Trwające wątki

Połowa Arcanterry przepadła wraz z forum. Przepraszamy.
Blog oficjalnie nieczynny ;)

sobota, 31 grudnia 2016

Legenda Glacies

Z każdym rokiem Glacies było coraz bardziej mroźne, a skaza wychodziła poza jego tereny, nie zapowiadało się na to by lód stopniał kiedykolwiek. Pewnej zimowej nocy, kiedy na niebie zauważono cudowną gwiazdę, która lśniła bardziej niż wszystkie wokół, mroźne tereny przemieszczała para wilków. Brązowy basior imieniem Luim oraz jego ciężarna partnerka Viri zostali wygnani ze swojej watahy, bowiem tylko para alfa mogła posiadać potomstwo. Nagle Viri zatrzymała się i zacisnęła zęby.
- Co się stało kochanie? - zapytał Luim, zaniepokojony jej zachowaniem.
- To już blisko. - oznajmiła, po czym pisnęła.
- Musimy znaleźć schronienie. - odparł basior, tuląc swoją ukochaną.
Ruszyli w dalszą drogę, rozglądając się za grotą czy jaskinią, jednak zamiast tego napotkała ich zamieć śnieżna. Gwiazda błysła, ukazując im lodowe schronienie, kiedy już znaleźli się w środku, Viri ponownie pisnęła i zaczęła strasznie dyszeć.
Na świat przyszło śnieżnobiałe szczenię, które roztopiło lód i sprawiło, że mróz cofnął się i objął jedynie kawałek ziemi, która była najbardziej zatruta. Luim stwierdził, że to cud i postanowił postawić mały domek. Zostali tu i żyli w harmonii z resztą mieszkańców tych ziem, w końcu niewinne mieszkanko przerodziło się w pałac, bowiem plotka rozniosła się po całym lesie, po górach i pustyniach. Podróżnicy chcieli na własne oczy zobaczyć cudowne dziecię, które roztopiło lód i zostało władcą całej krainy, która zwie się Arcanterrą.

Mieszkańcy Arcanterry dostrzegli cudowną gwiazdę, która pojawia się raz na kilkanaście lat. Postanowili uczcić jej przybycie na granicach Glacies. Przygotowali lodowe stoły pełne najlepszego mięsa, dziwne napoje ziołowe, udekorowali to miejsce najlepszymi kwiatami i lodowymi rzeźbami. Melodyjne pieśni muzyków i tańce przyciągały coraz więcej wilków, które chciały spędzić miło czas i odpocząć od codzienności. Każdy z nich posiadał drobny upominek, który umieścił pod jednym drzewkiem świerku. Wieczorem, kiedy gwiazda rozbłyśnie, rozpocznie się uroczyste wręczanie prezentów i składanie życzeń, na najbliższe kilkanaście lat. Wszystko zostanie zakończone pięknym pokazem fajerwerk!

Sarissa
Szczerze mówiąc niewiele pamiętałam z zimowej opowieści o białym szczenięciu, które przywróciło ład i pokój krainie. Natknęłam się na nią jedynie przelotnie w jednej z wertowanych ksiąg. Kiedy jednak po królestwie rozeszło się szumnie o tym, że przecudna, zwiastująca świętowanie, gwiazda ukazała się na niebie, nie potrafiłam nie pogłębić swej wiedzy i nie wziąć udziału w uroczystościach. Sama z pełną przyjemnością nazbierałam najpiękniejszego kwiecia, jakie potrafiłam znaleźć i pomagałam z zapałem dekorować miejsce biesiady. Byłam więc świadkiem tego, jak mnóstwo wilków przybywa na miejsce, przynosi jedzenie, dekorację lub po prostu uśmiech i ciepło. Widziałam cudowne drzewko, wybrane spośród wielu tu rosnących, przystrojone złotymi drobinami tak, by błyszczało w świetle. Pod drzewkiem znajdowało się wiele podarków, które przynosili ze sobą kolejni przybysze, by po chwili odejść i zająć się rozmowami, tańcem, słuchaniem opowieści czy podziwieniem wytwornych dekoracji. Sama byłam jedną z osób, które pod owym drzewkiem zostawiły podarek. Nie było to nic wielkiego. Jedynie coś na kształt amuletu w postaci woreczka z miękkiej skóry, wypełnionego ziołami, których aromat wspomagał samopoczucie i miał zdrowotne właściwości. W końcu zdrowie jest czymś, czego warto życzyć każdemu. Przynajmniej ja tak uważałam i miałam ogromną nadzieję, że mój podarek przypadnie naszemu władcy do gustu.
Miałam przy sobie jeszcze inne, mniejsze drobiazgi. Ledwie suszone listki o przyjemnym aromacie. Chciałam je podarować kilku znajomym i ważnym dla mnie jednak osobom.

Aria
Już od dłuższego czasu mojego partnera nie było od świtu do zmierzchu. Zajmował się jakimś ważnym wydarzeniem. Od strażników dowiedziałam się, iż jest to przyjęcie upamiętniające stopienie śniegu przez pewne białe szczenię. Święto to odbywa się raz na kilkanaście lat - wtedy, kiedy na niebie, nad Glacies, błyszczy duża gwiazda. To właśnie tam jest odprawiana uroczystość. Wilki obdarowują się upominkami pod przyozdobionym świerkiem. Pomyślałam, iż udam się tam razem ze szczeniętami. One jeszcze nie odpakowały prezentu od Ikelosa, więc byłby to dobry podarunek. Kiedy wstałam, od razu obudziłam szczenięta.
- Wstawajcie, dzieci. Dzisiaj idziemy na święto z okazji pojawienia się pewnej gwiazdy. Po drodze opowiem wam całą historię związaną z nią. Dostaniecie tam prezenty. - uśmiechnęłam się do nich.
Szczenięta zapiszczały radośnie, po czym podążyły za mną. Udałam się do stołówki, ponieważ hałasujące młode przeszkodziłyby w polowaniu. Wzięłam stamtąd spory kawałek jelenia i zaczęłam go spożywać razem z dziećmi.
Skończyłam właśnie tłumaczyć po co właściwie idziemy do mroźnej krainy. Już widać było lodowe rzeźby odbijające w sobie czerwony ogień. Na niebie powoli pojawiały się gwiazdy, lecz jeszcze nie ta, której wszyscy oczekiwali. Z sześcioma pakunkami podeszliśmy do złocistego drzewa. Położyłam je pod nim, a gdy Lee chciała już złapać się za otwieranie ich, chwyciłam ją za kark. Odstawiłam na obok.
- Jeszcze nie, kochanie. Dopiero później. - powiedziałam stanowczo.

Urian
Wszyscy bardzo cieszyliśmy na wycieczkę. Mama co prawda mówiła coś o gwiazdach i takich tam, ale mało mnie to interesowało. Fajniejsze było to, że można się tu było bawić! Było tyle fajnych, ciekawych rzeczy! Tak dużo zapachów i kształtów.
Węszyłem zaciekle, co chwilę doskakując do nowego śladu, który aż promieniował ciekawym zapachem. Jeszcze nigdy tu nie byliśmy, a do tego było tu tak dużo wilków. Dużo, dużo więcej niż jest w pałacu i w ogrodzie. Chciałem ich poznać, dowiedzieć się kim są, co robią. Może mogliby się ze mną pobawić? Albo może mają coś ciekawego? Lubiłem na przykład różne błyszczące rzeczy, były ładne i robiły czasami takie śmieszna skierki, jak się nimi ruszało przy ogniu.
Od razu spodobała mi się lodowa rzeźba. Był to sporych rozmiarów smok. Zacząłem więc przedzierać się przez zaspę, żeby skrócić sobie drogę. Co prawda łapki zagłębiały mi się w śniegu i musiałem podskakiwać jak piłeczka, żeby widzieć w ogóle gdzie zmierzam, ale parłem uparcie do przodu. I byłbym dotarł do celu, gdyby nie mama, która postanowiła mnie pochwycić i przypomnieć mi, że mamy się nie rozdzielać i nigdzie jej nie uciekać.
- Ale ja chcę zobaczyć błyszczącego smoka! - zawołałem. - Mamo, ja chcę! Chcę! - powarkiwałem.
Dlaczego mama musiała zepsuć mi zabawę, a do tego kazała nie podbiegać do obcych. To jak my się mamy z nimi niby bawić, co? To bez sensu. Dorośli są czasem niemożliwi!

Ash
Leżałam w kącie jaskini w swoim skórzanym posłaniu. Futro z którego miałam zrobione legowisko, było miękkie i cieplutkie. Przytuliłam się do niego bardziej, ugniatając przednimi łapami jego brzeg. O tak... Pomrukiwałam z rozkoszą, kiedy usłyszałam dziwne dźwięki dobiegające z daleka. Otworzyłam oczy i wyskoczyłam z legowiska, czując jak bardzo ścierpły mi łapy. Zaczęłam dreptać w miejscu, czując się coraz lepiej. Zaczęłam iść powoli przez tunel, aż wyjrzałam na zewnątrz, a mróz zaczął szczypać mnie w nos. Dźwięki były teraz o wiele głośniejsze. Zaciekawiona zaczęłam iść w stronę ich źródła. Śnieżynki spadały na moje futerko, przez co zadrżałam. Ale było to spowodowane jedynie tym, że niedawno spałam. Byłam przecież przyzwyczajona do takich klimatów. Po chwili moim oczom ukazały się wilki, chodzące tu i tam. Gdzie nie gdzie wisiały jakieś ozdoby, pewnie wykonane przez naszych artystów. Uśmiechnęłam się niepewnie. Święta! Zabawa! Prezenty!
Nagle dostrzegłam waderę, wydającą się dziwnie znajomą. Ah, przecież to cesarzowa. Kiedy spotkałam się z Ikelosem, a następnie z cesarzem, coś o niej wspominali. Wiedziałam też o niej od różnych wilków. Nie wiedziałam do końca co się działo, bo ostatnio leżałam chora* i dopiero niedawno medycy pozwolili mi normalnie funkcjonować. I akurat na imprezę. Szczęście w szczęściu, cóż, Arcanus mnie najwyraźniej polubił.
Tym razem jednak zauważyłam obok niej grupkę szczeniaczków. Wypadałoby jej pogratulować, może przywitać się ze szczeniakami. Tak, idealny pomysł.
- Witaj, Ario. Yghym... Teraz już cesarzowo. Gratuluję dzieci. - uśmiechnęłam się do młodych, następnie kiwając jedynie głową, oddalając się od nich.
Gratulacje, odhaczyć. Powitanie przybywających i bawienie się, nieodhaczone. Zmarszczyłam nos. Poczułam, że mogłabym zjeść chociaż malutką przekąskę. Podeszłam do stołu nakrytego skórą i smacznie wyglądającymi potrawami. Zjadłam doprawiony kawałek zająca, który był tak dobry na jakiego wyglądał. Trzeba powiedzieć wilkom robiącym tę imprezę, że naprawdę się postarały. Oj, naprawdę! Skończyłam jeść i jak dobrze wychowany mieszkaniec Arcanterry, dopiero teraz odeszłam od stołu, rozglądając się. Nie było tu aż tak ciekawie jak się zapowiadało. Gdzie nie gdzie chodziły wilki, ale nie widziałam żądnych znajomych pysków. Była jakaś puszczona muzyka, ale co to za zabawa bez jakichś specjalnych atrakcji? Mimo wszystko usiadłam, czekając cierpliwie, aż coś zacznie się dziać. Może występy zostawili na koniec.

Ikelos
Skoro Red Rose ogłosił spotkanie z okazji pamiętnej gwiazdy i tajemniczego szczenięcia, postanowiłem wpaść tam na chwilę. Tak tylko, żeby się rozejrzeć i choć przez chwilę poobserwować Arię ze szczeniętami. Wiedziałem, żeby lepiej nie wdawać się z konwersacje z szarą, ponieważ miała przy sobie swojego ukochanego, który no cóż... nie należy do najspokojniejszych istot. Jestem ciekaw, którego ze swych synów wybierze na zastępcę, bowiem po nim nie spodziewałbym się tej decyzji. Wolałby, żeby panowało bezkrólewie, albo żebym wymyślił mu jakiś kamień filozoficzny.
Już o świcie ruszyłem w podróż na mroźne tereny, bowiem z wioski droga jest dłuższa niż z zamku. Postanowiłem zabrać ze sobą drobne upominki, takie jak kamienie teleportacyjne dla szczeniaków. Teraz im się to nie przyda, jednak jak dorosną ułatwi im to podróże, byleby nie byli zbyt leniwi. Nie chciałbym, żeby przeze mnie mieli problemy z wagą.
Na miejscu ułożyłem skórzane paczki z imionami, narysowałem tam rozmaryn, liścia, kolbę, słoneczko, urnę oraz aniołka. Patrząc tak na podarunki, moje i innych zamyśliłem się. Czy byłbym dobrym ojcem?

Red Rose
Dzisiaj obudziłem się wcześniej niż Aria, ponieważ musiałem jeszcze załatwić kilka spraw, a mianowicie samą uroczystość. Ogłoszenia, tańce, poczęstunek i w końcu podarunki. W dodatku dla dzieci rozkazałem przygotować przedstawienia, które pokazywały historię tej gwiazdy. Wszystko oczywiście zostawiłem w łapach komików i miałem nadzieję, że nie zepsują tej szansy. Coś pójdzie nie tak, to wtrącę ich do lochów. Rzadko kiedy gwiazda ta się pojawia, więc to naprawdę ważna uroczystość.
Udałem się na miejsce spotkania, gdzie zastałem przygotowania. Wszystko szło idealnie i nawet stroje były naszykowane. Jestem dumny z moich poddanych.
Nim się obejrzałem, była już odpowiednia pora, która sprowadziła na mroźne tereny kilka gości, w tym moją ukochaną ze szczeniętami. Wadera położyła jakieś pakunki pod drzewkiem. Hmm, czemu ja o niczym nie wiem?

Foxy
Jakiś czas temu dowiedziałam się o imprezie, więc nie mogłam przegapić takiej okazji, prawda? Kto wie, może czarnuch będzie i jakoś rozkręcimy to towarzystwo? Kilka łyków soku z Gokuune załatwi sprawę, co jak co, ale ten trunek jest przepyszny i bardzo fajnie się po nim czuję. Mam nadzieję, że przygotowali odpowiednią ilość na święto.
Około południa wybrałam się do rzemieślnika po mój płaszcz i kwiatowe zdobienia, a następnie w swojej komnacie poczęłam przygotowania. Kwiaty były zamoczone w jakimś płynie, który sprawiał, że nie więdły i wyglądały bajecznie, w dodatku posypano je srebrnym pyłem. Za pomocą telekinezy nałożyłam na siebie świecący, niebieski kawałek materiału i obwiązałam się złotymi wstążkami, by mi nie przeszkadzał. Wystarczyło teraz przykleić do futerka kwiaty i będę tam najpiękniejsza!
Kiedy wszystko było już gotowe, wyruszyłam w drogę. Powolnie, bowiem damie wypada się spóźnić, zwłaszcza jeśli wygląda tak ślicznie jak ja. Na miejscu zastałam kilkanaście wilków i bajeczne dekoracje. Nim się obejrzałam, miałam obok siebie napalonych samców. Szykuje się niezła libacja.

Zeconi
Rano mama obudziła nas i oznajmiła, że dzisiaj dostaniemy prezenty! Tak, kocham prezenty! Nie dyskutując, zrobiłem wszystko co kazała mi mamusia i nawet nie marudziłem, kiedy bolały mnie nóżki. Historia opowiedziana przez rodzicielkę jednak nie była taka ciekawa, nie rozumiałem zbytnio o co w niej chodziło, więc zadawałem mnóstwo pytań do czasu, aż nie doszliśmy na miejsce.
Było tam naprawdę pięknie, chciałem iść polizać rzeźby, jednak bardziej skupiłem się na prezentach, które wyciągnęła mama.
- To dla mnie? - zapytałem, a kiedy szara wadera skinęła głową, chciałem zabrać się do rozpakowywania. Niestety, moje czyny nie doszły do skutku, bowiem mama złapała mnie za kark i wyjaśniła, że dopiero będą otwierane, kiedy pojawi się pewna gwiazda. Spojrzałem w niebo i zobaczyłem kilkanaście gwiazdek, które jak dla mnie wyglądały tak samo. Pytań nie było końca.
- Czy to ta!? Czy to ta? A może tamta? Która to gwiazda!? Mama! - krzyczałem, biegając wkoło, cały czas patrząc się w górę. Nagle coś mi przeszkodziło, a ja upadłem na tyłek.
- Kim jesteś? - zapytałem tajemniczego wilka.

Rue
Od początku dnia zastanawiałam się, czemu większość wilków wychodzi z zamku. Każdy z nich podążał w tą samą stronę. Może jakiś nieoczekiwany gość się zjawił? Albo jakiś kosmiczny głaz spadł na ziemię? A może las się pali? Ah! Tyle pomysłów, a nie wiadomo, czy któryś z nich jest prawidłowy. Byłam tego bardzo ciekawa, więc gdy zauważyłam, że jakieś troje czarnych wilków idzie w tamtą stronę, to podążyłam za nimi.
Po dość długim spacerze znalazłam się przy lodowej krainie. Było tu mnóstwo mieszkańców Arcanterry. Co parę kroków znajdowały się figury wykonane z lodu. Wzdłuż "dreptaka" stał ogromny stół z różnorodnym jedzeniem. Nie byłam głodna, więc nie skorzystałam z poczęstunku. Chwilę namysłu przerwało mi coś, co uderzyło mnie w tylną łapę. Popatrzyłam w tamtą stronę lekko zdziwiona. Ujrzałam szarego szczeniaka. Patrzył na mnie trochę przestraszony. Posłałam mu ciepły uśmiech, na co się uspokoił.
- Hej, malutki. Czyżbyś się zgubił? - zapytałam.

Issar
Tak, tak, tak! Nareszcie jakaś impreza, nareszcie trochę zabawy! Byłam taka szczęśliwa i nakręcona na te całe gwiazdkowe uroczystości już od chyba całego tygodnia, mój niebieski, pomarszczony kostium i inne gadżety miałam gotowe już kilka dni przed imprezą, a przecież raczej nie należę do tych pracowitych, mam przykry podobno zwyczaj zostawiania wszystkiego na ostatnią chwilę... Tak czy inaczej, w Glacies pojawiłam się o poranku, by pomóc w ostatnich przygotowaniach. Podobno prace nad dekorowaniem tego miejsca trwały już od kilku dni, ale ja przecież nie będę nosić stołów ani nic, zostawiłam sobie tylko tą przyjemność tworzenia ostatnich dekoracji i błyskotek. Potem wiadomo, szybko do zamku się wyszykować, a potem biegiem wracać do Lodowej Krainy, by wreszcie sobie potańczyć, pośpiewać, pobawić się, poznać kogoś nowego! Na miejscu znalazłam się po zmierzchu, cała zdyszana, ale uśmiechnięta. Chciałam upatrzyć sobie kogoś w tłumie, by się przywitać i zaproponować zabawę, a w końcu dokonałam wyboru i zaczepiłam jakiegoś losowego wilka.
- Hej, jak się bawisz? - spytałam rozentuzjazmowana

Zeconi
Spojrzałem na śliczną białą waderę, która zapytała czy się zgubiłem. Ja? Zgubiłem?! Rozejrzałem się za mamą i zauważyłem jak z kimś rozmawia. Jeśli widzę mamę to chyba się nie zgubiłem prawda?
- Nie. - odparłem wesoło, przyglądając się większej postaci bardzo dokładnie. Miała dziwne oczy. Nigdy nie widziałem wilka, który miałby zamknięte niebo w tych dwóch kuleczkach.
- Czemu masz takie oczy? - zapytałem zdziwiony i jednocześnie zainteresowany tym faktem. Przeważnie widziałem wilki, które miały taki sam kolor jak ja lub takie zwykłe. Ona była śliczna! Usiadłem przed nią, cały czas wlepiając gałki w te piękne szafiry. Tata ma ich pełno w komnacie! Jak będę mógł sam wychodzić na zewnątrz to na pewno dam jej jeden taki kamień.

Rue
Zaśmiałam się cichutko pod nosem. Ten szczeniak był przeuroczy! Sama za młodu marzyłam o posiadaniu dzieci, lecz z wiekiem ten cel jakoś zamazał się w mojej pamięci. Niby lubię młode, lecz to nie na moje nerwy. Za dużo przy nich opieki. Basiorek usiadł, więc i ja to poczyniłam.
- Po prostu. - odparłam. - Takie odziedziczyłam po rodzicach. - dodałam, z lekkim westchnieniem.
Ah... Rodzice... Nigdy ich nie pamiętałam. Wychowywałam się u lisów, które raczej w żadnym aspekcie nie były do mnie podobne. Byłam od nich większa oraz jaśniejsza. Niestety wraz z rozpoczęciem się moich problemów z żywiołem, postanowili mnie wyrzucić. Od tak, bo stanowiłam dla nich zagrożenie. Niby dali mi schronienie na czas dzieciństwa, ale jednak więzi do czegoś zobowiązywały. Choć czy oni tak na prawdę mnie kochali? Nie mam pojęcia. Pewnie Lar* otoczyliby opieką gdyby coś takiego jej się przydarzyło. Co się stało to się nie odstanie. Trzeba żyć teraźniejszością, nie przeszłością. Na szczęście udało mi się opanować wodę, więc teraz sobie radzę.
- A-ale przecież każdy wilk ma takie szare albo brązowe! - zaprzeczył.
Szczenię zilustrowało mnie od góry do dołu, szeroko otwierając pysk.
- T-ty... Jesteś duchem! - krzyknął, zwracając na siebie uwagę poszczególnych wilków.
Ponownie zachichotałam. Ten młody na prawdę mnie nie rozśmieszał.
- Jeśli tak uważasz... Ale nie bój się. Jestem dobrym duchem. - odparłam wesoło.
Samiec nadal był zdziwiony tym faktem. Zauważyłam, iż coraz więcej mieszkańców tej krainy zbiera się przy oddzielonym, drewnianym podeście. Na scenę wychodzili komicy.
- Chodź, spektakl się zaczyna. - zaproponowałam. - ...albo wróć do mamy. - dorzuciłam prędko.
Czułam się odpowiedzialna za to dziecko. Nie mogłam go samego zostawić. 

Na scenę wyszedł jeden z komików, w pięknym płaszczu z kapturem. Podszedł on bliżej i usiadł gdzieś z brzegu sceny, po czym zaczął opowiadać, a każde jego słowo nabierało rzeczywistości. Reszta przyjaciół naszego narratora była ubrana w cudownie wykonane stroje, by jak najbajeczniej przedstawić historię pewnego szczenięcia. Mieszkańcy Arcanttery słuchali ich z zachwytem i podziwiali magiczne efekty specjalne. Nawet szczenięta zainteresowały się tą historią, chociaż kto wie? Może bardziej ciekawiły ich te sztuczne ognie i brokat?
Wszyscy świetnie się bawili, pili, jedli, tańczyli i podziwiali wszystko wokół, oczekując rozbłysku gwiazdy, który miał nadejść lada chwila. Słońce schowało się za horyzontem, a księżyc powolutku wychodził z ukrycia. Kaprale zapalili magiczne kamienie świecące, bowiem robiło się coraz ciemniej. Wtem niebo rozbłysło, tak jak nigdy dotąd. Było jasno jak za dnia, a wszystkie oczy tu zgromadzone podziwiały piękno tego zdarzenia. Światło docierało do zmrożonych kropelek, które mieniły się niczym diamenty... magicznie... Czy to już czas na prezenty i życzenia?

Ikelos
Uważnie przyglądałem się przedstawieniu, bowiem nigdy jeszcze nie widziałem czegoś tak pięknego. Te stroje, dopracowane efekty i dekoracje. Było naprawdę bajecznie! Miło było przypomnieć sobie tą historię od nowa i to w takim wykonaniu. Czyżby to było moje drugie święto tajemniczej gwiazdy? A może trzecie? Nie pamiętam już, jednak to chyba utkwi w mej pamięci.
Po spektaklu udałem się coś zjeść i posłuchać pieśni bardów, kiedy nagle coś mnie oślepiło. Tak, to gwiazda rozbłysła! Spojrzałem w niebo, a następnie rozejrzałem się po terenie. Pora na życzenia i prezenty! Udałem się do drzewka, po moje sześć pakunków i zacząłem rozglądać się w poszukiwaniu Arii.
- Cześć. - przywitałem się, dość nieśmiało. Nie wiem przecież czego mogę się spodziewać po bracie.
- Chciałem złożyć ci życzenia, a mianowicie... dużo szczęścia, tak wiele ile mieści się w tych sześciu puchatych kulkach, zdrowia, bo na nasze lata się bardzo przydać może, no i... - przerwałem na chwilę. Czy powinienem? - miłości, takiej jakiej zawsze chciałaś. - dodałem, z opuszczoną głową.
Nim wadera zdążyła mi odpowiedzieć, jedno ze szczeniąt zapytało co trzymam w torbie. Uśmiechnąłem się do nich, po czym wyciągnąłem za pomocą telekinezy podarunki i wręczyłem każdemu z nich, zgodnie z narysowanym znakiem. Zawsze mogą zatrzymać ten kawałek skóry dla siebie.
- Wszystkiego najlepszego od wujka. - odparłem z uśmiechem.  

Red Rose
Przez całe przyjęcie byłem otoczony pięknymi i młodymi waderami, które zadbały o to, bym się bawił jak najlepiej. Jedna nawet zaproponowała mi krótki spacer, w wiadomym celu. Dlaczego miałbym nie skorzystać? Całą zabawę zniszczyła nam ta cholerna gwiazda, wiadomo... król i przemówienia z okazji rozbłysku. Szybko skończyłem to co zacząłem i liznąłem ją w pysk, po czym wróciliśmy na miejsce przyjęcia.
Wszedłem na scenę i zaczęła się ta cała paplanina, standardowo, że zdrowia, że szczęścia i miłości. Prościzna. Kiedy zszedłem i zamierzałem znaleźć Arię, przeszkodzili mi mieszkańcy, który koniecznie chcieli porozmawiać z władcą. Ludu się nie wybiera, także szarą znajdę później.

Foxy
Przez całe przyjęcie zabawiałam przystojnych samców, aż w końcu udało mi się dojść do cara. Teraz to już nie było mowy, żeby mnie opuścił. Wystarczyło pozbyć się konkurencji i innych panienek, więc szepnęłam mu kilka słodkich słówek na uszko. Długo nie trzeba było czekać na rezultat, bowiem nasz władca to zwykły prostak, ale ta ranga... hmmm. Idealny do mojego spisu.
Udaliśmy na spacerek, zrobiliśmy co trzeba a potem jakby nigdy nic wróciliśmy na miejsce imprezy. W sumie, znam lepszych w tych sprawach. Teraz mogę spokojnie wrócić do kontynuowania mych zabaw, ale najpierw życzenia. Oczywiście, ja ich składać nie będę, a jednie przyjmować. Od czasu do czasu szepnę coś sprośnego, o ile samiec mi się spodoba.

Urian
Zacząłem niuchać za bratem. Jak to tak, że mnie to nie pozwoliła mama nigdzie iść, a on sobie gdzieś polazł?! Znajdę go i zobaczę co robi i tym razem mama mnie nie powstrzyma!
Wciągnąłem zimne powietrze w nosek i kichnąłem parę razy, ze aż mną zatrzęsło. W głowie zrobiły mi się takie dziwne wirowania... To było śmieszne... Ale dobra, trzeba się skupić. Znalezienie tropu brata łatwe nie było, bo wszędzie ktoś chodził, a zapachów było tyle, ze aż się w głowie od nich kręciło, ale w końcu dałem radę. Nosek zaprowadził mnie na tyle blisko, że mogłem wreszcie dostrzec Zeconiego. Nie był sam. Siedział i wlepiał patrzałki w białą wilczycę przed sobą. Przypatrzyłem się chwilę, przekręcając przy tym łepek. Zaraz jednak zacząłem się skradać i nim mój brat zdał sobie sprawę co się dzieje, leżał już pode mną z głupkowatą miną, na którą roześmiałem się głośno.
Brat warknął na mnie i zrzucił mnie z siebie. Burknął coś przy tym o tym, że wstyd mu robię i mam sobie iść. Wlepił przy tym maślane oczy w wilczycę spoglądająca na nas z uśmiechem.
Ryknąłem śmiechem, bo zrozumiałem w czym rzecz.
- Coni się zakochał! Zakochana para...! - zaszczekałem i zacząłem podskakiwać wokół brata, podśpiewując i śmiejąc się przy tym.  

Zeconi
Do mamy? Nie chcę iść do mamy, wolę spędzić czas z nią. Szczeknąłem dwa razy, ukazując moje niezadowolenie, po czym z dumą udałem się ku przodowi. Wadera musiała za mną iść, bo co jak co, jak się zgubię to będzie jej wina i wszystkim o tym powiem. Tata nie lubi jak ktoś go nie słucha, a ja jestem taki jak tata.
Usiadłem gdzieś z przodu sceny i zacząłem wpatrywać się w to, co się na niej dzieje, a moja biała koleżanka siedziała obok mnie. Kiedy opowiadanie się zakończyło, zacząłem patrzeć się na nią i mówić, że ma bardzo ładne oczy i też bym takie chciał. W tym momencie przerwał mi mój głupi brat! O nie, tak to nie będzie! Warknąłem dwa razy i zacząłem go gonić, kiedy prawie go dorwałem, coś mnie oślepiło, jednak nie tylko mnie. Usłyszałem krzyki brata, który nawoływał mamę, więc i ja również to zrobiłem. Po chwili poczułem, że ktoś mnie łapie za kark. Czemu to tak mocno świeci!
Zrobiło się troszkę ciemniej, więc otworzyłem oczki i ujrzałem, że to cień mamy i wujka, który dał nam jakieś kamyczki. Niestety, nie da się ich gryźć. Ała.

Wilcze serca rozpaliły się i już po chwili każdy członek otrzymał najszczersze życzenia i malutkie, niepozorne upominki, ale jakże wielkie! Liczy się bowiem gest, nie przedmiot. Śmiechom i tańcom końca nie było, jednak biesiada trwać wiecznie nie może. Z rozkazu władcy wystrzelono w niebo magiczne ognie, które przybierały najróżniejsze kolory. Czegoś tak pięknego jeszcze nie było! Niebo rozbłysło ponownie, jednej nie jaśniej, niż nasza tajemnicza gwiazda.
Dzisiaj już nikt nie zdoła posprzątać tego bałaganu, jednak bałagan nie zając, nie ucieknie. Odpocznijcie moi mili, cieszcie się magią jaką nas odwiedziła, a jutro... no cóż, trzeba zabrać się za robotę.

piątek, 30 grudnia 2016

Foxy - Leczenie

Po walce z czarnym samcem spędziłam dość dużo czasu w sali medycznej na Solitudine, zresztą on też. Miałam bardzo dużo czasu na poznawanie innych pacjentów, bowiem co chwila jakiś basior mnie zagadywał. Kto by pomyślał, że jest tu tak sporo przystojniaków i w dodatku wojskowi, uuu. Przypomniały mi się czasy plemiennego życia, chociaż zaraz po tych dobrych chwilach nęka mnie mój synek. Ciekawe co tam u niego, hmm?
- Kolejna porcja leków. - oznajmiła medyczka i postawiła mi miskę z wodą obok posłania. Skinęłam jedynie głową na znak, że dziękuję, po czym przyjrzałam się specyfikom. Sporo tego... i w dodatku nie wszystkie są dobre. Westchnęłam i zabrałam się za łykanie.
Kątem oka zauważyłam, że czarny basior się przebudził, a raczej został obudzony, bo pora na zmianę opatrunków i leki. Mnie także odwiedziła jakaś praktykantka w celu zmiany bandaży. Kiedy było już po wszystkim, postanowiłam wstać z posłania i poczłapać się na stołówkę. Zostanę tu jeszcze trochę, a potem dam sobie radę.

Rue - Trening zręczności

Już od rana krzątałam się po całym zamku. Medycy odpuścili mi ten tydzień, więc miałam wolne. Postanowiłam wykorzystać ten czas pożytecznie. Chciałam zaprosić moją czarną znajomą na wspólny trening. Był jednak jeden problem; nie wiedziałam, gdzie ona ma swoją komnatę. Z tego co mi wiadomo mieszkała tutaj, gdyż nie jeden raz ją widywałam w tej majestatycznej budowli. W końcu postanowiłam udać się do jakiegoś strażnika z prośbą o pomoc.
- W-witaj. - zagadałam nieśmiało. - Czy mógłbyś mi pomóc z odnalezieniem pewnej wadery? Ma na imię Sarissa, niestety nie znam jej przydomku, aczkolwiek wiem, iż jest czarna oraz mieszka w zamku. - dokończyłam.
Basior zmierzył mnie od góry do dołu. W jego oczach zabłysnęły iskierki zachłanności. Czekaj... Czy on właśnie oblizał sobie pysk? Ani trochę nie rozumiem samców.
- Oczywiście. Dla takich dam wszystko. - odparł kulturalnie, po czym wyjął jakiś kamień.
Dotknął głazu, a on wysłał prawie niewidzialną, błękitną smugę światła dookoła nas. Chwilę później wydał nieznajomy mi dźwięk.
- Wadera, której poszukujesz, znajduje się na drugim piętrze, w pierwszej komnacie po prawej od pokoju cesarza. - oznajmił.
- Dziękuję. - odpowiedziałam i pospiesznie udałam się na górę.
Czułam na sobie wzrok strażnika, jednak to zignorowałam i szybko pokonałam schody. Następnie przeszłam małą odległość i znalazłam się przed tym pomieszczeniem. Sarissa wyglądała na skromną, a tutaj zdziwienie, ponieważ mieszkała na najbardziej szlacheckim piętrze. Zapukałam w drewniane drzwi, a później je delikatnie pchnęłam.
- Sarissa...? - zapytałam niepewnie.

Sarissa
Siedziałam w komnacie, wszędzie wokoło porozkładane były rośliny. Zaraz obok znajdowały się płaty czystej skóry, którą dostałam od miejscowego rzemieślnika. W zamian za to oddałam mu pęk potrzebnych mu ziół.
Skórę smarowałam delikatnie żywicą i wklejałam na nią zioła, żeby później starać się gryzmolić pod roślinami obrazki mające na celu przypomnieć mi co i do czego służy. Nawet jeżeli mogłam korzystać z biblioteki, to wolałam mieć swoje własne przypomnienia i najlepiej zawsze przy sobie. W ten właśnie sposób w końcu leżały przede mną zapełnione stronice. Na jednych wyrysowałam czaszeczki z dodatkowymi obrazkami przedstawiającymi kałużę krwi lub wilczy łeb toczący piane z pyska, na innych znów wilki, które coś bolało i uśmiechnięte mordki do tego, żeby było wiadomo, że to lek. Przynajmniej ja tak to widziałam, bo talent miałam taki, że żaden i dla innych pewnie były tu zwyczajnie różnej wielkości plamy.
Odwróciłam się, bo drzwi do mojej komnaty ktoś otworzył. Nie było to łatwe, bo nieźle się zawaliłam milionem rzeczy i ciężko mi było z tego mojego bałaganu wyjść.
- Rue! - ucieszyłam się na widok białej wilczycy i podeszłam do niej ostrożnie, żeby nie wywrócić atramentu i nie narobić większego bałaganu. Zdecydowanie będę musiała tu posprzątać.
- Hej... Przeszkadzam ci? - spytała zerkając za mnie.
- Nie - rzuciłam z uśmiechem. - Już kończyłam. Tylko to nieco sprzątnę i będę do twojej dyspozycji, dobrze?
- Pomogę - zaoferowała ochoczo i już wkrótce wszystko miało względnie swoje miejsce. Zapiski schły przy oknie, farba i reszta skór wylądowały w kufrze, a zbędne rzeczy w kuble z odpadkami.
- Dziękuję za pomoc. - usiadłam wreszcie, oglądając dokładnie czy czegoś nie przeoczyłam.
- Nie ma za co, a teraz, skoro masz chwilkę czasu, może wybierzemy się na trening? Poćwiczymy zręczność? - spytała.
- Z chęcią! - wstałam gotowa do drogi. - Masz na myśli jakieś konkretne miejsce do treningu? Przyznam szczerze, że póki co kursuję tylko od biblioteki, do lasu i tutaj... - lekko się skrzywiłam, bo moja orientacja w zamku jeszcze kulała i zaczynałam wątpić, że kiedykolwiek będzie inaczej.

Rue
Od razu na myśl przyszło mi pole treningowe. Ponoć jest najlepsze, gdyż czuwasz pod czujnym okiem wojskowych. Tam też postanowiłam się wybrać razem z waderą.
- Myślę, że pola treningowe będą w sam raz. Niestety trochę długo się tam podróżuje, aczkolwiek mi to za bardzo nie przeszkadza. - odparłam z delikatnym uśmiechem.
Czarna wilczyca kiwnęła głową na znak, iż się zgadza.
- Musimy się jakoś przygotować. Niby już znieśli zakaz polowania, lecz ja jednak wolę aby podróż nam sprawniej szła, bez postojów na zdobywanie mięsa. - dodałam.
- Wezmę ze sobą trochę pożywienia. Ty też jakieś przygotuj. Spotkajmy się przed zamkiem równo o porze, w której słońce znajduje się w najwyższym punkcie na niebie. - oznajmiłam wychodząc.
Rzuciłam jeszcze szybkie pa i pobiegłam do mojej komnaty. Podeszłam do torby, po czym ją na siebie założyłam. Coś jeszcze mi się przyda? Chyba nie. Nie mam w tej komnacie praktycznie nic. Jak wrócę z treningu to się tym zajmę. Powędrowałam do spiżarni. Możliwe, że jeszcze coś zostało z okresu niedostatku. Uf! Na szczęście nie myliłam się. Zgarnęłam parę płatów mięsa i udałam się przed kamienną budowlę. A może by tak jeszcze jakieś ziółka? Dobry pomysł. Domek zielarza był niedaleko, więc tam skierowałam kroki.
Dotarłszy do celu, weszłam do domku. Stary basior powitał mnie sympatycznie.
- W czym mogę służyć? - zapytał.
- Poproszę jakieś leczące zioła na rany czy coś. Wybieram się w podróż, a myślę, iż na wszelki wypadek się przydadzą. - odpowiedziałam.
Samiec wygrzebał z kufra białą fiolkę.
- To aloes. Używa się go zarówno na rany jak i bóle wewnętrzne. - wytłumaczył.
Kiwnęłam głową i pospiesznie wróciłam pod zamek. Czekała tam już moja czarna znajoma - Sarissa.

Sarissa
Bardzo cieszyłam się na możliwość spędzenia czasu z Rue. Wilczyca była przemiła. Zawsze uprzejma, skora do pomocy. Budziła moją bezsprzeczną sympatię i miałam nadzieję, że będzie tak już zawsze.
Wizja samego treningu także bardzo mnie ekscytowała. Zastanawiałam się co będziemy robić. Jakie były te pola treningowe? Gdzie dokładnie się znajdowały? Nie za bardzo wiedziałam, ale miałam pewność, że w towarzystwie białej wilczycy wszystko będzie w porządku. W końcu razem wszystko wydaje się prostsze.
Spakowałam jedzenie, sporą ilość ziół, których zawsze miałam pod dostatkiem i mogłam ruszać.
Na umówionym miejscu byłam pierwsza. Nie przeszkadzało mi to wcale. Zawsze wolałam nieco poczekać i niemal nigdy nie zdarzało mi się spóźniać, szczególnie kiedy byłam czymś podekscytowana tak, jak choćby teraz.
- Witaj - rzuciłam z uśmiechem do Rue, kiedy ta zbliżyła się do mnie. - To... w którą stronę?
- Chodź - poprosiła i ruszyła przodem.
- Czasami mnie zadziwia jak mało rzeczy tu jeszcze widziałam... - odezwałam się, przerywając ciszę. - Nawet w zamku ciągle się gubię... Ledwo udaje mi się dotrzeć do biblioteki, albo uprosić kogoś, żeby wskazał mi drogę do wyjścia - zaśmiałam się nieco nerwowo, przerażona tym, jak wielką ciapą potrafię czasami być. Rue też się zaśmiała, widocznie rozbawiona, choć jej śmiech nie był pozbawiony życzliwości.
- Niezbyt długo mieszkasz w zamku, co? - spytała.
- Nie... I szczerze mówiąc nigdy bym nie pomyślała, że kiedykolwiek zamieszkam... - wadera spojrzała na mnie pytająco, więc kontynuowałam. - Spotkałam w lesie Red Rose... Pomogłam mu znaleźć kwiat miłości... Jakoś tak to się wszystko poukładało, że poprosił, żebym zamieszkała w zamku. Czasami wątpię, żeby było to miejsce dla mnie, ale jest tam naprawdę przyjemnie.
Szłyśmy dalej, wymieniając się spostrzeżeniami i opowiadając sobie nieco tego, co nas spotkało do tej pory. W końcu jednak przyszło nam się zatrzymać, bo naszym oczom ukazały się pola treningowe.
- Jakie to... wielkie - stwierdziłam oniemiała widząc konstrukcje, na których można było rozwijać rozmaite umiejętności. - To od czego zaczynamy?

Rue
Nie spodziewałam się, że tak szybko natrafimy na te pola treningowe. Myślałam, iż są parę dni drogi stąd. Chyba coś przekręciłam w wiadomości od znajomego, ale to nie ważne, każdy popełnia błędy. Grunt, że nie trzeba będzie tak długo iść. Chociaż... Przypomniałam sobie właśnie. Basior mówił o tym, iż tu i tu znajdują się miejsca treningu - to bliżej mniejsze, a to dalej większe. Wow! Jakież tamto centrum musiało być ogromne. Otrząsnęłam się, gdyż wadera zapytała od czego zaczynamy.
- Myślę, że skupimy się na treningu zręczności; tak dla rozgrzewki. Co powiesz na armatki wodne? - odparłam.
Sarissa kiwnęła głową, przystając na moją propozycję. Podeszłyśmy do pierwszego strażnika z prośbą o nakierowanie nas na odpowiednie miejsce. Powiedział, iż to ten kwadrat zaznaczony na biało. Wytłumaczył również, że trzeba będzie unikać wody. Udałyśmy się tam, a trening rozpoczął się.

Sarissa
Szczerze mówiąc to jeszcze nigdy nie byłam w takim miejscu. Nie trenowałam w taki sposób i nieco obawiałam się, że nie dam sobie rady, szczególnie, kiedy pierwszy strumień wody wylądował centralnie na moim pysku. No ładnie, ładnie... Trening idzie mi świetnie!
Przed kolejnym atakiem uskoczyłam... no prawie, bo część wody chlupnęła mi w łapę. Nawet się nie obejrzałam, a dostałam i w zadek. Tym razem naprawdę solidnie. W takich chwilach wilk się cieszy, że nie ma mrozów, bo w przeciwnym razie już zaczęłabym zamarzać na kość. Nie tylko z resztą ja, bo Rue była równie mokra co ja.
Akurat kiedy przystanęłam chwilkę, żeby jej się przyjrzeć i wilczyca na mnie spojrzała. No i wtedy znów zarobiłam tym razem w nos. Aż sobie kichnęłam i to na tyle porządnie, że łapy mi się rozjechały na mokrej powierzchni. Biała zaśmiała się głośno, widząc mój upadek i oszołomioną minę. Nie tylko z resztą ona, bo ja buchnęłam śmiechem.
- Weźmy się lepiej skupmy, bo nas tu utopią - skwitowałam w końcu, powstrzymując kolejną falę wesołości, kiedy to tym razem wodny bicz smagnął Rue.
Biała przytaknęła, ale widać było, że z tego treningu jest przede wszystkim mnóstwo zabawy. 

Rue
Czas się zabrać do tego na poważnie! Bo w końcu trening to trening, tak? Niby śmiechy i chichoty, jednak nie można zapominać po co tu się przyszło. Szybko przeanalizowałam moją sytuację. Kulka z lewej! Pochyliłam się natychmiast. Udało się. Z uśmiechem na pysku oberwałam kolejnym strzałem. Nie mogę spoczywać na laurach. Szybko otrząsnęłam się i dokładnie rozglądałam. Prawa - góra! Przód - bok! Świetnie! Niespodziewanie kolejny pocisk już prawie miał dotknąć mojego pyska, lecz go zamroziłam.
- Łoo... - jęknęłam z podziwem.
I co się stało? Znów oberwałam. Mam tego dość! W napadzie szału poczęłam skakać jak zwariowana. O dziwo udawało mi się sprawnie unikać kuli wodnych. Po jakimś czasie padłam zmęczona. W tym samym momencie krystaliczna ciecz przestała na nas napierać. Sarissa również była zmęczona. Odeszłyśmy na bok.
- Do-bry tre-ning. - powiedziałam zdyszana.
To doświadczenie było męczące, ale jednak czułam, że stałam się bardziej... zwinniejsza? Zręczniejsza? Coś pomiędzy.

Sarissa
Trening naprawdę dał mi w kość, ale kiedy wreszcie zebrałam się w sobie i starałam unikać wodnych pocisków jak należało, czułam wręcz jak moje mięśnie drżą, a płuca niemal płoną. Oszalały taniec w kroplach wody w dziwny sposób pozwolił mi się skupić. Wszystko wydało mi się na ułamek chwili łatwiejsze, zupełnie jakby moje ciało czegoś się nauczyło. Wytworzyło jakiś nawyk, który pozwalał mu reagować szybciej, sprawniej, łatwiej. Szmer z lewej, odskok... Świst z prawej i z góry, przypaść do ziemi. Nie myślałam... robiłam to, co podpowiadały mi same mięśnie.
Kiedy wodne pociski przestały być ciskane w naszym kierunku byłam o krok od wyplucia własnych płuc. Mimo to poczłapałam do Rue i opadłam dopiero obok niej.
- Muszę... chwilkę... odpocząć - wysapałam i zamruczałam zadowolona, kiedy moje zmoczone futro owiał chłodniejszy wietrzyk pozwalający odgonić odrobinkę wewnętrznego, trawiącego mnie żaru zmęczenia.
Nie tylko ja zipałam z ledwością. Biała wilczyca wydawała się tak samo zmęczona jak zadowolona z tego, co udało jej się osiągnąć. To dobrze. Cieszyło mnie to.

czwartek, 29 grudnia 2016

Olethros - Nowy początek

Nie wiem, który to dzisiaj dzień tygodnia. Pora... jakaś jeszcze jasna, nie wiem, może popołudnie? Pora roku? Glacies. No cóż. Dobry dzień, by planować morderstwo. Wszedłem powoli do Miejsca. I wciągnąłem powietrze do płuc. Posegregowałem na ziemii metale i zioła. Myślałem, by Red Rose najpierw podtruć, już jak będziemy w komnacie czy gdziekolwiek, by było więcej zabawy i dla bezpieczeństwa. Po pierwsze pod działaniem zieleniny będzie mógł najwyżej skomleć a po drugie będzie śmiesznie bredzić. A co do zabicia... chciałbym, żeby było dużo krwii, nieważne jak z niego wydobytej. Chodzi o to, żeby zostawić im wiadomość - na ścianie, na podłodze - by zobaczyli prawdziwe bóstwa i przeszli na dobrą stronę.
A propos - wyliczyłem sobie, że kara Ingrate się skończyła wczoraj i powinien już wyjść. Jak przyjdzie będzie super.

Ingrate
Cały ten mój pierwszy dzień na wolności spędziłem biegając tam i z powrotem po całej krainie, by załatwić wszystko, co miałem do załatwienia po tych tam kilkudziesięciu dniach... nieobecności. Dopiero pod koniec dnia miałem chwilę spokoju, którą mogłem przeznaczyć na odpoczynek, kiedy mogłem usiąść gdzieś pod chudym, zielonym drzewkiem i zebrać myśli. I wtedy właśnie w tej ciszy przypomniała mi się pewna sytuacja. Mianowicie, kiedy moje myśli jednak zeszły na te stresujące tematy, kiedy zastanawiałem się, jak bardzo nienawidzę rudego głupca, który mnie uwięził, to wtedy wróciłem myślami do pewnej sytuacji. Bo tam w lochach ktoś ze mną chwilę porozmawiał, odwiedził mnie. Taki jakiś basior. Najpewniej był on czarny, ale głowy nie dam, wtedy to akurat ciemno było. Ale najważniejsze jest to, co mój gość powiedział! Proponował mi zabójstwo cesarza. O kurde, co za zbieg okoliczności, ja akurat chciałem zabić cesarza! Natychmiast podskoczyłem na miejscu. No to kurczę, trzeba go odwiedzić. Koniecznie. W Glacies. Tak chyba coś mówił, że tam mam przyjść. A że ja ni w ząb nie wiedziałem, gdzie jest to Glacies, musiałem całkiem sporo czasu latać po przechodniach i wypytywać, jak dojść do wyżej wymienionego miejsca. I tak do zmroku. A zanim tam w ogóle stanąłem, to już ciemna, mroczna noc była! Potem się jeszcze okazało, że ja tam gdzieś mieszkam, ale to nie ważne, ważne było to, że ja przecież nie wiedziałem, gdzie mieszka mój ciemnowłosy kolega od spisków. Śnieg sięga za horyzont, kraina ogromna, kilometrów tyle, a ja w tym białym szaleństwie muszę gdzieś znaleźć jedną, jedyną, zaśnieżoną norę. Jakie mam szanse? Uświadamiając to sobie, westchnąłem głośno. Tak, rewolucja oficjalnie umarła.

Olethros
Spojrzawszy na zewnątrz przez dziurę w sklepieniu zreflektowałem się, że już ciemno. No tak. Mogłem chociaż czekać na niego tam gdzie trawa zaczyna być zielona. No cóż... nie pomyślałem. Ale czy było już za późno? Wyszedłem przed Miejsce i rozejrzałem się. Przynajmniej nie ma śnieżycy, ale nie zmienia to faktu, że jest ciemno choć oko wykol. A ja nawet nie mam żywiołu, który by się przydał. Powietrze. Scortum. Gdy nagle olśniło mnie! Można wykorzystać ducha... Ducha? Jak przez mgłę przypomniałem sobie incydent z przeszłości. Coś tam było z jakąś waderą i zwabieniem jej za pomocą jakiegoś nieżyjącego idioty. Nie przypominam sobie więcej, ale przynajmniej jest coraz lepiej. Wróciłem do dziury i spojrzałem tępo na znaki na podłodze. Okay. Dobra, pamiętam. Przyszykowałem rzeczy potrzebne do przywoływania i skupiłem się. Z szeptów wybrałem ten najcichszy, jednak na tyle mocny by mi pomógł. Obrządek udał się i za chwilę stała przede mną dusza. Zanim zdążyła popierdolić odezwałem się.
- Potrzebny mi jesteś, by oświetlić twym płomieniem tą ciemną noc. - wymamrotałem. Z miny jaką zrobił duch wywnioskowałem, że mu się przypodobałem i z chęcią zrobi to co mu kazałem. Dobrze, bo inne ozdobniki, czy jak to tam, nieprzeszły by mi przez gardło. Wyszedłem więc na dwór a za mną pomknęło ścierwo. Szedłem przed siebie i zaraz z nudy robiłem kręciołki powietrzem, które stawały się z upływem czasu coraz agresywniejsze. W końcu, porządnie już wkurwiony cisnąłem tornadkiem jak najdalej. No i dopisało mi szczęście. Usłyszałem lekki stęk. Pobiegłem w tamtą stronę i zaraz ujrzałem przed sobą tego czarnego basiora, który siedział wcześniej w więzieniu. Uśmiechnąłem się lekko.
- Wygodnie ci? Wstawaj i chodź. - powiedziałem. Basior wstał i zaprowadziłem go do mojego Miejsca.

Ingrate
Och, no patrzcie, czarny sam mnie znalazł! Jaa, on to jest niezły, z takim rewolucja to będzie coś łatwego i przyjemnego!
Tak więc podniosłem się ze śniegu i w ciemności kroczyłem skromnie za dużym, czarnym basiorem, który dumnie, w milczeniu kierował mnie... tak właściwie nie wiedziałem dokąd, nie miałem pojęcia, gdzie idziemy, ale co mi w końcu szkodzi mu zaufać, najwyżej stracę swoją bezwartościową głowę. Potem doszliśmy w końcu do tej jego nory, która byłam norą podobną do innych. Czarny wszedł pierwszy i rozpalił wewnątrz ogień, by cokolwiek było widać, ja w tym czasie usunąłem się gdzieś na bok, przycupnąłem sobie pod ścianą. Oderwawszy w końcu twarz od ognia, mój kolega spojrzał centralnie na mnie. Dziwnie się poczułem, więc jedyne co wpadło mi do głowy, to głośne i radosne:
- Cześć, ja jestem Ingrate! A ty jak masz na imię? 

Olethros
Po paru minutach w śniegu i ciszy dotarliśmy do nory. Wszedłem do niej nie oglądając się i poszedłem zapalić ognisko na środku jamy. Chwilę potem, gdy ognisko było już rozpalone, czekałem na jakąkolwiek oznakę życia od samca, który odkąd weszliśmy, nie ruszył się ani o milimetr tylko siedział przy ścianie. Odwróciłem pysk od ognia i spojrzałem na basiora. No. Czarny odzyskał mowę. Moim zdaniem trochę za energicznie i za szczęśliwie, nie takiego go widziałem w Lochach. Cieszy się z tego, że wyszedł? Pokręciłem lekko głową w zażenowaniu. Nie spodziewałem się tego. Samiec wcześniej cichy, nagle wybuchł.
- Olethros... - Przedstawiłem się, sam niepewny.
Ile minęło odkąd wyjawiłem komuś imię? Tja. Długo. Teraz mogę wkroczyć ponownie w życie watahy z... małą niespodzianką.

Ingrate
Okej, znamy już swoje imiona, pierwsze koty za płoty, nie? Czy to ułatwi nam planowanie królobójstwa? Nie wiem? Nie? Nie, nadal nie czułem się pewnie.
- To co, zabijemy dzisiaj króla? - zaśpiewałem sobie cicho, spoglądając na basiora
Chciałem zabrzmieć zabawnie, ale niestety, było słychać niepewność w moim głosie. Cholera, Ingrate, ogarnij się, jeszcze czarny kolega uzna, że się boisz, jeszcze cię nie weźmie na poważnie... Nie, trzeba wreszcie coś mądrego powiedzieć. Przybrałem więc taki poważny wyraz twarzy i postanowiłem zadać całkiem poważne pytanie, które zresztą i tak mnie dręczyło od dawna.
- To najpierw tak, ustalmy, co zrobimy, jak już król kopnie w kalendarz? Wybory? Władza ludu? Bo przecież po coś my to... w sensie... robimy.

Olethros
Hmm... Co robimy potem? Ta kraina będzie nasza... Zostać władcą. Właściwie nie jest to taki zły pomysł. Wybory ludu? A po co basiory mają cokolwiek wybierać? Pomyślałem chwilę i doszedłem do wniosku, że powinno panować bezkrólewie, chociaż tymczasowe, i miałem nadzieję, że po królobójstwie mieszkańcy Arcanterry w końcu wpuszczą do swoich serc światło i przyjmą wiarę pogańską. Właściwie tylko na tym mi zależy. Powtórzyłem to na głos czarnemu basiorowi i następnie pokazałem mu broń i trucizny. Opowiedziałem mu jak to sobie mniej więcej przedstawiam i zamilkłem czekając aż coś powie.

środa, 28 grudnia 2016

Ingrate - Trening siły

Tak. Ten dzień w końcu nadszedł. Ja naprawdę nie wierzyłem, już po prostu myślałem, że zostanę w tych przeklętych lochach do śmierci, że ta gadka, że po miesiącu mnie wypuszczą, że to wszystko to po prostu był jeden wielki spisek i kłamstwo, że w międzyczasie znaleźli na mnie jakieś lewe dowody... Ale pancerne drzwi zostały otwarte, a ja pierwszy raz od dni dziewięćdziesięciu poczułem na twarzy słońce, powiew wiatru, oddychałem świeżym powietrzem bez śladu grzybów czy innego cholerstwa, mogłem pójść gdzie tylko zechcę. A no właśnie, gdzie poszedłem? Na miejsce treningów, tam, gdzie te skały, tam gdzie byłem ostatnio z tą siwą, gdzie się pobiliśmy. Stwierdziłem, że bardzo dobrze by było to wszystko powtórzyć, trening jak najbardziej mi się przyda, bo po miesiącu w zamknięciu wysiadły mi mięśnie, płuca i oczy, schudłem i straciłem resztki energii, zacząłem kaszleć, czułem się dużo gorzej niż zazwyczaj.
A na miejsce szedłem długo, parę dni co najmniej, i mogę powiedzieć, że już później nocami, po tym jak pierwszy szok minął, wielką radość i ulgę, jaką dawniej nigdy nie czułem, zaczęło zajmować poczucie zranionej dumy. Tak, o dziwo ja nadal mam coś takiego jak duma, jak honor, a czułem, że został on splugawiony, kiedy zrobiono mi coś takiego, naruszono moją wolność, w dodatku za niewinność. Zacząłem się powoli zastanawiać, co z tym fantem zrobić. Zapomnieć? Nie, nie, nie da się. Uciec, ruszyć w dalszą podróż? Czy może się... zemścić? O tak, to jest to, czego bym potrzebował, rudy Red Rose, czy tam Arcantera, czy co, nie może pozostać bezkarny wobec takiej sytuacji. Ah, jak ja dużo podczas drogi na Solitudine o tym myślałem, szukałem dobrego rozwiązania!
Ale w końcu jednak doszedłem. Zameldowałem się tam na miejscu, oznajmiłem, że chcę na trening siły, jeden z wojskowych na tamtejszym posterunku powiedział, że dobra, dobra, że mam się udać na tor tam gdzieś w skałach, dodatkowo uprzedził, że ćwiczenia zawsze są w parach, ale tam dużo wilków się błąka i na pewno się z kimś dogadam. Super. Ruszyłem, a na miejscu ujrzałem... O bogowie, to ruda! To mój kojot, który mnie w lochach odwiedził! Tak, stała sobie tam sama, a ja pomyślałem, że niezwykle fajnie by było zamienić słówko, nie powiem, trochę się chyba jednak stęskniłem. Pewnym krokiem ruszyłem w jej kierunku, wyszczerzyłem kły w uśmiechu i przywitałem się słowami:
- Hej mała, powiedz, często tu bywasz?

Foxy
Przez ostatni tydzień szczeniakami zajął się inny nauczyciel, niech się trochę nauczą praw w Arcanterze, a ja tymczasem wybrałam się na trening. Postanowiłam, że w taki sposób spędzę mój wolny czas, a trochę mięśni nie zaszkodzi. Muszę wyglądać ponętnie, a skoro nie poluję, nie biegam i w ogóle nie zajmuję się normalnymi wilczymi sprawami, to wypadałoby zadbać o swoje zdrowie i wygląd. Mieszkanie w zamku rozleniwia strasznie, a jeszcze fakt iż mięso tak po prostu się bierze ze spiżarni to tym bardziej. Jesz ile chcesz, a nie tyle, ile sobie sam upolujesz.
Obudziłam się w koszarach o świcie, bowiem wtedy oficer łazi po korytarzach i krzyczy "Pobudka!", więc no cóż... pospać się nie dało. Po śniadaniu i załatwieniu kilku formalności, znalazłam się na polach treningowych. Kapral przestawił wszystkie możliwości, jak zwykle, po czym wilki rozeszły się w poszukiwaniu par. Odwróciłam się, a tam co? On. Pan od łańcuchów i to jeszcze jaki zadowolony.
- O proszę, widzę, że wypuścili mojego kryminalistę. - odparłam filuternie.
- To jak? Na co masz dziś ochotę? - zapytałam dwuznacznie. Widać było, że wilczur pary nie ma, więc czemu by nie poćwiczyć razem? To oczywiście było znaczenie pierwsze, jednak znając pana ciemności mogłabym nazwać to znaczeniem numer dwa.

Ingrate
Na co miałbym ochotę? Myślę, że na wszystko, myślę, że z rudą mógłbym robić cokolwiek, mógłbym robić wszystko, a i tak bym się świetnie bawił! Na treningu też pewnie będzie miło, tylko tego, co wybrać? Wiem już z doświadczenia, że można chyba walkę jeden na jeden, ale czy z rudą tak wypada? Okej, dobra, z pewnością kuszące, ale zdecyduję się jednak poćwiczyć dzisiaj żywioł. Magia żywiołu jest dla mnie bardzo ważna, a kiedy wyobraziłem sobie takie wielkie tornado, wichurę, to już w ogóle byłem bliski ekstazy.
- Chodźmy poćwiczyć żywioł! - powiedziałem energicznie i bardzo pewnie
Potem jeszcze powtórzyłem to przed jednym z wojskowych, a ten zaprowadził nas na naszą arenę - była przecudna, naprawdę, z ekscytacji uśmiech sam pchał mi się na usta i coraz trudniej mi było usiedzieć w miejscu Na szczęście już chyba nie musiałem. Stworzyłem chyba najmocniejszy podkręcony podmuch powietrza, na jaki mnie było stać i wycelowałem go w rudą.

Foxy
Skinęłam głową po czym razem z czarnym samcem udaliśmy się na miejsce i nim się zorientowałam, ten uderzył mnie kulą powietrza. Cudnie, mam nad nim przewagę! Żeby stłamsić moc wilka, od razu odparłam ognistym podmuchem, a ten w połączeniu z jego atakiem stworzył całkiem potężny wybuch. W rezultacie przewróciło nas oboje, jednak by nie tracić czasu szybko wstałam na nogi i schowałam się. Planowałam atak z zaskoczenia, jednak w przeciwieństwie do Ingrate nie posiadałam prawie bezszelestnego chodu. Usłyszy mnie, więc musiałam coś wymyślić. Rzuciłam kilka kulek samo palnych, tak by odwrócić jego uwagę, po czym skryłam się w innym miejscu, tak by mieć go na oku. Huk od ognistych kulek był całkiem spory, więc nie usłyszał moich kroków. Kiedy byłam gotowa, rzuciłam w niego ognistym ostrzem. 

Ingrate
Ogień!? Ogień?! OGIEEEŃ!!!
O bogowie, co tu się dzieje, co to za chaos, czy to normalne, że leci na mnie nieziemski żar, że wystarczy, że trafi mnie jedna jej kulka, jeden taki szybki atak przepuszczę, to się od razu spalę, zginę w okropnym bólu, w męczarniach?! Kto w ogóle dał wilkom takie piekielne moce, czy Stwórca Świata może być taki nieodpowiedzialny!? Ja się chyba jeszcze nigdy z czymś takim nie spotkałem. Tam, gdzie się urodziłem, to wszyscy mieli jakieś powietrze, ewentualnie wodę, a tu takie cholerstwa?! Jak ja mam z tym walczyć, gdzie uciekać? O boże, właśnie na mnie leci! Ognisty pocisk, jeszcze gorzej, jakieś ogniste ostrze, a co ja mam robić?!
Otworzyłem pysk, jakbym miał krzyknąć i zacząłem machać szaleńczo łapą na lewo i prawo by wytworzyć na tyle szybki, na tyle potężny powiew powietrza, by rozgonił i dogasił zbliżający się ogień. A na wszelki wypadek to jeszcze zrobiłem taki szybki unik, padłem, przytuliłem się do ziemi. Nie wiem, która z tych metod podziałała, ale któraś musiała, bo po chwili jeszcze żyłem i miałem się dobrze...
Następnym moim ruchem było oczywiście szybkie ukrycie się za jakąś skałą, by uniknąć kolejnych ataków mojej rudej Bogini Zniszczenia, zwłaszcza, że straciłem w tej panice orientację, nie wiedziałem, skąd ten następny atak ma przyjść! I siedząc tak w ukryciu myślałem gorączkowo, co tu mogłem teraz zrobić, jak z tym walczyć? Zawsze, kiedy walczyłem, to był jeden, szybki, dokładny atak z zaskoczenia. To zawsze działało i mogłoby zadziałać teraz, tylko, że to ona, że ta wadera stosowała tą taktykę właśnie tu, właśnie teraz, właśnie na mnie. Odebrała mi... Co, jak to w ogóle nazwać?! I co teraz? Czy mam spróbować robić to samo? Kiedy ja już teraz jej nie widzę! Bogowie, szybko, co robić, co robić, jak nie mogę z zaskoczenia to jak... Bezpośrednio? Kurczę.
Taka taktyka wymaga użycia dużej siły, a ja chyba nie jestem w formie, ale czy pozostaje mi coś innego? Poza tym, to może być dobry test. Okej, jedziemy.
Z okrzykiem bojowym wyskoczyłem dzielnie z kryjówki, tak, żeby stać na widoku, rozejrzałem się szybko szaleńczym wzrokiem po arenie i uruchomiłem sobie powietrzną osłonkę. To znaczy tak, powietrze, wiatr jakby zaczął wirować wokół mnie, okrążał mnie całego. Każdy ognisty pocisk musiałby się najpierw przedrzeć przez niego, a byłem pewny, że wietrzyk dałby radę ugasić te mniejsze i normalne ataki, co zmusi w końcu waderę to tworzenia tych potężniejszych ognistych kulek, przez co z każdym atakiem będzie tracić coraz więcej siły. To znaczy ja też będę ją tracił, coraz trudniej mi będzie utrzymać osłonę, będzie musiała być coraz silniejsza i w końcu padnę ze zmęczenia, wiatr ustanie, ale to nieważne, miałem nadzieję, że to ruda zmęczy się pierwsza próbami przebicia tej mojej swoistej tarczy. Brzmi dziwnie? Nierealnie? Że przekombinowane? Trudno, ja mam bardzo silną wolę! Atakuj, kochana!

Foxy
Basior nie poddawał się, jednak widać było, że ogień go spłoszył lub rozum odebrał. Wybiegł z krzykiem na wolną przestrzeń i zamiast uderzyć, zaczął się bronić. Byłam przekonana, że zaraz zacznie miotać ostrzami w różne strony, że wpadnie w jakiś szał bitewny i jak oszalały zemści się na mnie, jednak nie? Woli stać i bronić się przed atakami, których nie ma? Nie rozumiałam co on planuje, a przecież jestem nauczycielem, prawda? To powinno być dla mnie oczywiste, a jednak nie jest... chyba powinnam zrobić sobie jakieś kursy psychologiczne - zaśmiałam się w myślach.
Trudno, przecież nie będę tak stać i czekać aż książę łaskawie mnie zaatakuje. Rzuciłam w niego jedną kulką, potem drugą i nic. Ochrona była tak silna, że nawet iskierka nie przedarła się przez tą barierę. W sumie, a co jeśli by to zrobiła? Nie chciałabym, żeby mój czarnuszek zamienił się w popiół. Wystarczy jeden ognik, by powietrzna tarcza zamieniła się w ognistą, a wtedy on straciłby kontrolę i spłonął lub też zostałby bardzo poparzony. Hmmm...
- Skończ to! - warknęłam do niego, bowiem co to za zabawa, jak ten zamiast atakować, broni się. Co gorsze, on może tego nie usłyszeć, w końcu wiatr niesie głos, nieprawdaż?
Basior nadal stał, chroniąc się przed nie wiadomo czym, czy on w ogóle wie, iż go nie atakuje? Ryzyk fizyk, prawda? Rozpędziłam się, biegnąc w jego stronę i szykując ogniste rozproszenie, jak go uderzę, spowoduje wybuch, jednak mam nadzieję, że z rozbiegu uda mi się nas odepchnąć.
Obudziłam się w pobliskiej sali medycznej, mając obok siebie mojego kolegę. Totalnie nie pamiętam co się stało, jednak pielęgniarka patrząc na nas, pokiwała jedynie głową... prawdopodobnie z zażenowania. 

czwartek, 22 grudnia 2016

Zeconi - Najwyższa komnata

Wstałem dzisiaj wcześniej niż moje siostry i mama. Rozejrzałem się po komnacie, po czym wdrapałem się na bok rodzicielki, by sprawdzić czy tata już wstał, jednak on również spał. Wróciłem na dół i zacząłem przepychać się do cycka, budząc przy tym kilka szczeniaków. Całkowicie skupiony na jedzeniu, nie zauważyłem, że Urian czaił się na mnie i w rezultacie pozyskałem tą wiedzę poprzez ból. Pisnąłem głośno, budząc matkę, po czym postanowiłem mu oddać. Zbiegł z łoża, a ja za nim, szczekając głośno ze zdenerwowania. W końcu udało mi się go przewrócić i bez wahania począłem gryzienie. Nie interesowało mnie gdzie, a to brzuszek, a to ogon... czasem nawet kopnął mnie w pyszczek, jednak nie zniechęcałem się. Niech przepadnie!

Urian
Pierwszy atak mi się udał! Punkt dla mnie! O tak! Urian Wspaniały górą! Szkoda tylko, że mój brat postanowił mi oddać, co z resztą było do przewidzenia.
Zapiszczałem żałośnie, bo Zeconi użarł mnie w ogon i to solidnie, ale nie zamierzałem się poddać, o nie! Pchnąłem mocniej tylnymi łapami, zrzucając brata z siebie i zawarczałem starając się brzmieć jak najbardziej złowrogo. Przez chwilę spoglądaliśmy na siebie, gotowi oboje skoczyć na siebie i kontynuować walkę. Coni skoczył pierwszy, kłapnął mi koło ucha, ale w porę się uchyliłem... No prawie, bo łapki mi się rozjechały i prześliznąłem się po śliskiej posadzce ładny kawałek, żeby wylądować niemal pod łóżkiem.
Mój brat ryknął śmiechem, czego nie mogłem mu darować.
- Zaraz cię dorwę! - szczeknąłem i skoczyłem na niego. Tym razem udało mi się zacisnąć szczękę na jego uchu, które z przyjemnością i zapałem tarmosiłem ile miałem sił! Ja mu pokażę!

Zeconi
Piszczałem, starając się coś zrobić, by brat puścił moje ucho, jednak na marne. Trzymał bardzo mocno, prawie mi je urywając! Krzyknąłem najgłośniej jak potrafiłem, że mi zaraz mi je urwie i będzie cały we krwi, na co zluzował trochę zacisk. Rozpłakałem się głośno, ale byłem żądny zemsty. Pełen wściekłości udało mi się uciec i złapać go za kark. Wgryzłem się równie mocno co i on, aż w końcu do mego pyska napłynęło coś bardzo nie dobrego, puściłem go i zacząłem pluć krwią. Przeraziłem się, że sobie coś zrobiłem, jednak po spojrzeniu na brata, zdałem sobie sprawę, że to jego. Zaczął płakać, jednak tak samo jak i ja, nie odpuścił. Widząc gniew w jego oczach, uciekłem, natomiast po chwili grunt pod moimi łapkami zniknął. Ojciec wstał w łoża, unosząc mnie i Uriana na wysokość swych oczów, po czym wrzasnął ze złością i rzucił nas na łóżko. Mruknął coś jeszcze do mamy i wyszedł.

Urian
Struchlałem na chwilę, starając się siedzieć spokojnie. To samo zrobił mój brat. Tata bywał naprawdę nieprzyjemny, gdy się złościł. Tylko dlaczego tak się wściekał? Dobra. Narobiliśmy hałasu, byłem nieco obolały, nie tylko ja, bo mój brat trzepał lekko uchem mimowolnie, ale przecież tylko się bawiliśmy. Mama pozwalała nam się bawić... no przeważnie, bo czasami też się złościła i nas uspokajała, ale przy niej nigdy nie byliśmy spokojni dłużej niż trzy uderzenia serduszka. Dorośli w ogóle byli dziwni i mało który umiał się bawić. Nudziarze...
Mimo pozornego spokoju, wciąż łypałem na Zeconiego złowrogo. Kark mnie bolał, a serce łomotało. Kiedy jednak mama zaczęła lekko lizać ślady po kiełkach brata od razu zrobiło mi się przyjemnie i błogo... Jakoś tak... zapomniałem, że miałem dokopać bratu. No, przynajmniej na chwilę, bo zaraz zaczęły się nowe przepychanki, tym razem upatrzyliśmy sobie jeden cycek. Nasz spór rozwiązała mama unosząc brata i przenosząc z dala ode mnie.
Jedzenie stało się w tej chwili moim priorytetem. Mógłbym jeść i jeść i jeść! I na pewno bym nie pękł!

Aria
Obudziłam się, słysząc wrzask Red Rose. Rudy basior rzucił na łóżko szczenięta, po czym mruknął coś i wyszedł. Popatrzyłam na synów. Jeden z nich miał zakrwawiony kark, a drugiemu z pyska ściekała krew. Podsunęłam młodych samców do siebie, a następnie zaczęłam ich myć. Martwiło mnie to. Oczywiste było, iż szczenięta się bawią, ale żeby aż tak do krwi? Urian ciągle piszczał, a Zeconi był urażony tą całą sytuacją. Powoli wstałam z łoża, kierując się do zdobionego złotem kufra. Trzymałam tutaj parę eliksirów, z czego jeden był leczący. Za pomocą telekinezy wyciągnęłam go i wróciłam do dzieci. Wzięłam odrobinę i nasmarowałam zranione miejsca obydwu basiorków. Później zaczęli się dobierać do mleka, budząc siostry. Uśmiechnęłam się, lecz po chwili zadowolenie zniknęło z mojego pyska, gdyż szczenięta ponownie zaczęły walczyć - tym razem o pokarm. Westchnęłam i przeniosłam Zeconiego na drugą stronę brzucha. Teraz braci oddzielały siostry.

Zeconi
Przepychałem się jak tylko mogłem, by siostry nie dostały mojej części. Uderzałem je łapkami po pyszczkach i odpychałem, a kiedy w końcu byłem najedzony podniosłem główkę i spojrzałem na mamę. Przytuliłem ją i liznąłem, a ona odwzajemniła ten gest. Nie trwało to długo, bo nie jestem typem maminsynka, więc zeskoczyłem z łóżka w celu poszukiwań. Czego? Mojego misia, którego dostałem od jednego ze strażników. Był on wykonany ze skóry zwierzątka, które bardzo ładnie pachniało i smakowało, jednak było za twarde i totalnie nie do zjedzenia. W końcu znalazłem je pod naszym łóżkiem i wyciągnąłem, szarpiąc we wszystkie strony i warcząc ze wściekłości.

Lee
Moi nadpobudliwi bracia obudzili mnie. Który to już raz? Meh... Jestem głodna. Dobrałam się do brzucha matki i zaczęłam ssać ciepłe mleko. Pyszne! Niestety mój posiłek zakłócił Zeconi, pchając się obok mnie.
- Id zobie. - powiedziałam, nie odrywając pyszczka od sutka.
Samiec jakby tego nie słyszał, tylko jeszcze bardziej się wepchnął. Na szczęście chwilę później oderwał się od brzucha i zeskoczył na ziemię. A co on tam ma? Odsunęłam się od matki i niezgrabnie spadłam na kamienną posadzkę. Pisnęłam, lecz ból szybko minął. Dostrzegłam braciszka, który znęcał się nad skórzaną maskotką. Podbiegłam do niego, wymachując na wszystkie strony łapami.
- Ja też chcę! - krzyczałam, skacząc na niego.
Złapałam ostrymi ząbkami za materiał i zaczęłam go ciągnąć w moją stronę. Nie odpuszczę!

Urian
Od cycka oderwałem się jako ostatni i to tylko dlatego, że mama się poruszyła, a mnie było za ciepło i za wygodnie, żeby się ruszać. Ziewnąłem za to przeciągle, wydając przy okazji z siebie mieszaninę pisku i pomruku. Leżałbym tak dalej, gdyby nie to, że jedna z moich sióstr nieporadnie nadepnęła mi na ogon.
- Uważaj, gdzie łazisz, Diana! - fuknąłem na nią i wstałem jednak, żeby doczłapać do mamy i ułożyć się między jej łapami. Tu nikt mnie nie nadepnie, nie stratuje, ani nie pogryzie. Będzie mi cieplutko i wygodnie...
Ułożyłem się tak, żeby nie naciskać się na pękaty brzuszek i przytuliłem się do mamy. Kochałem się do niej tulić. Kochałem ją...
Lekko zmrożonymi ślepkami obserwowałem jak Zeconi i Lee tarmoszą razem miśka. W mojej głowie uroił się mały plan na to, jak zwędzić pluszaka, kiedy tylko mój brat spuści go z oczu. Ale to później... Na razie było mi mięciutko i ciepło i...
Ziewnąłem przeciągle.

Zeconi
Kiedy Lee doczepiła się do mojego pluszaka, wyraziłem swoje niezadowolenie poprzez warkot i zacząłem szarpać miśka w swoją stronę. Niech sobie nie myśli, że jej go oddam! Co to, to nie! Żeby puściła swój zacisk, ciągnąłem raz w jedną raz w drugą stronę najszybciej jak tylko potrafiłem i udało się. Bez głębszych przemyśleń uciekłem, a ona zaczęła mnie gonić. Ma swojego miśka, niech się odczepi od mojego! W pewnym momencie mej ucieczki, potknąłem się i wylądowałem pyskiem na posadzce, natomiast moja siostra próbując wyhamować, wbiła mi się w tyłek. Ja jestem wytrzymały, więc wstałem, cały czas trzymając miśka mocno zębami i ponowiłem próbę ucieczki. Może jak schowam się za kufrem to mnie nie znajdzie? To całkiem dobry pomysł.

Diana
Od początku dnia panowało nie małe zamieszanie. Tu się przepychali, tam walczyli o sutka mamy. W jakiej by nie było kłótni brakowało tylko mnie. Nie mogłam być gorsza, także postanowiłam pokazać swoje alter ego. Najbardziej zainteresowała mnie awantura o skórzaną maskotkę. Przez krótką chwilę zaobserwowałam spór i przemyślałam zamiary rodzeństwa, abym to ja wyszła na tym jak najlepiej.
Zeskoczyłam z łóżka biegnąc w stronę celu. W krótkiej chwili straciłam orientację, siostra również. Dodatkowo nie była zadowolona, że gram przeciwko niej. W ostatniej chwili zauważyłam, że Zeconi szuka kryjówki, aż do momentu schowania się za kufrem. Przyczajona skradałam się do kufra, aby w odpowiednim momencie przechwycić miśka, jednak Lee mnie wyprzedziła. Zanim zdążyłam wskoczyć na brata, siostra zwiała z zabawką w inną stronę wpadając w mamę.

Urian
Spało mi się naprawdę przyjemnie. Było mi mięciutko i wygodnie, a cieplutkie, pachnące futro mamy było naprawdę wspaniałym okryciem. Wszystko jednak zostało przerwane, kiedy mama postanowiła wstać.
- Mamuś... dupcia mi marznie! - pożaliłem się i ziewnąłem mocno, wydając przy tym z siebie głośny jęk niezadowolenia.
Mama jednak mimo to wstał i stanęła obok łóżka, przyglądając się przez chwilę temu, co też wyprawiało moje rodzeństwo.
Coni, miał zamiar się schować, ale Diana z Lee zabrały jego ukochanego miśka.
Zaśmiałem się kiedy Lee wpadła z impetem na mamę i pacnęła na pupę. Zaczęła parskać jakby zaraz miała się popłakać. Daję słowo, samice to straszne beksy... Bo przecież ja nigdy nie płaczę...
- Idziemy gdzieś? - spytałem, kiedy mama zaczęła grzebać w kufrze.
Miałem nadzieję, że pójdziemy do wujka. Miał zawsze w torbie różne, śmieszne klamoty, które można było przeżuwać i obwąchiwać. Był też o dziwo dość fajny. Bawił się z nami i opowiadał różne rzeczy. Nie to , co tata, on zawsze był zajęty.

Evangeline
Leżałam sobie spokojnie obok mamy. Nie mogłam spać, bo moje rodzeństwo wyczyniało nie wiadomo co. Byłam poirytowana, że nie dają mi się wyspać. W końcu jestem księżniczką! Co z tego, że oni też mają książęce tytuły? Najbardziej zdenerwowało mnie to, że w końcu mama też wstała, a wraz z tym uciekło całe ciepło z łóżka. Momentalnie przestało być przyjemnie. Mama jednakże zaczęła szukać czegoś w kufrze, co wzbudziło nasze zaciekawienie. Niechętnie wstałam i podeszłam do reszty wilków, zastanawiając się, co też robi nasz tato. Czułam, że inni trochę się go boją. Mnie jednak fascynowało jego bezuczuciowe zachowanie, władza, jaką dysponował i szacunek, jakim go darzono - jak na prawowitego władcę przystało. Mama też była szanowana, w końcu była Carycą. Ale z niej emanowało ciepło, w przeciwieństwie do ojca, od którego niemalże wyczuwało się chłód.
- Mamo? - zapytałam, ziewając. - Idziemy gdzieś?
- Przecież ja to powiedziałem! - oburzył się Urian.
Popatrzyłam na niego ze słabo skrywaną nienawiścią.
- No i co z tego? - syknęłam.

Zeconi
Głupie siostry planowały odebranie mi mojej zabawki, co po dłuższej szarpaninie udało się im, ale przecież jestem twardy, prawda? Nie mogę się poddać, tym bardziej dać się znieważyć waderom! Toż to dziewczyny, prawda? One nie mogą być silne, nie mogą wygrywać! Muszą służyć samcom, tak jak mama służy ojcu.
Rzuciłem się w pogoń a kiedy zauważyłem iż siostra uderzyła o mamę, próbowałem się zatrzymać, jednak łapki mi się rozjechały. Chwila nieuwagi sprawiła, że zabrałem to co moje i odszedłem gdzieś w kąt, pogrążając się w chwili przyjemności jaką dawało mi niszczenie i szarpanie miśka. Nagle do mych uszów dotarła bardzo ciekawa propozycja, a mianowicie oferta spaceru. Tak! Chciałem iść na dwór, tam można biegać bez obawy poślizgnięcia się. Podbiegłem do mamy i zacząłem krzyczeć, że chcę iść na dwór. A widząc jej minę, która wyrażała głębokie zastanowienie, krzyczałem głośniej.

Urian
Wizja spaceru i mnie się podobała. Zeskoczyłem więc i ochoczo podbiegłem do mamy, żeby również zacząć poszczekiwać, że chce iść na dwór.
W lesie zawsze było więcej do roboty. Można było żuć trawę, węszyć i gonić jaszczurki! Ostatnio udało mi się jedną prawie złapać! Musiałem spróbować znowu, po prostu musiałem. Zastanawiałem się jak smakują jaszczurki. Powinny być dobre, prawda? A jak już jakąś złapię to przyniosę ją mamie! Będę miał co robić nawet jak nie będzie wujka. No i zawsze można było się ścigać z Conim, albo kopać nory.
- Mamo, pospiesz się! - marudziłem i naparłem łepkiem na jej łapę, żeby jakoś ruszyć ją w stronę wyjścia.

Aria
Szczenięta zaczęły prosić o to, abyśmy wyszli na dwór. Pomyślałam, że to dobry pomysł. Świeże powietrze im nie zagrozi, a ogrody królewskie, do których miałam zamiar się z nimi udać, były otoczone żywopłotem. Trudno będzie im uciec, a jeśli jakieś to zrobi to po prostu nie wyjdziemy w najbliższym czasie na dwór. Koniec i kropka.
- Dobrze, ale trzymajcie się blisko mnie. Jeżeli któreś z was oddali się bez mojej zgody to natychmiast wracamy. W tedy będziecie mogli zapomnieć o wychodzeniu z zamku przez najbliższy miesiąc. - oznajmiłam donośnym tonem.
Co jak co, ale autorytet trzeba było sobie wyrobić. Niech wiedzą, kogo mają się słuchać. Gestem łapy zachęciłam ich do tego, aby poszli za mną. Młode wilki zrobiły to i gęsiego podążały za mną.
Doszliśmy do pięknego ogrodu. Dzieci od razu zaczęły bawić się. Zabrałam im tutaj również sześć miśków; tak, aby się już nie kłóciły. Położyłam się gdzieś z boku, obserwując uważnie poczynania mojego potomstwa.

Red Rose
Wyszedłem z komnaty bardzo zdenerwowany, czy już nie można normalnie pospać? Nie wiem czy lepiej będzie aż zmienię komnatę czy wywalę gdzieś Arię ze szczeniakami, albo same szczeniaki posłać do opiekunki w wiosce? No, nie głupie to, chociaż pewnie szara zacznie mieć pretensje, więc może i lepiej dać je opiekunom w zamku. Miałaby blisko i mogłaby je odwiedzać, a ja w końcu bym się wyspał. Nie mogę się doczekać, aż dorosną i zamieszkają w swoich komnatach. Spokój, cisza i w końcu Aria by mi się oddawała tak jak dawniej, teraz to się strasznie wstydzi, albo gada o tym, że co jeśli się obudzą. Samiec jest jednak samcem i ulżyć sobie musi, zwłaszcza car, prawda?
Udałem się do komnaty pewnej wadery w zamierzonym celu i przy okazji dośpię. Potem dopiero zacząłem się interesować sprawami cesarskimi. Spotkanie bardzo poprawiło mi humor, więc postanowiłem pogadać z carycą o opiekunce. Odetchnęła by trochę i miałaby więcej czasu dla mnie. Strażnik powiedział mi iż przebywa z dziećmi w ogrodach, więc tam zawędrowałem.
- Cześć kruszynko. - powitałem waderę i otarłem się pyskiem o jej szyję.
- Wpadłem na genialny pomysł, a mianowicie oddajmy szczeniaki opiekunce. - oznajmiłem bez owijania w bawełnę. Dzieciaki i tak się bawią, więc nie przeszkodzą nam w tej rozmowie.

Urian
Przestałem chwilowo przeżuwać ucho mojego pluszowego królika, bo mój nosek nie mógł nie niuchać za pewnym zapachem. Zapachem, który interesował mój nosek bardziej niż poplamiony misiek, bardziej niż rodzeństwo, które biegało i szczekało wokół.
Powolutku, przyglądając się mamie, która leżała opodal wraz z tatą, zacząłem wycofywać się w gąszcz, wiedziony zapachem. Niuchałem i nasłuchiwałem, bo miejsce było dość zacienione i nie łatwo było tu coś dojrzeć, szczególnie, że moje jedno oczko było śmieszne i widziało dym. Czasami zakrywałem to, które widziało wszystko ostro i kolorowo, i śmiałem się z tego, że wszystko wokół było takimi plamami w mlecznych kolorach.
Usłyszałem ruch. Zniżyłem się na łapkach, wstrzymałem oddech na chwilkę, nasłuchując. Nie raz tak polowałem na rodzeństwo. Szczególnie na brata, bo siostry szybko się obrażały i piszczały strasznie, kiedy chciałem je potarmosić. Coni był jednak fajniejszy niż siostry, nawet jeżeli mocniej gryzł.
Kiedy dostrzegłem ruch, spiąłem łapki i skoczyłem. Wtedy stało się coś dziwnego. Moje kiełki złapały za coś śliskiego, co od razu upuściłem. To była jaszczurka, to wiedziałem tylko dlaczego była taka dziwna i tak się... wiła?
Zawiał wiatr, a gałązki poruszyły się tak, że do miejsca, w którym stałem dotarło więcej światła.
- Mamo! - wrzasnąłem przerażony, bo przede mną leżał jakiś dziwny, wijący się kształt, który pachniał do tego krwią.
- Ja chciałem ją upolować, nie zrobić jej krzywdę - łkałem, tłumacząc co zaszło, kiedy mama przybiegła do mnie. - Ja przepraszam! Trzeba ją naprawić! - prosiłem. W końcu kiedy urwałem uszko swojemu pluszakowi, to mama go naprawiła i był cały i zdrowy.

Aria
Po jakimś czasie dołączył do nas Red Rose. Otarł się o mnie i położył obok. Od razu wyszedł z propozycją oddania szczeniąt do opiekunów. Czerwone światełko pojawiło się w mojej głowie. Odpowiedź oczywiście brzmiała 'Nie'. Tylko jak to ubrać w delikatne słowa? Tak, żeby go przekonać?
- Myślę, że jeśli oddamy je do opiekunek to mogą nauczyć się niekrólewskiego zachowania od nich. Nie wolisz, aby synowie brali przykład z ciebie? Z prawdziwego władcy? - odparłam.
Niestety rudy cesarz nie zdążył udzielić mi odpowiedzi, ponieważ zauważyłam, iż Urian łka. Wstałam i prędko do niego podbiegłam. Jego kiełki miały barwę lekko czerwoną. Krew? Znów pogryzł się z bratem? Basiorek tłumaczył, że trzeba coś naprawić, że nie chciał zrobić temu czemuś krzywdy.
- Co trzeba naprawić? - zapytałam zatroskanym głosem.
Urian nic nie powiedział, tylko wskazał łapą na zakrwawionego węża pod żywopłotem. Zbliżyłam się do niego i go przytuliłam.
- Spokojnie... Zabierzemy go do medyka, nic mu nie będzie. - uśmiechnęłam się do szczeniaka.

Urian
Wtuliłem się w mamę.
- Na pewno? I wyzdrowieje i nie będzie go bolało? - dopytywałem.
Mama pocieszyła mnie, powiedziała, że wszystko z nim będzie dobrze, że tylko go skaleczyłem i wąż zaczął po prostu wić się, żeby się uwolnić z mojego uścisku. Podziałało, więc nic wielkiego nie powinno mu być.
- Wosz? - spytałem. - A to nie jaszczurka?
Moja rodzicielka zaśmiała się i poprawiła mnie, mówiąc, że wąż to taki gad, podobny do jaszczurki, ale bez nóg, po czym zawołała kogoś, kto wziął gada żeby mógł wyzdrowieć. Odetchnąłem z ulgą, zaraz jednak wpadłem na genialny pomysł.
- A jak wosz wyzdrowieje to będę mógł go zabrać? Opiekowałbym się nim i dawał mu jeść! I obiecuję, że bym go nie gryzł i nie tarmosił! - poszczekiwałem w pospiechu. - A co wosz je? Lubi mleko?
Mama zaśmiała się. Nie miałem pojęcia dlaczego. Przecież to były bardzo poważne pytania! Po pierwsze coś jeść trzeba i każdy je. Lepiej zawsze się śpi z pełnym brzuszkiem. Poza tym, chyba wszyscy lubią mleko, nie?

Lee
Z uwagą przyglądałam się temu, co robi braciszek oraz mamusia. Zauważyłam, że jeden z poważnych wilków, które stoją ciągle w miejscu, bierze dziwaczną jaszczurkę i ją zanosi gdzieś. Podbiegłam do Uriana, o mało co nie wpadając na niego. Mówił coś o wonszu.
- Wonsz? Ja chcę wonsza! Będę się z nim bawić! - krzyknęłam radośnie.
- Nie! Mój wonsz! - pacnął mnie łapą szary brat.
Skoczyłam na niego. Przeturlaliśmy się pod brzuchem mamusi. Zaczęłam delikatnie tarmosić jego futerko na brzuszku, co spowodowało u niego śmiech. Chwilę później odepchnął mnie łapami i uciekł do brata. Urian oraz Zeconi poczęli bawić się. Zawsze tak było... Braciszkowie nie chcieli się ze mną bawić. Nie rozumiałam tego. Moje rozmyślania przerwało coś dziwnego. Coś, co stanęło przede mną. Było niebieskawe, chude oraz półprzezroczyste. Twór miał jakby oderwany ogon; był króciutki. Natomiast z głowy wyrastały mu fajne patyki. Skoczyłam na cośka, w celu złapania patyków, lecz po zetknięciu się z nim od razu zniknął. Spadłam na ziemię z lekkim piskiem.
- Co to było, mamusio? - zapytałam.
Pani mama rozejrzała się, po czym zaśmiała i wróciła do papy. Meh... Poszłam do swojej skórzanej zabawki. Uświadomiłam sobie właśnie, że jest podobna do cośka.

Red Rose
Zamyśliłem się na słowa wadery, bowiem nie wiedziałem czy to dobry pomysł. Szczeniaki przecież będą chodzić do druida, tak jak zawsze i to on jest odpowiedzialny za ich wychowanie, takie po cesarsku. A co jeśli ona ma racje i rzeczywiście jestem lepszym wzorem do naśladowania? A może mówi tak tylko dlatego, że się nie zgadza? Nie wiem, ale niech jej będzie, byle tylko dały mi spokój te małe poczwary. Fakt iż jedno z nich będzie cesarzem, trochę mnie denerwował. Nie lubię się dzielić i tym bardziej nie chcę oddawać mojej władzy, a co jeśli żaden z nich nie będzie odpowiedni? Zniszczą królestwo.
O wilczkach mowa! Nim zdążyłem odpowiedzieć i potwierdzić jej słowa, od razu któreś coś sobie zrobiło i zaczęło ryczeć. W sumie, to mnie tu nie ma, niech się ona nimi zajmie, a ja wrócę do swoich obowiązków. Zerknę czy myśliwi zaopatrzyli nas w wystarczającą ilość mięsa.

Zeconi 
Widząc, że reszta rodzeństwa biegnie w kierunku mamy i taty, postanowiłem zrobić to samo, jednak rozproszyła mnie wiewiórka. Oh, jak ja ich nie lubię! Są strasznie wredne, uciekają na drzewo i obrzucają mnie czymś, co strasznie boli, jednak nie zawsze. Każda wiewiórka jest inna, jednak kiedyś na pewno uda mi się którąś złapać. Może to właśnie ten piękny dzień?!
Szczeknąłem na nią, a ona zastygła bez ruchu, po czym rzuciła orzeszka i uciekła. Ze mną nie ma tak łatwo! Pobiegłem za nią, jednak przy najbliższym drzewie zatrzymałem się. Znowu mi uciekła, więc ze złości szczekałem i gryzłem korę. Jej śmiech i drwiny złościły mnie jeszcze bardziej, tak, że zaraz przegryzę to drzewo i ona spadnie! Zajęty swoimi sprawami, usłyszałem krzyk mamy, który oznaczał, że musimy już wracać. Nie wiem dlaczego, ale codziennie chodziliśmy do bardzo nudnego basiora, który mówił niezrozumiałe rzeczy.

środa, 21 grudnia 2016

Ikelos - Miłość

Od tamtego momentu jak zobaczyłem ją ze szczeniętami, nie widywaliśmy się. Nie potrafiłem spojrzeć w jej oczy, wiedząc iż kocha się z moim bratem, że ma z nim dzieci. Bolało mnie to strasznie, więc by o tym nie myśleć pracowałem od samego rana, do momentu aż brało mnie znużenie. Podczas pracy odwiedził mnie jeden ze strażników i oznajmił iż mam stawić się w zamku, bo mamy zebranie magów. Standardowe omówienie pracy, podziału, klientów przed nadchodzącym nowym rokiem. No cóż, rozkaz to rozkaz a zebranie to zebranie. Zabrałem moją torbę, w której standardowo było kilka ziół, suszone mięso, eliksiry i leki i ruszyłem w drogę, która zajęła mi około pięciu godzin. Zebranie było o czasie przed zachodem, więc miałem jeszcze trochę czasu by powłóczyć się po dziedzińcu, wtedy zobaczyłem ją wraz ze szczeniętami.
Zastygłem w bezruchu, obserwując jak te pocieszne kuleczki się bawią. Nagle jedno z nich zaczęło płakać, więc Aria podeszła, powiedziała coś, liznęła i utuliła, a szczenię po tej całej czułości wróciło szybko do zabawy. Wyjątkowo słodkie, a ona? Mama idealna, szkoda jedynie, że ja nie jestem tatą...
Poczułem, że coś szarpie mnie za ogon, odwróciłem się i zobaczyłem szarego szczeniaka, który nie przestawał. Tak jakby w ogóle się mnie nie bał, nie wstydził, nie zwracał na mnie uwagi. Gryzł, szarpał, ciągnął aż do momentu poruszenia ogonem z mojej strony. Puścił i upadł na tyłek, obawiałem się, że coś mu zrobiłem, więc szybko zacząłem z nim rozmawiać i pocieszać, byleby tylko nie płakał. Nagle do mych uszu doszedł znajomy głos, jej głos. Uniosłem pysk i spojrzałem w te piękne oczy.
- Przepraszam, ja nie chciałem. - powiedziałem, mając na myśli to co się przed chwilą stało. Spojrzałem jeszcze raz na szczenię, które dorwało się do mej torby.

Aria
Patrząc na niego, przypomniał mi się tamten dzień. Dzień, w którym mnie odwiedził. Spokojnie... Mieliśmy o tym zapomnieć, racja?
- Urian! - krzyknęłam trochę zdenerwowana.
Ikelos przeprosił mnie za to.
- Nic nie szkodzi. Nie ty zawiniłeś. - rzekłam, spoglądając na syna. - Przeproś, natychmiast. - dodałam surowym tonem.
- Przepraszam... - skulił uszy młody wilk.
W tym samym momencie pozostałe szczenięta zleciały się do nas.
- A kto to? - jedna z samiczek zapytała.
- To wasz... - zacięłam się. - Wujek. Wujek Ikelos. - dokończyłam.
Lee podeszła do niego i ostrożnie obwąchała. Następnie zaczęła wesoło wokół niego biegać. Reszta rodzeństwa również to poczyniła.
- Pobawmy się! My chcemy bawić się z wujekiem Ikelos! - krzyczały rozradowane.
Zachichotałam cichutko. Te maluchy ciągle mnie rozbrajały.

Ikelos
Patrzyłem na szczenięta, oczarowany ich nadmiarem energii i słodkością jaką w sobie miały. Chciałem powiedzieć, że "Nic nie szkodzi", jednak to nie ja jestem ich ojcem, nie ja je wychowuję, więc nie wypadałoby się wtrącać. Skoro mama twierdzi, że ma przeprosić to musi to zrobić, prawda? Gdybym odparł, że to nic takiego, szczenię mogłoby zacząć się buntować. Nie chciałem im mieszać w głowie, więc nie odparłem nic, jedynie się uśmiechnąłem.
Widząc resztę stadka, uśmiech nie schodził mi z pyska. Oh, jakie one są urocze! Słysząc słowo "wujek" zamarłem na chwilkę, po czym spojrzałem na ukochaną. Czy to nie jest dziwne? To co się ostatnio działo to pasmo pomyłek, po co to wszystko...
Ocknąłem się, słysząc piski szczeniaków i szczekanie. Czy ona ma tak codziennie? Nie ma czasu na myślenie, bo gdzie nie spojrzysz tam małe puszyste kuleczki, szczekające i gryzące wszystko co popadnie. Teraz rozumiem dlaczego zrezygnowała z posady maga, taka cesarzowa to ma inne rzeczy do roboty.
- W co chcecie się bawić? Może pokazać wam parę sztuczek? - tak się składa, że miałem w torbie parę pyłków i ziółek, które idealnie się nadawały do prostych zaklęć.
Szczenięta bez większego zastanowienia zaczęły krzyczeć, że chcą zobaczyć co tam mam i co potrafię, więc za pomogą telekinezy wyciągnąłem z torby potrzebne składniki i zacząłem od fajerwerków, potem pokazałem sztuczne zwierzątka, trochę iluzji i nim się obejrzałem, jeden ze strażników przypomniał mi o spotkaniu. Mam jedynie nadzieję, że to nie ostatni raz, kiedy mogę spędzić z nimi trochę czasu, bowiem pokochałem je jak swoje. 

wtorek, 20 grudnia 2016

Issar - Nowy znajomy

Rankiem zeszłam do zamkowej jadalni, wzięłam, co wydawali i od razu dosiadłam się do kilku wilczyc, które już tam były. Znałam już chyba wszystkich mieszkających w zamku, więc po prostu w każdym miejscu jest ktoś, z kim mogę sobie właśnie w takiej sytuacji pogadać i plotkować. Tak więc przywitałam się radośnie i zapytałam, co słychać. Wiadomo, najpierw obgadywałyśmy jakieś drobiazgi, ale w pewnej chwili jedna z moich znajomych stwierdziła, że ostatnio jakiś nowy basior wprowadził się do Wioski. Kurczę, to były super wieści, ja po prostu uwielbiam poznawać nowe osoby i zawierać przyjaźnie... Natychmiast wypytałam wilczycę o więcej szczegółów, niczego się w sumie ważnego nie dowiedziałam, ale i tak stwierdziłam, że złożę nowemu wizytę. Szybko połknęłam resztę śniadania, po czym wróciłam na chwilę do komnaty, by ponownie przeczesać futro. Zastanawiałam się, czy może coś ze sobą przynieść, ale potem stwierdziłam, że i tak nie wiem co, a w sumie niczego nie mam. Opuściłam więc Zamek, maszerowałam wesoło ze cztery godziny, więc gdy dotarłam na miejsce było akurat takie ładne wczesne popołudnie... Wypytałam losowego mieszkańca wioski, w którym domku spotkam nowego. Oczywiście odpowiedź dostałam, tak więc chwilę później już stałam przed drzwiami nowoprzybyłego.
- Dzień dobry, mogę wejść? - krzyknęłam.

Yuki
Wróciłem z porannego polowania, na którym upolowałem dużego zająca. Po zjedzeniu go, od razu zająłem się wymienianiem nowej wody do kwiatów. Nagle ktoś za drzwiami zawołał przez co na chwilę straciłem kontrolę nad telekinezą i upuściłem wazon z różą. Wazon się rozbił, ale w samą porę złapałem kwiat, który umieściłem szybko w naczyniu kwiatu obok. Otworzyłem drzwi a moim oczom ukazała się szara wadera.
- Tak. Proszę wejdź. - odpowiedziałem, a po chwili mój gość wszedł do środka.
- Tylko uważaj na łapy. Niechcący upuściłem wazon, który się pobił. - oznajmiłem po chwili.
- Proszę usiądź. - zaproponowałem, wskazując na trochę starą, brązową sofę, która stała pod półkami. Znajdowały się na nich jakieś małe pierdoły i kamienie.
Wadera usiadła, a ja wziąłem miotłę i posprzątałem potłuczony wazon.
- Co cię tu sprowadza? - zapytałem.

Issar
Zdziwiłam się mocno, kiedy weszłam do środka. Basior miał bardzo schludny i elegancki, ładnie urządzony domek. Widać było, że włożył w niego dużo pracy. W dodatku sprzątał po sobie miotłą i miał na półkach tyle pięknych róż... Łał... Ich zapach, który poniósł się po całym domku, był wprost nieziemski. A sam basior wydał mi się taki dziwne spokojny, miły i zorganizowany. Zrobiło to na mnie naprawdę wielkie wrażenie, ponieważ ja, szczerze mówiąc, byłam totalnym, chaotycznym przeciwieństwem wilka. Ale dobra, skorzystałam szybko z zaproszenia basiora, usiadłam na wygodnej sofie i na chwilę odpłynęłam, ponownie zatapiając się w bajeczny zapach kwiatów.
Nagle do moich uszu dotarło pytanie, które gwałtownie przywróciło mnie do rzeczywistości, przez co chwilę zajęło mi zebranie wszystkiego, co chciałam powiedzieć razem
- J-jestem Issar The Swan. - uśmiechnęłam się przyjacielsko.
- Mieszkam w zamku. Słyszałam, że jesteś nowy, dlatego koniecznie chciałam cię poznać. Chyba ci nie przeszkadzam, prawda? - wyjaśniłam.

Yuki
Szkło zamiotłem do śmietnika, a miotłę odstawiłem na miejsce. Sięgnąłem po naczynie i nalałem do niego wody, po czym swoją mocą powoli zacząłem ją gotować. Z kufra wyciągnąłem dwie miski, jedną dla mnie, drugą dla wadery i włożyłem do nich zioła otrzymane od tutejszego zielarza. Były dokładnie owinięte nitką, więc bez problemu je potem wyciągnę. Z tego co mówił, działają odprężająco.
- Ja jestem Yuki. Yuki Łagodny. Znam tu mało wilków więc przydałby się jakiś nowy przyjaciel. - przedstawiłem się w tym samym czasie, kiedy przygotowywałem nam napój, a kiedy ten był już gotowy, sięgnąłem po flakonik i nalałem do niego świeżej wody. Potem wstawiłem tam różę, która straciła swój wazon.
- Będę musiał iść po kilka nowych wazonów. - mamrotałem pod nosem.
Kiedy zioła się zaparzyły, wyciągnąłem je z miski i odłożyłem na stolik wykonany z pnia drzewa. Następnie podałem miskę z wywarem waderze i dalej zacząłem zmieniać wodę kwiatom.

Issar
Boże, on mnie coraz bardziej oczarowuje, ziółka parzy wrzątkiem i jakieś wywary robi, tak bez okazji, o, do pogawędki, jak nikt z całej Arcanterry. To takie, hmm, dosyć eleganckie i miłe. Od razu upiłam odrobinę, nie zważając na to, że był jeszcze gorący, naprawdę chciałam się przekonać, czy taki napój rzeczywiście może być dobry - ziółka kojarzyły mi się tylko z lekarzem, łee... Co prawda wywar był jeszcze gorący, trochę sparzyłam sobie język, ale i tak uznałam, że smaczny. Ponownie uśmiechnęłam się szeroko - Yuki jest fantastyczny!
- Tam, skąd pochodzisz, macie takie ładne zwyczaje? - powiedziałam niby bez namysłu, ale taki temat po chwili wydał mi się całkiem interesujący, toteż dodałam jeszcze z entuzjazmem: - A właśnie, opowiesz mi, skąd do nas przybywasz? Wiesz, ja bardzo kocham podróże i długie spacery, całkiem interesuje mnie świat. 

Yuki
Ojejku, co ja mógłbym powiedzieć, żeby nie zanudzić przypadkiem mojego całkiem sympatycznego gościa. No bo czy ta kraina była w jakiś sposób inna, wyjątkowa, bardziej ciekawa czy magiczna... Nie uważałem, ale skoro Issar chce coś usłyszeć.
- Mieszkałem dosyć daleko stąd. To była mała kraina, mniejsza od Arcanterry. Pełna była rzek, jezior, gorących źródeł... Tak. Mieliśmy zamek i wioskę, tak jak wy. Ja się urodziłem na zamku. Zamyśliłem się na chwilę, biorąc jednocześnie łyk napoju.
- A co cię tutaj skierowało? - usłyszałem zaraz kolejne pytanie, najwidoczniej wadera była bardzo ciekawska.
- Wojna. - rzuciłem krótko. - Wojna. Wiesz... czasem nie mogę zrozumieć, dlaczego stchórzyłem i uciekłem. Ciężko sobie coś takiego wybaczyć, a tutaj czuję się dosyć samotnie.
Szara wadera wyglądała na trochę zszokowaną. Chyba nie chciała już bardziej drążyć, jak widać, bolesnego tematu.
- A skoro ja wiem już o tobie tak niewiele, to teraz ty musisz coś o sobie opowiedzieć. - uśmiechnąłem się jednak lekko, biorąc kolejny łyk ziółek z wodą.

Issar
Zaraz, co on powiedział? Że skąd jest? Że rzeki, rzeki, jeziora... Woda. Woda! A biorąc pod uwagę jeszcze jego wygląd wszystko się staje oczywiste! Natychmiast zapomniałam o pytaniu, jakie mi zadał, skupiłam się tylko na jednym.
- Woda! - wykrzyknęłam, energicznie podnosząc się z siedzenia. - Woda!
A Yuki w przeciwieństwie do mnie skulił się na swoim miejscu, widocznie dość przestraszony moim nagłym wybuchem, zdawał się nie bardzo rozumieć, o co mi chodzi, ja jednak nie straciłam entuzjazmu.
- Jesteś wilkiem wody! To genialnie, jak dawno ja nie widziałam nikogo z żywiołem takim jak mój! Musisz mnie zabrać na trening, musisz mi koniecznie coś pokazać, nauczyć wszystkich sztuczek! Oh, jak wspaniale, nareszcie jakiś wilk wody, będę miała z kim trenować! - wykrzyknęłam radośnie wszystko, co leżało mi na sercu tak od razu, bez ogródek.
- To jak, to jak, zgadzasz się? - ponownie usiadłam, by więcej go nie straszyć, nie mogłam jednak powstrzymać się od energicznego machania ogonem.

Yuki
Ona jest dziwna. Ona jest straszna. Czy to nie jest jakieś zaburzenie, że jest tak nadmiernie aktywna? Siedząc tak na przeciw tej roześnianej, energicznej wadery poczułem się nagle taki przytłoczony, taki mały, więc trochę i bezwiednie wyszeptałem:
- Dobrze
Wadera wydała z siebie jakiś cichszy okrzyk radości, a potem zadała pytanie, którego się spodziewałem, mianowicie, czy wyruszamy już teraz, tak od ręki. Ah, takiego czegoś się można było po niej spodziewać.
- Dobrze. - powtórzyłem, odwracając wzrok. - Widziałem, że jakieś półtora godziny drogi stąd znajduje się ładna plaża. Nad morzem dobrze nam się będzie ćwiczyć, prawda?
Issar the Swan kiwnęła głową na znak zgody, po czym zeskoczyła z siedzenia i szybkim krokiem udała się na zewnątrz. A ja za nią, choć z dużo mniejszą chęcią...

Issar
Byłam bardzo szczęśliwa, że Yuki zgodził się na wycieczkę. Wyszliśmy więc z jego domku i poszliśmy w kierunku, który wskazał mój sympatyczny kolega. Czy dwie godziny drogi były długie? Nie, nie były wcale, nawet nie zauważyłam, kiedy minęły, nawet nie poczułam nudy czy zjawiska niezręcznej ciszy.
Kiedy doszliśmy na miejsce, ożywcza morska bryza, błękitny kolor wody i śpiew mew od razu mnie rozbudziły, dodały sił, zniwelowały całkowicie ból kończyn, jaki mimo wszystko odczuwałam po skończeniu wędrówki. Uśmiechnęłam się najpierw sama do siebie, potem do białego basiora.
- No, pokazuj co tam potrafisz! - krzyknęłam.

Yuki
Kiwnąłem głową, wyrażając coś w stylu "Czemu nie?'', po czym zbliżyłem się do morza. Ona chce zobaczyć coś spektakularnego, coś ładnego, więc na szczęście nie będzie się czepiać niezbyt wielkiego zasięgu mojej mocy... Tak, trzeba poćwiczyć żywioł... Na początek sprawiłem, że woda zadrżała, zaczęła szybko falować i drżeć, jak przy wrzeniu. Potem wystrzeliła do góry, a opadała na dół w postaci grubych i dobrze widocznych kropel. Jak deszcz, tylko dużo wolniej, bo kropelki opadały z gracją, a blask słońca otulił je tęczą. Issar wyglądała na zachwyconą. Co mogę zrobić dalej? Może standardowy wodny atak, takie jakby błękitne tornado? Każdy to przecież potrafi. A więc gruba tafla wody oddzieliła się od morza i zaczęła krążyć wokół nas, układając się właśnie w takie tornado. Oddzieliła nas od całego świata, a dało to takie ożywcze uczucie, zimne krople zmoczyły nas całkowicie. Niestety nie mogłam utrzymać nas w tym wodnym objęciu, bo poczułem, że zaczynam słabnąć i powoli tracić kontrolę nad całą magią. Woda opadła na piach. Dyszałem ciężko, ale uśmiechnąłem się do wadery, a ona na szczęście to odwzajemniła. Podobało jej się.
- Więcej zobaczysz na naszym wspólnym wodnych treningu. Zaproszę cię kiedyś na Solitudine. - tak, to bardzo dobry pomysł
Na razie trzeba będzie namówić wesołą waderę na powrót do Wioski... Życzcie mi powodzenia, to nie będzie łatwe!
Nowsze Starsze Home