Ehh, naprawdę szkoda słów. Nie mogła zostać, no nie wiem... opiekunem? Bardzie by się do tego nadawała. Poza tym naprawdę szkoda jej ciała, teraz pewnie zostaną jej jakieś blizny. Wadery nie powinny być w wojsku, kto im w ogóle na to pozwala? Gdybym ja był cesarzem, nie dopuściłbym do tego ponownie. Zakaz wader w wojsku i tyle. Są za delikatne... no może jedynie jako szpieg. Myślę, że do tego by się nadawały. Zawsze mogłyby uwieść jakiegoś wroga, który je pojmał. No... o ile to wilk.
- No dobrze. - westchnąłem.
- Następnym razem bardziej na siebie uważaj, dobrze? - dodałem po chwili, po czym zaproponowałem, że odprowadzę ją do zamku. W końcu tam mieszka, prawda? Nie widzę sensu w tym by tu zostawała. Niech sobie odpocznie, rany niech się zagoją, a przy okazji będzie miała sporo czasu by dowiedzieć się czegoś o zasadach w koszarach. 

niedziela, 26 marca 2017

Zeconi - Krok do celu

Minęły dwa tygodnie, a ja w końcu stanąłem przed wejściem do twierdzy. Wiedziałem, że każdy mnie tu zna i jakimś tam szacunkiem darzy. Przecież jak Urian umrze w niespodziewanych okolicznościach to ja zostanę cesarzem, prawda? Tymczasem nic mi innego nie pozostało, jak zamieszkać z dala od tego idioty. Tułaczka i błądzenie po terenach wiele mnie nauczyło, ale te lata życia w luksusie robią swoje. Chce mieć w końcu stałe miejsce, zajęcie i jakiś cel. Z każdym dniem mniej myślałem o tym co się stało, a skupiałem się na sobie i swoim żywiole. Jednak cóż, nadal odczuwam niechęć do niego. Dobrze wiedział jak mi zależy i doskonale znał swoje potrzeby. On tego nie chciał, jemu to było obojętne wszystko. A mi? Stałem się! Nosz kurwa, szlak by to wszystko...
- Witaj arcyksiążę. - przywitał mnie jeden z wilków. Widać było, że bardzo się zdziwił, tym, że się tutaj znalazłem.
- Do generała. - oznajmiłem, a ten uśmiechnął się i pokazał mi drogę. Idąc, stawiając następne kroki coraz bardziej zastanawiałem się czy aby na pewno to dobry pomysł? Eh, nie ważne! Najwyżej... nie, nie mogę się poddać.
- Witam, w czym mogę ci pomóc? - uśmiechnął się na mój widok.
- Zaciągam się. - odparłem z ogromną pewnością siebie, co on oczywiście pochwalił i przydzielił na rangę kaprala. Jak wszystko dobrze pójdzie to nawet awansuję na oficera, a wkrótce na generała. Oto mi właśnie chodziło, bowiem generał jest prawie tak samo ważny jak cesarz, może nieco ważniejszy. Co jak co, ale bez generała Urian nic nie osiągnie, bo to on rządzi wojskiem. Wojsko to siła.

Soovimatu - Łzy

Jak ona mogła mi coś takiego powiedzieć? Jak? Jest moją matką! Nie mogłem w to uwierzyć, oni na pewno ją zmusili do tego. Kto? Nie wiem, ale nie chciałem w to wierzyć, że na prawdę miała to na myśli. To nie prawda, nie prawda! Wybiegłem, zalewając się łzami. To wszystko nie tak miało być... mój świat legł w gruzach. Nie mam po co żyć. Ona, ona miała być inna. Na pewno jest, a to wszystko to tylko sen, prawda? Boję się spotkania to dlatego tak śnię.
Pobiegłem gdzieś, w jakieś spokojne miejsce, tam gdzie mnie nikt nie znajdzie, do lasu. Łez było coraz więcej, tak, że nie widziałem gdzie dokładnie się zmierzam. Mój obraz był strasznie zamazany, jakieś ciemne plamy ścian korytarza i tajemnicze, mgliste postacie. Zamknąłem oczy na chwilę i nie zauważyłem, że ktoś właśnie wyszedł z komnaty. Szybko przeprosiłem, nie zwracając uwagi na tego wilka i pobiegłem dalej... dajcie mi wszyscy spokój, na wieki...
Poza zamkiem było łatwiej, widziałem zamazany las, więc biegłem w tamtym kierunku. Potknąłem się, znowu... ktoś krzyczał, jednak nie obchodzi mnie to. Nie chcę teraz nikogo. Jak ona mogła!
Nie dobiegłem... dałem sobie spokój, leżąc gdzieś, w jakimś dołku do którego wpadłem. Nie był głęboki, wyszedłbym, ale po co? To nie ma już sensu... Jak, jak ona mogła? Kochałem ją, kocham cały czas. Tak tęsknię... dlaczego!?
- Vallis umbrarum tenebrarum. - wyszeptałem, łkając. Było to zaklęcie iluzjonistyczne, które otoczyło najbliższy mój świat w mrokach i mgle, tak, by nikt mnie nie znalazł. Zgubi się, bo nie będzie wiedział, ze to tylko nie prawda.
Sarissa
Wyszłam z komnaty i wtedy ktoś na mnie wpadł.
- Soovimatu? - spytałam spoglądając na wilka, a on... nie odezwał się tylko pognał pędem w stronę wyjścia. Miałam złe przeczucia, bardzo złe. Ruszyłam więc za nim bez chwili wahania. Biegłam, co czas jakiś wykrzykując jego imię. Nie rozumiałam co się stało... Byłam jednak pewna, że było to coś strasznego. Basior nigdy nie zachowywał się w ten sposób. Nigdy! Musiał mieć więc do tego naprawdę poważny powód.
Wbiegłam za Soovimatu do lasu, wciąż gnając na złamanie karku, a mimo to nie mogłam go dogonić. Straciłam go z oczu, a zaraz później wokół mnie zapanowała ciemność. Ledwie cokolwiek widziałam spowita mrokiem i snującą się wszędzie mgłą.
Usłyszałam za sobą szelest, jakby dźwięk ocierających się o siebie łusek... dużych łusek. Odwróciłam się i z przerażeniem dostrzegłam wijący się kształt tuż na granicy widoczności. Zaraz usłyszałam inny pomruk, złowieszczy i... znajomy. Zobaczyłem ślepia, spłaszczony pysk i białe futro... To było to samo stworzenie, które zaatakowało mnie w górach... Cofnęłam się w przestrachu miotając przy tym kamiennymi iglicami w stwora... On jednak uskoczył bez problemu, a tuż za mną znajdował się wężowaty stwór.
Co tu się działo? W lesie nie było takich stworzeń... Nie było... nie mogło być! Soovimatu, musiałam go znaleźć, tu było niebezpiecznie...
Soovimatu? Czyżby? - przebiegło mi przez myśl. Sarissa myśl racjonalnie... Myśl! Twój przyjaciel to mistrz iluzji. A ty wiesz, że takich stworzeń tu nie ma... nie tutaj, nie tak blisko zamku.
Zamknęłam oczy chcąc uspokoić skołatane serce i starałam się stać w miejscu, choć wszystkie moje zmysły nakazywały mi ucieczkę przed czającymi się we mgle potworami. Kiedy otworzyłam oczy było... spokojnie. Być może nie normalnie, zaklęcie wciąż trwało, ale nie miało już nade mną kontroli. Ruszyłam więc dalej, kierowana węchem i słuchem by w końcu znaleźć basiora.
- Soovimatu... - wyszeptałam i weszłam w jamę w ziemi, żeby ułożyć się obok niego.
Nie pytałam co się stało. Zwyczajnie go przytuliłam pocierając nosem jego kark. Chciałam go uspokoić. Serce krajało mi się, gdy czułam jak jego ciałem targa szloch. Co się stało? Kto go skrzywdził? A może coś się stało jednemu z jego dzieci?
Soovimatu
Nie słyszałem nic poza swoimi odgłosami. Płacz. Nienawiść. Smutek. To wszystko teraz czułem, nie wiedząc co mam zrobić. Jak ona mogła? No jak? Tak się przecież nie robi. Szczenięta to najcudowniejszy dar jaki jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Jak wiele wader chce mieć dzieci, ale nie może? Jak wiele rodzin przechodzi przez przemoc? Nie rozumiem, jak można krzywdzić te małe urocze kłębuszki a tym bardziej jak można nie chcieć znać własnego syna... jestem dorosły, przecież nie musi nic już robić, tylko... dać mi chwilkę. Czy to tak wiele? Czy ja naprawdę oczekuję czegoś nie możliwego? Nie, to tylko jedna mała prośba. Chciałem porozmawiać, dowiedzieć się czegoś i ukoić me serce, które z tęsknoty prawie umarło. Teraz? Czy ja właśnie teraz nie umieram? Umieram i to bardzo, cierpię jak nigdy i lepiej było wcześniej. Nadzieja odeszła, bo prawda ją zastąpiła. Dopiero teraz doceniam to, jak bardzo ją kochałem, tą głupią nadzieję. Kochałem bardzo, nie zdając sobie sprawy z tego, że kiedyś prawda mi przeszkodzi. Naiwny wilk, który nawet nie spodziewał się tego, że kiedyś coś takiego może się stać. Pozytywnie, tak? Nic już nie będzie pozytywne i radosne... Umrę z rozpaczy.
Nagle poczułem ciepło, jednak nic sobie z tego nie robiłem. Leżałem, skupiając się jedynie na płaczu, na łapaniu oddechu, który był teraz tak trudny do złapania. Dlaczego? Ona taka nie jest, naprawdę. Nie jest. Ja w to nie wierzę, nie chcę wierzyć. To wszystko to nieporozumienie.
Zaklęcie przestało działać i znów poczułem promienie słońca na pysku, jednak to nie one sprawiły, że przestałem szlochać. Leżałem, tak po prostu z zamkniętymi oczami, rozluźniając wszystko i zagłębiając się w dotyku wadery. Pustka. Cisza.
Nie wiem ile czasu minęło, ale na pewno sporo. Nie byłem w stanie stąd wyjść, jednak kiedyś trzeba było. Podniosłem się, siadając z opuszczonym pyskiem. Tak mi głupio, że ona musi na to patrzeć. Nie chciałem tego. Nie zasługuje na me smutki, jednak nie zawsze jest kolorowo. Starałem się robić wszystko by nie musiała nigdy mnie pocieszać, a tu proszę... zepsułem wszystko. To może nas zniszczyć. Bałem się tego.
- Przepraszam. Nie chciałem cię w to wciągać. - oznajmiłem nie patrząc na nią, a jedynie gdzieś w bok na jakiś kamyczek.
- Byłem u niej. - dodałem, a na moim pysku znowu pojawiła się łza, a potem druga. Zaciskałem szczękę, by nie ciągnąć tego dalej, jednak... nie udało się.
- Jak ona mogła mi to powiedzieć. Jestem dla niej nikim, ścierwem, ofermą... to nie jest matka. - płakałem, po czym padłem na ziemię, zakrywając pysk łapami.
Sarissa
Ona? Matka? Powoli zaczęłam łączyć fakty. Więc to taką rodziną była dla Soovimatu Foxy? Była jego matką? Do tego powiedziała mu tak okropne rzeczy? Odrzuciła go? Foxy była trudna... to fakt, ale nie sądziłam, że do tego tak nieczuła.
- Nie przepraszaj - powiedziałam ciepło.
Znów zbliżyłam się do niego tak, by siedzieć jak najbliżej.
- To co ona mówiła nie jest prawdą. - tym razem mój głos brzmiał pewnie.
- Nie jesteś ofermą tylko kimś niezwykłym i bardzo wartościowym. Jesteś wspaniałym wilkiem. Cudownym ojcem, który oddał serce i czas szczeniętom, które nie są być może z jego krwi, ale nie miało to znaczenia. Jesteś wspaniałym przyjacielem, który jest zawsze kiedy tylko tego potrzebuję choćby tylko po to, żebym mogła czuć, że nie jestem ze wszystkim sama. Jeżeli ona nie potrafi tego zrozumieć to szczerze jej współczuję. Współczuję, że przez klapki na oczach nie potrafi dostrzec jak jesteś dobry. - mówiłam.
Soovimatu
Trudno było się pozbierać, bo te myśli, te słowa... cały czas krążyły w mej głowie. Samo jej imię powodowało, że nie mogłem się powstrzymać. Jak ja teraz będę żył, wiedząc to wszystko? Zobaczę ją na korytarzu i co? Zacznę płakać? To nie ma sensu... nie mogę tam wrócić, bowiem wiem, że jest blisko. Poza tym uczy Ruina, Adriela i Renn, którzy opowiadają czasem co się wydarzyło na zajęciach. Jak ja teraz będę tego słuchać? Jak mam pytać o ich dni, skoro większość czasu to Foxy. Nie pozostaje mi nic innego jak wyprowadzka. W miejsce, w którym jej nie ma. Nie ma takiego miejsca... nigdy go nie będzie, bowiem trzeba by było wyrwać me serce. Kocham ją. Zawsze kochałem. To było moje jedyne marzenie, a teraz? Nie mam po co żyć. Nic więcej nie chciałem, jak tego dnia, ale to nie miało być tak. Mieliśmy się cieszyć, spędzić miło czas, opowiadać o wszystkim... mieć kogoś, kto by mnie kochał w taki sposób, jak ja kochałem swoje szczenięta. Tak bardzo się starałem sprawdzić by czuły się dobrze. Jeden rodzic, ale jest... ja nie miałem ich wcale i nadal nie mam. Wiem, że są, ale nie osiągalni. Żyją, ale mnie nie chcą... Nawet ojciec. Tyle lat pozwalał na to by jego strażnicy pomiatali mną, a on... nic. Patrzył na to wszystko z zimną krwią, z sercem... z lodu. Obydwoje nie mają serca.
Przytuliłem się do wadery i słuchałem jej kojącego głosu. Nie ma racji. Jestem nic nie wartą istotą, bowiem własna matka mnie chce. Nigdy nie chciała. Co ja jej zrobiłem? Właśnie. Urodziłem się i to zbyt wiele dla niej. Czemu nie słuchałem? Czemu nie widziałem? Prawda była tuż obok, ale nadzieja zakryła mą duszę. Żyłem z nią, zatruwając się coraz bardziej. Nie żałuję, bowiem przez chwilę miałem mamę, która mnie kochała. Ojca też miałem, też mnie kochał. Iluzja. Po co ja w ogóle zacząłem się nią bawić? Po co stworzyłem to wszystko? Po co oglądałem coś, co nigdy nie było prawdą i nie będzie... nie zauważyłem jak moje życie stoczyło się na samo dno lub też uleciało za wysoko, do świata fantazji. Chwila nieuwagi i spadasz z chmur na ziemię. Łamiesz kości. Krwawisz. Cierpisz. Tracisz wszystko. Umierasz.
- Muszę odejść. - powiedziałem po dłuższej chwili. Tak chyba będzie najlepiej dla wszystkich.
Sarissa
Odejść - to słowo dźwięczało mi w uszach i ciążyło mi na sercu. Rozumiałam... A przynajmniej tak mi się wydawało. W końcu co mógł czuć wilk, którego odrzuciła jego własna rodzicielka. Widziałam jak wiele było w nim smutku. Czułam jak wciąż drżał. Mimo to... nie chciałam, aby odchodził. Soovimatu przez ten czas, który z nim spędziłam stał się integralną częścią mojego życia. Był członkiem rodziny, nie tylko przyjacielem... Myśl o tym, że mogłabym go stracić była naprawdę czymś strasznym. Być może było to samolubne... Nawet jeżeli chciałam go przy okazji pocieszyć, zapewnić, że nie jest wcale sam.
- Proszę... nie mów tak - wyszeptałam. - Przemyśl to jeszcze... Jesteś ważny dla maluchów... dla mnie. Wiesz przecież.
Co miałam zrobić by go przy sobie zatrzymać? Co mu powiedzieć? Nie miałam pojęcia... Mogłam jedynie prosić i mieć nadzieję.
Soovimatu
Czy to ma w ogóle sens? Czy rzeczywiście mogę być dla kogoś ważny, skoro własna matka mnie nie chce? Nie wiem, muszę to przemyśleć. Wszystko muszę przemyśleć. Teraz to nie pora na decyzje, teraz... chcę być sam. Wszystko straciło sens, teraz nie mam celu... chęci, nie chce nic. Umrzeć. Odejść. Dać sobie spokój i mieć wszystko z głowy. Oh, tak byłoby najprościej, jednak czy najrozsądniej? Nie wiem, nie teraz.
Wstałem z ziemi i postąpiłem parę kroków przed siebie, patrząc na ścieżkę. Westchnąłem i zamknąłem oczy, po czym odwróciłem łeb w kierunku wadery.
- Chcę zostać sam. Odezwę się jak wszystko sobie poukładam. - oznajmiłem, próbując się nie rozpłakać. Zamknąłem oczy i zacisnąłem szczękę, po czym odwróciłem łeb i odszedłem. Zostanę w lesie na jakiś czas... potrzebuję odpoczynku.

sobota, 25 marca 2017

Viviann - Wycieczka pełna pomyłek

W Arcanterze byłam już tydzień. Przestałam być sensacją, poznałam kilka wilków i zamek. Okazało się, że nie znano tutaj pisma i moje książki były czymś naprawdę niezwykłym, ja za to musiałam się uczyć obsługi tych dziwnych kamieni. Przyznam szczerze, ze były ciekawe. Jak z resztą wiele rzeczy tutaj.
Z Urianem... szło mi chyba dobrze. Przynajmniej taką miałam nadzieję. Zawsze był uprzejmy, choć nigdy jakiś szczególnie wylewny. Sporo rozmawialiśmy. Zapragnął nawet nauczyć się pisać co mnie osobiście ucieszyło. Interesujące było uczyć kogoś czytać. Czułam, że się zrozumiemy... nawet mimo lekkiego dystansu, który niewątpliwie był między nami. Zastanawiałam się tylko czy... coś więcej. Może to i było dziwne, szczególnie w sytuacji, w jakiej się znalazłam, ale chciałam po prostu się zakochać i być kochana... Zdawałam sobie jednak sprawę z tego, ze ciężko komuś takiemu jak ja liczyć na coś więcej niż po prostu wzajemną tolerancję i uprzejmość. Dopiero teraz zaczęłam się zastanawiać czy moje siostry kochały swoich mężów? Niby wyglądały na zadowolone, ale... czy były szczęśliwe?
Zamek nieco mi się znudził... Znałam już chyba każdy zakątek. Chciałam zobaczyć coś więcej. Moją uwagę przykuła grupka wilków. Okazało się, ze to młodziki, które wybierały się na wycieczkę z przewodnikiem. Gizelle i reszta zajęci byli swoimi sprawami. Wiedzieli, że nic mi tu nie grozi. Byłam więc sama i... zdecydowałam się dołączyć do wycieczki. Przecież w grupie nic mi się nie stanie. Skoro dzieciaki mogły iść i czuły się bezpiecznie to chyba wszystko będzie, dobrze? Powiedziałam tylko strażnikowi, żeby powiadomił cesarza, że wybrałam się na małe zwiedzanie i pospiesznie dołączyłam do wyruszającej grupy.
Szłam rozglądając się i słuchając tego co miał do powiedzenia przewodnik. Szliśmy przez naprawdę piękny las. Nawet nie wiem kiedy się zagapiłam. Rozejrzałam się dookoła, ale nikogo nie było.
Serce zaczęło walić mi jak młotem. Przecież nie mogli odejść daleko, prawda?
Puściłam się biegiem jedną ze ścieżek, ale chyba wybrałam złą drogę, bo wbiegłam głębiej w las, a po grupie i przewodniku nie było śladu. Co ja narobiłam?! Nigdy nie byłam sama w lesie...
Wtem coś warknęło tuż za mną. Odwróciłam się i krzyknęłam w przestrachu, bo zbliżał się do mnie niedźwiedź, a ja? Ja nie potrafiłam się ruszyć sparaliżowana strachem.
Zeconi
Tym razem padło na las, w sumie to idąc z granicy do terenów wojskowych trzeba było się gdzieś zatrzymać, prawda? Nie mam zamiaru się śpieszyć, bo co ja niby mam ze sobą zrobić? Tego jeszcze nie wiedziałem, a złość coraz bardziej zamieniała się w obojętność. Niedługo wyjdzie na to, że stanę się jakimś ponurakiem i jeszcze przyznam Urianowi rację. Nie, tak być nie może. Niech sobie nasz kochany władca nie myśli, że się przed nim ukłonię. Co to, to nie.
Właśnie zamierzałem sobie coś upolować, kiedy usłyszałem jakiś krzyk. Jeden, a potem nic. Pewnie znowu jakaś głupia wadera ubrudziła sobie futerko i ryczy gdzieś. Jednak zaraz po krzyku do uszu dobiegł ryk niedźwiedzia. Emm, może jednak powinienem tam pobiec? Zobaczyć co się dzieje, zwłaszcza, że to na pewno wadera, a nie samiec. Basiora to miałbym gdzieś, dobra, biegnę!
Niedźwiedź machnął łapą, chcąc właśnie uderzyć drobniutką waderkę, która no cóż... pewnie już by się nie obudziła. Zareagowałem szybko i rzuciłem w jego łapę ostrzem, rozcinając nieco poduszeczkę. Co jak co, ale to serio boli. Misiek zdenerwował się jeszcze bardziej, jednak widać było, że no... boli. Podszedłem do samicy i stanąłem przed nią, warcząc na miśka.
- Zgoda? - spojrzałem w jego oczy, po czym dodałem, że wataha nigdy nie jest sama. Zaraz się zleci więcej wilków i nie da sobie rady.
Nie jestem głupi by walczyć z niedźwiedziem, zwłaszcza, że nie zamierzam go zjeść. Co jak co, ale drapieżników się nie je, prawda? Misiek pomyślał trochę, po czym orzekł, że przeprasza i poszedł. W sumie to jaki miał cel? Serio chciał jej coś zrobić? Może to ona go zdenerwowała? Myślałem, że Urian dogadał się z drapieżnikami w Arcanterze jakie zasady ich obowiązują... widocznie nie do końca się tym zajął.
- A ty nie masz co robić tylko zaczepiać mieszkańców? - odwróciłem się do wadery i zapytałem, oczywiście czepiając się jej.
Nie oczekiwałem odpowiedzi, więc od razu postanowiłem wrócić do swoich zajęć, a mianowicie polowania. Zając czy bażant powinien mi wystarczyć, czyż nie?
Viviann
Oczy piekły mnie niemiłosiernie, a całe ciało drżało. Dlaczego ten niedźwiedź mnie zaatakował? Przeszkodziłam mu w czymś? Wtedy zerknęłam na ślady krwi w pobliżu. Ta krew nie należała do niedźwiedzia... Czyli co nie co się wyjaśniło... chociaż tyle. Nie zmieniało to jednak faktu, że stał przede mną ten sam młody basior, który chciał mnie zaatakować kiedy tu przybyłam. Powinnam się bać? Pewnie tak... i bałam się, ale... wilk tym razem nie był zły. No może odrobinę, ale nie było w nim tej wściekłości, a do tego przecież mi pomógł.
- P-przepraszam... - jęknęłam. - Nie chciałam nikogo niepokoić.
Basior ruszył, a ja wstałam i na chwiejnych nogach ruszyłam za nim. Dlaczego? Cóż... nie miałam za bardzo innej możliwości, bo bardziej niż tego, że go zezłoszczę bałam się zostać tu znów sama. Serca waliło mi tak, że miałam wrażenie, że zaraz tu zemdleję. W co ja się wpakowałam?
- W-wybacz mi... ale... J-Ja się chyba z-zgubiłam - stwierdziłam kiedy spojrzał na mnie niechętnie. - Naprawdę nie chcę ci robić problemu, ale gdybyś mógł mi wskazać drogę do zamku... Albo do jakiegoś miejsca gdzie pokierują mnie dalej... - spojrzałam na niego z nadzieją.
Zeconi
No proszę, proszę, proszę. Teraz to mi pomóż, a wcześniej to niby taka twarda, tak? Bez swoich obrońców jest nikim, jednak z drugiej strony czy ona mi się czasem nie przyda? Skoro wcześniej miała tylu pomocników, to mogę ją gdzieś zamknąć i wypuścić dopiero jak brat odda mi władzę. To całkiem dobry pomysł. Czy ja mam gdzieś moje sznury? Chociaż na pewno nasza królewna będzie walczyć, co wyda się naprawdę słodkie... hmm. Dobra, najpierw dowiem się czy się opłaca, bo jak nie to się tylko narobię. Równie dobrze mogą być kupcami czy coś.
- Przypomnij mi kim jesteś? - zapytałem, spoglądając na nią. Niby coś tam mówiła na początku, ale wyleciało mi to z głowy. Jedyne czego się nie da zapomnieć to jej uroku, bo co jak co, ale jest prześliczna. Kurde, dawno nie widziałem Shae... ciekawe co u niej. Czekaj, czekaj, czy ja tęsknię? Nie no, to przecież tylko wadera. Dobra, nie tylko... biała jest naprawdę wyjątkowa. Mam nadzieję, że wszystko się ułoży i wkrótce się zobaczymy. A może zaprowadzić tą niewiastę do zamku i przy okazji skoczyć do mej lubej? Nie, to by było marnotrawstwo. Ani trochę się to nie opłaca. Zamknę ją w jakieś grocie i zaszantażuję brata. Tak, to jest to.
Viviann
- Królewna Viviann ze Smoczej Watahy - powiedziałam choć coś mi mówiło, że nie powinnam mu zdradzać prawdy o sobie. Zignorowałam jednak to ostrzeżenie. Nie zamierzałam kłamać, nigdy tego nie robiłam.
Teraz mogłam przyjrzeć się bliżej wilkowi. Nie miałam pojęcia czy nazywać go wybawcą czy zagrożeniem... Był w każdym bądź razie niewiele starszy ode mnie... Może rok? Był jednak o wiele bardziej zahartowany. Widać w nim było siłę, pewność i grację, której mnie brakowało od zawsze. Byłam zawsze tym najsłabszym szczenięciem, drobna, chorowita i chorobliwie wręcz nieśmiała. Nie potrafiłam z niczym poradzić sobie sama. A on? On żył tutaj... w lasach lub wręcz na pustkowiach. Żył i miał się dobrze nawet jeżeli jego futro nosiło ślady podróży, a oczy były przenikliwe i czujne.
- Więc... pomożesz mi..? Proszę... - powiedziałam.
Zeconi
No proszę, królewna i to taka chyba prawdziwa, prawda? W końcu żadna wadera w Arcanterze nie śmiałaby tak o sobie mówić, bowiem me siostry są troszkę o coś takiego zazdrosne. Księżniczkami były i będą, tego się raczej nie zmieni. A więc skoro Viviann jest królewną, to oznacza to tylko jedno, bowiem po co miałaby tu przyjść? Młoda wadera bz żadnego stażu i umiejętności. Wesele, niedługo się szykuje, prawda? Co jak co, ale to nawet głupiec by wiedział i rozkminił. Chyba jednak coś im przeszkodzi w tym szczęściu... tylko czekaj, trzeba to przeanalizować. Jeśli porwę przyszłą żonę brata i w zamian za nią zażądam władzy to wszystko nie trzyma się kupy. Na co im wtedy ta królewna jak nie będzie cesarza, a wątpię by chcieli mi ją ofiarować. Nie, coś tu jest nie tak. Chyba mój plan właśnie poszedł w diabły. Ehh. A gdybym ja się z nią ożenił? Nie, to też bezsensowne, bo Urian weźmie byle kogo i zrobi z niej cesarzową. Nie musi mieć odpowiedniej krwi, a można to wywnioskować z tego, że moja matka to nikt ważny. Zwykła szara wilczyca z wiochy.
- Królewna, powiadasz? - zapytałem z wrednym uśmieszkiem. Jeszcze nie wiedziałem co z nią zrobić, ale Urian musi cierpieć. Może tak, zabić ją?
- No wiesz, tak się składa, że się tam nie wybieram. - uśmiechnąłem się słodko i spojrzałem na nią, przekrzywiając lekko łeb. Co jak co, ale ładna z niej będzie żona. Szkoda by było, gdyby coś jej się stało, prawda?
Viviann
Basior uśmiechnął się jakoś dziwnie... Do tego zbliżył się krok w moją stronę, a ja... zamarłam. Miałam złe przeczucia, naprawdę złe. Mimo to kiedy odwrócił się i ruszył na przód ruszyłam za nim. Co innego miałam zrobić? I tak nie dałabym rady mu uciec... Z każdym kolejnym krokiem prosiłam wszystkie znane mi bóstwa aby wszystko dobrze się ułożyło, żebym wyszła wreszcie z tego lasu, cała i zdrowa...
Nie miałam pojęcia dokąd idziemy... Byłam całkowicie zdana na niego.
- P-przepraszam... - powiedziałam żeby zwrócić na siebie uwagę mojego przewodnika. - Czy... powiesz mi chociaż jak mam się do ciebie zwracać?
Zeconi
Wadera mimo wszystko postanowiła za mną iść, co mnie dziwiło. No kurde, powiedziałem, że nie idę do zamku a ta za mną lezie. Mniejsza, może się odczepi, albo jednak ją porwę? Nie wiem. Zastanawiając się nad tym czy mi się ona w ogóle opłaca, czy jednak jest nic nie warta, wadera odezwała się i to bardzo grzeczny sposób. Odwróciłem się do niej i widząc, że naprawdę się boi zrobiło mi się jej szkoda. Biedna, zagubiona i do tego bardzo słodka. Uśmiechnąłem się ponownie, czego ostatnio prawie w ogóle nie robiłem. Róbmy tak dalej, a narobię sobie zapas szczęścia na najbliższy rok.
- Zeconi. - oznajmiłem stanowczo. Podawanie jej mojego przydomku mogłoby być błędem. Nakablowałaby jeszcze Urianowi jaki to jego brat jest zły, nie dobry, że potraktował ją tak a nie inaczej i jeszcze jej strażnicy chcieliby się zemścić czy coś.
Patrząc na nią dłużej, naprawdę zacząłem rozmyślać o tym czy jej czasem nie odprowadzić albo czy nie poszukać jakiegoś strażnika, który zrobiłby to za mnie. Co jak co, ale ja się w zamku nie pojawię, nie ma takiej opcji. Fakt, jest to własność Uriana, ale no z drugiej strony to też rozumna istota i chyba własne zdanie posiada, prawda? W dodatku wadera, no kurde... nie mógł by to być basior? Dawno by się odczepił, a tu proszę... chyba się szykuje mała przeszkoda w drodze do koszar. No nie wiem, nie wiem...
Zastanawiałem się przez dłuższą chwilę, a ona milczała oczekując na... w sumie to nie wiem na co, ale też się nie odzywała. Stała i obserwowała mnie tymi swoimi jasnymi oczętami, wyglądając przy tym bardzo ślicznie. Taka no, królewna i to nie tylko pod względem statusu społecznego. Kurwa! Będę tego żałować.
- Dobra, chodźmy. Zaprowadzę cię tak byś potem sama doszła do zamku. - oznajmiłem przewracając oczyma, po czym ruszyłem w kierunku twierdzy. Głupia słabość do płci pięknej! No co ja poradzę, no? Jestem tylko samcem...
Viviann
- Dziękuję! - zawołałam z entuzjazmem, być może zbyt wielkim, ale... moje złe przeczucia jakoś odpłynęły.
Strach odpuścił. Może zostało mi sporo niepewności i wyrzucałam sobie głupotę, ale... w Zeconim było coś, co sprawiało, że ogarnęło mnie poczucie bezpieczeństwa. Było to naprawdę dezorientujące, szczególnie, że przyszło nagle. Coś w nim się jednak zmieniło... rozluźnił się, spojrzał na mnie tak, że byłam pewna, że mnie nie skrzywdzi... Przynajmniej tak to czułam i miałam nadzieję, że się nie mylę.
Szłam za nim krok w krok, starając się tym razem nie zgubić, nie rozglądać na boki i nie rozpraszać. Nie wiem dlaczego ostatnio skupienie się na czymkolwiek sprawiało mi taki kłopot. Zazwyczaj było mi z tym o wile łatwiej. może to dlatego, ze to miejsce było dla mnie takie nowe? A może wreszcie miałam odrobinę swobody? Nawet chyba zbyt wielką odrobinę, bo jak widać skorzystałam z niej w najgorszy możliwy sposób. w każdym razie w rodzinnym zamku zawsze ktoś przy mnie był, zawsze ktoś mnie pilnował. W gruncie rzeczy niemal nie opuszczałam budowli... Teraz wszystko się pozmieniało.
Miałam sporo pytań... chciałam wiedzieć dlaczego Zeconi jest tu sam, dlaczego tak się wcześniej zezłościł... Chciałam, żeby coś mi o sobie opowiedział. Chyba pierwszy raz byłam kogoś aż tak ciekawa... Nie wiedziałam tylko czy powinnam zarzucać go pytaniami... Tylko, że tak ciężko było mi się powstrzymać.
- Zeconi... Czy ja... Czy mogłabym zadać ci kilka pytań? - spytałam spoglądając na niego bacznie i próbując wybadać czy się czasami nie złości z powodu mojej ciekawości. - Chciałabym nieco więcej się o tobie dowiedzieć... Jeśli oczywiście pozwolisz.
Zeconi
Spokojnym i wolnym krokiem szliśmy w kierunku zamku. Czemu tak? No cóż, wadera co jakiś czas rozglądała się obserwując wszystko dookoła, a ja nie chciałem jej w tym przerywać, zwłaszcza, że tak słodko starała się skupić i mnie nie zgubić. Szczerze? Bawiło mnie to, w taki pozytywny sposób. Ehh, dawno się tak nie czułem. Zawsze miałem słabość to takich wader, jednak to oczywiste. Basior potrzebuje kogoś kogo będzie mógł bronić, dla kogo będzie bohaterem. Czy ja właśnie stałem się kimś takim dla niej? W sumie to uratowałem ją przed niedźwiedziem, prawda? A teraz jeszcze prowadzę do zamku... właśnie, do zamku. Nasze drogi się rozejdą a ja znowu wrócę do swych zajęć. Ehh, niech to się już skończy. Chcę mieć wszystko z głowy.
- Daj waderze łapę, a odgryzie ci nogę. - zaśmiałem się, jednocześnie powodując, że wadera zamilkła, rozmyślając o tym co właśnie się stało. Przynajmniej tak wyglądała.
- A pytaj skarbie, jednak nie licz, że odpowiem na wszystko. - dodałem po chwili. W sumie to sam byłem ciekaw tego co tam sobie wymyśliła i o czym myśli. Kilka pytań? To nie bierze się znikąd. Myślała nad tym dłużej, prawda?
Viviann
Odetchnęłam z ulgą, bo pierwsza reakcja Zeconiego lekko mnie zaniepokoiła. Okazało się jednak, ze wszystko było w porządku. To dobrze.
- Więc... - zaczęłam. - wybacz wścibstwo, ale... chciałabym wiedzieć dlaczego jesteś tu sam. Nie masz rodziny?
Może i było to nieco zbyt osobiste, ale jakoś nie umiałam sobie wyobrazić, że ktoś od tak chciał być sam. Samo to wydawało mi się nierealne i przygnębiające. Ja nie umiałabym nie mieć nikogo przy sobie, nie mieć się do kogo odezwać, komu wyżalić czy w kogo wtulić kiedy było mi źle lub się czegoś panicznie bałam. Szczególnie jednak rzucało mi się w oczy to, że basior był młody... przystojny, co nie trudno było zauważyć i nie był ponurakiem, po którym można by się było spodziewać chęci izolacji.
- I jeszcze... odkąd wtedy widziałam cię po raz pierwszy zastanawiam się.... dlaczego byłeś taki zły - dodałam jeszcze. - Jeżeli to przeze mnie... Jeśli coś zrobiłam to naprawdę jeszcze raz przepraszam. Byłabym też wdzięczna gdybyś mi powiedział co takiego zrobiłam niewłaściwie... Nie chcę znów tego powtórzyć.
Szłam powoli, wyczekując jego odpowiedzi.
Zeconi
Słuchając jej pytań nie trudno było się nie zaśmiać, bowiem to jej całe przejęcie tą sprawią i w ogóle. Już dawno o ty zapomniałem, a tu proszę, gnębiło ją to najwidoczniej i spać nie dawało. Oh, czy to nie słodkie? Mała wpadka, a ileż to myśli wywołała. Co mam jej niby powiedzieć? Cześć, jestem bratem twojego przyszłego męża, którego nienawidzę i planuję go zabić, tak? W sumie to nie takie głupie, bo można było dodać coś jeszcze w stylu, że byłaby moją żoną a niego jego i to właśnie z tego powodu się złoszczę. Całkiem niezły tekst na podryw, czyż nie? Oj pewien jestem, że by jej się gorąco zrobiło, słysząc coś takiego, a jednocześnie znowu zrobiłaby jakąś słodką, niezręczną minkę.
- Uuu, widzę, że się nie cackasz. - zaśmiałem się, po czym głośno komentowałem to, czy jej powiedzieć czy nie powiedzieć. No może jednak? Nie, na co jej to wiedzieć, prawda? Ehh, że też dałem się w to wpakować.
- Załóżmy, że trochę się z rodziną pokłóciłem. Zdarza się, prawda? A co do drugiej sprawy, to można to połączyć. - uśmiechnąłem się zwycięsko, bowiem możliwe, że nic z tego nie zrozumie, a odpowiedź została udzielona. No i prawidłowo.
- W sumie to wypadałoby przeprosić za tamto zachowanie, ale zrobię to następnym razem. - puściłem jej oczko. Przy okazji postanowiłem też o coś spytać, skoro już tak sobie rozmawiamy. Też będzie grubo, skoro ona tak wyruszyła jak z kopyta, to czemu ja nie miałbym?
- Zaproszenie na ślub to dostanę, czy może nie jestem mile widziany? - zaśmiałem się. No cóż, czego można się po mnie spodziewać jak nie jakiegoś żartu, prawda? One to lubią. Poczucie humoru to podstawa, szkoda jedynie, że ona jest taka sztywna. Widać, że się nie rozluźniła, ale to słodkie.
Viviann
Cóż... Musiałam przyznać, że nie rozumiałam jego odpowiedzi. To, że pokłócił się z rodziną było jasne... no dobrze, wilki się kłócą. Ciężko mi było zaakceptować taki stan rzeczy, bo uważałam, że rodzina powinna trzymać się razem. W końcu kto ci pomoże, jeżeli nie najbliżsi? Mimo to rozumiałam to. Nie wiedziałam tylko co to miało do naszego pierwszego spotkania i tego, że tak nagle zmienił mu się humor. Czyżby ktoś z jego rodziny był kimś kogo znam? A może po prostu miał zły nastrój i wybuchł od tak? Ciężko było stwierdzić.
Wtem Zeconi zapytał o zaproszenie na ślub. Zaskoczyło mnie to, choć fakt, nie trudno było się domyślić dlaczego jestem w Arcanterze, a do tego plotki pewnie już rozeszły się po całej krainie.
- Ja... nie wiem - stwierdziłam. - To znaczy, nie chodzi o to, że nie chciałabym cię zaprosić, bo wręcz przeciwnie. Zwyczajnie... nie wiadomo czy do jakiegokolwiek ślubu dojdzie - oznajmiłam szczerze, na co wilk przystanął i rzucił mi zaciekawione spojrzenie.
Nie wiedziałam czy powinnam mu o tym wszystkim mówić, skoro jednak już zaczęłam to nieładnie byłoby przerwać.
- Chodzi o to, że... mój przyjazd raczej nie był pomysłem cesarze... Podejrzewam, że moja babcia się w to wmieszała i tak troszkę nie miał wyjścia innego niż mnie przyjąć. Moja babcia jest uparta i obiecała sobie, że póki żyje pomoże nam, mnie i mojemu rodzeństwu, poukładać życie. Tak więc znalazła mojemu bratu żonę. Miłą, dobrą i z szanowanej rodziny panującej w sąsiadującej watasze. Moje siostry także poswatała z książętami, którzy byli według niej ich godni. A dla mnie wymyśliła sobie cesarza... I to nie tak, że nie lubię Uriana, ale... póki co stanęło na tym, że powinniśmy lepiej się poznać.
Zeconi
W sumie to bardzo możliwe, że z tego związku nic nie będzie. Ojciec w końcu wziął sobie jakąś nic nie wartą waderkę z wioski, więc Uriana też nie zmuszą do małżeństwa. Chociaż biorąc pod uwagę to jak się płaszczy i spełnia zachcianki wszystkich wokół to możliwe, że i na to da się namówić. O Arcanusie, co z niego za oferma życiowa. Nawet druid musi mu waderę znaleźć, bo sam się zabrać za to nie potrafi. Naprawdę? Wybrali kogoś takiego na cesarza? Toż to żenujące! Po mnie to chociażby się można szczeniąt spodziewać i to jakiej ilości. Każda by chciała mieć ze mną dziecko, a im więcej cesarskiej krwi tym lepiej, prawda? Jak on się dorobi chociaż jednego to już sukces, gorzej jak mały zdechnie. I po tronie, prawda? Ehh, co on by beze mnie zrobił. Ja już o to zadbam, by przyszłych władców nie zabrakło.
- Cały Urian. Taki z niego basior, że sam sobie cesarzowej znaleźć nie potrafi. - zaśmiałem się, bowiem serio... to jest żałosne. Ha!
- Poza tym, nawet jeśli by się to udało, to nie ma opcji, że będę to oglądać. - dodałem z uśmiechem. O tak, niech sobie cudowny cesarz nie myśli, że zamierzam oglądać jego cudowny pysk. Wystarczy, że ma pod sobą całe królestwo, ja w tej żenadzie nie zamierzam uczestniczyć.
- Szkoda będzie patrzeć na to jak taka cudowna wadera marnuje sobie życie przy kimś takim. Oh, serce by mi chyba pękło, a tego nie chcemy, prawda? - wytłumaczyłem, widząc, że nie za bardzo rozumie o co chodzi.
Viviann
- Znasz Uriana? - było bardziej stwierdzenie, niż pytanie. W końcu Zeconi mówił o nim tak, jakby go bardzo dobrze znał.
Zaczęłam nieco... kojarzyć. Basior znał cesarza, wspomniałam o nim przy naszym pierwszym spotkaniu...
- Czy Urian jest tą rodziną, z którą się pokłóciłeś? - spytałam ostrożnie. Nie doczekałam się odpowiedzi. Wilk tylko warknął coś niezbyt zadowolony.
Dobrze, nie chciał o tym rozmawiać, nie ma kłopotu. Szanowałam to. W każdym razie Gizelle coś tam wspominała o rodzeństwie Uriana, o tym, ze pokłócił się z bratem, że zamek aż huczał od plotek. Nie interesowało mnie to. Nie lubiłam plotek, szczególnie, że większość z nich było wyssanych z palca, podkoloryzowanych lub wyolbrzymionych tak, ze byle sprzeczka stawała się otwartą wojną. Wychodziłam także z założenia, że jeżeli ktoś będzie miał ochotę coś mi powiedzieć o sobie, to to zrobi. Na co mi były opinie innych?
Szliśmy jeszcze chwilę, dość długą, jednak tym razem marsz okazał się nawet przyjemny. Zeconi zerkał na mnie, nie gonił, choć zdecydowanie mógł narzucić dużo większe tempo. Był silny i znał ten las. Poruszał się tu cicho i z gracją, której mnie zdecydowanie brakowało ledwie postawiłam łapy na czymś co nie było równiutką, wypolerowaną kamienną posadzką przykrytą co najwyżej jakimś dywanem.
Tak czy owak doszliśmy na skraj lasu, a spomiędzy drzew przywitała mnie sylwetka dobrze znanej budowli. Zamek! Wystarczyło przejść kawałek traktem i będę na miejscu.
- Dziękuję! - zawołałam i lekko doskoczyłam do Zeconiego.
Basior uśmiechnął się do mnie czarująco, na co serce zabiło mi odrobinę mocniej. Naprawdę przyjemnie patrzyło się na niego spokojniejszego, bez gniewu w oczach był taki czarujący.
- Co do... następnego razu - zaczęłam, bo dobrze pamiętałam, że niejako obiecał mi wtedy przeprosiny - to z miłą chęcią. I obiecuję, że nie będę już wtedy przeszkadzać jedzącym niedźwiedziom... No i będę się starała nie zgubić - uśmiech się i zanim zdarzyłam pomyśleć co robię, lekko polizałam basiora po policzku.
- J-jeszcze raz dziękuję - rzuciłam szybko i speszona własnym zachowaniem ruszyłam niemal biegiem w stronę murów kamiennej budowli.
Zeconi
Spacer z tą waderą był bardzo przyjemny, a najlepsze jest to, że w końcu się uśmiechnąłem i zapomniałem. Nie wiem dlaczego, ale przeszły mnie myśli, że muszę iść do zamku porozmawiać z Urianem. Co dziwnego, porozmawiać... tak jak kiedyś. W prawdzie denerwował mnie zawsze, kiedy starałem się jakieś waderze zaimponować, ale poza tym był całkiem spoko. Te nasze zabawy, przepychanki i powietrzne żarty. Czy mi tego nie brakuje? A może jednak brakuje?
Spojrzałem na szczęśliwą królewnę, która pożegnała się i pędem ruszyła w stronę zamku. Westchnąłem tylko i przez chwilę jeszcze ją obserwowałem. No cóż, to koniec i wątpię w to, że kiedyś się spotkamy. Nie wierzę, że zniósłbym to, ona jest Uriana, a mnie szlak trafia jak sobie to przypomnę. No cóż, śliczna jest i naprawdę szkoda. Coś mi się wydaje, że przez nią pogodzenie się będzie znacznie trudniejsze, bowiem pociąga mnie niesamowicie.
Pokiwałem głową, wyrzucając z siebie te myśli i ruszyłem w stronę koszar. Pora na wojsko.
Nowsze Starsze Home