Trwające wątki

Połowa Arcanterry przepadła wraz z forum. Przepraszamy.
Blog oficjalnie nieczynny ;)

wtorek, 31 stycznia 2017

Foxy - Magowie powietrza

No i nadszedł ten czas, na który wszyscy czekali, ale nie mam tu przynajmniej na myśli siebie. Wiadomo, że te małe gnoje będą łazić w różne strony, bo akurat jakiś fajny kwiatek zobaczyły, jednak damy radę. Robię to tak długo, że nie są mi straszne ich foszki i inne pierdoły. Od czego mam ogień? A no właśnie, trzeba sobie radzić.
Czekałam właśnie w ustalonym miejscu, kiedy nasza skromna ekipa zaczęła się zbierać. Reszta wilków ma zajęcia w zastępstwie i będą uczyć się o hierarchii, bowiem niedługo zacznie się wybieranie stanowisk. Co jak co, jeden zostanie cesarzem, ale reszta spadnie do rangi zwykłego wilka, bowiem tytuł arystokraty jest tak samo ważny jak tytuł poddanego, chyba, że nowy władca zechce nas podzielić, ale to już droga do buntu. Co ma do powiedzenia pięć szczeniaków, przeciwko całemu zamkowi? A no, nic... Lepiej niech się wezmą do nauki, a jeśli już chcą mieć wymarzoną władzę, stanowisko druida mile widziane.. o ile ten aktualny umrze albo cesarz go zmieni.
Kiedy wszyscy się zebrali, ruszyliśmy na Terribilis, bowiem jest tam wietrznie. Można spotkać żywiołaki powietrza, więc to o czymś świadczy - w tej chwili właśnie uświadomiłam sobie, że mogłam zabrać też magów wody. Mniejsza. Spacer był o dziwo, spokojny, jedynie od czasu do czasu zbaczali ze ścieżki, by zobaczyć jakieś kwiatuszki czy zwierzątka. Ehh.
Na miejscu byliśmy dość późno, a wszyscy byli zmęczeni, więc rozbiliśmy obóz. Rozpaliłam ognisko i nim się zorientowałam, spali. No i pięknie, z samego rana zacznie się trening i nauka. Co gorsze... zostaniemy tu na cały tydzień.
- Wstawać lenie! - warknęłam, widząc, że słońce już wychodzi. Niektórzy naprawdę niechętnie się do tego zabierali, jednak dałam im kilkanaście minut, aż w końcu byli gotowi.
- Zaczniemy od medytacji. Mianowicie niech każdy znajdzie sobie odpowiednie miejsce, usiądzie, niech poczuje wiatr na pysku. Potem zagłębiamy się w swoją duszę, czyli nie myślimy totalnie o niczym. Jeśli ktoś nie potrafi się skoncentrować, niech myśli o wietrze. Energia ukaże poprzez swędzenie nosa, swędzi, znaczy, że coś podziałało. Do roboty. - oznajmiłam, spacerując w te i we wte.

Lee
Ruda obudziła nas swym okropnym głosem. Mruknęłam coś pod nosem. Leżałam obok Rosemary. Wstałam i przeciągnęłam się. Po chwili mocny wiatr uderzył mnie w pysk; był tak silny, że ledwo złapałam wdech.
- Co za cholerstwo! - warknęłam.
Rozejrzałam się. Foxy stała na jakimś sporym głazie, ciągle wołając uczniów. Wtem Dusu pojawił się obok mnie. Jego poroże lśniło w blasku wschodzącego słońca. Uśmiechnęłam się do niego delikatnie, a ten paroma susami zatoczył koło wokół mnie. Następnie skierował się w stronę gburowatej nauczycielki. Gdy ta przerwała krzyk i poczęła gadać coś o medytacji, on się rozpłynął. Tym razem postanowiłam posłuchać Foxy. Kazała nam się zrelaksować i gdy nos zacznie swędzieć to znaczy, iż coś się dzieje. No więc zrobiłam to, co kazała wilczyca, aczkolwiek nic się nie stało.

Zeconi
Dzisiaj pora na odkrywanie żywiołu, co mnie ucieszyło jak jeszcze nigdy. Bardzo chciałem wiedzieć czy to ogień czy powietrze, może ojca nie za bardzo lubiłem, jednak moc miał interesującą. Całe szczęście, że Shae też ma taką możliwość, tyle że zamiast ognia, może być magiem wody. Lepiej jakbyśmy posiadali takie same moce, byłoby bardzo fajnie i coraz więcej czasu spędzalibyśmy razem, to już coś.
Droga o dziwo było spokojna, no może Urian dawał w swe znaki, ale to nie często. Bardziej interesował się otaczającym go światem, ehh, jakby nie mógł tak codziennie. Mniejsza.
Rano obudził mnie krzyk rudej wadery, która robiła tu za nauczyciela. Zaczęła łazić i mówić coś o medytacji. Serio? To nie będzie jakiś fajniejszych zajęć? Medytacja!? Skandal po prostu, jednak robiłem to co kazała. Usiadłem, poczułem wiatr, a myśli nie były czyste... co chwila przychodziła Shae lub też inne wadery. To męczące, jak mam się niby ich pozbyć!?
Nie wiem ile spędziliśmy na robieniu niczego, ale poczułem to swędzenie w nosie, chyba, że po prostu mnie swędzi bez powodu.

Urian
Szczerze mówiąc liczyłem na coś bardziej spektakularnego, ciekawszego... Sam nie wiem, ale coś, co pozwoliłoby mi zwyczajnie samemu użyć zdolności i to najlepiej tak z przytupem, a nie jakieś swędzenie nosa... Nos czasami swędział... przecież to nos! On lubił swędzieć, szczególnie kiedy coś się robiło, albo nie zamierzało ruszać, bo znalazło się właśnie niezwykle wygodna pozycję. Wtedy zaczynał swędzieć i trzeba się było ruszyć, żeby się podrapać... Standard.
Mimo tego, że niezbyt chętnie przysiadłem i wyciągnąłem pysk w stronę wiatru. Chciałem się skopić, ale nie mogłem, bo inni sapali jakby właśnie skupiali się w innym, wiadomym celu, ale nażarli się wcześniej za dużo jagód. Wstałem więc, powarkując wściekle i ruszyłem w stronę sporej skałki, na którą miałem nadzieję się wdrapać. Co prawda Foxy coś tam marudziła odnośnie tego gdzie się niby wybieram, ale łagodnie mówiąc to olałem i już po chwili siadłem sobie pond wszystkimi, w spokoju i znów wyciągnąłem pysk w kierunku wiatru. Nos... no swędział... jak zazwyczaj kiedy wiatr wpadał mi w niego centralnie. Tylko o czym to niby ma świadczyć? Przecież w takiej sytuacji każdego nos by swędział...
- No swędzi... - zawołałem i usadowiłem się wygodniej, zerkając na wszystkich z góry. Nie koniecznie miałem ochotę się stąd ruszać...

Evangeline
To głupie, że jako książęta i księżniczki mamy takie beznadziejne zadania. Kto w ogóle wybrał tą nudziarę na naszego nauczyciela? Gdy wrzeszczała wniebogłosy, budząc nas, jeszcze bardziej chciało mi się spać. Chociaż wątpię, czy ktokolwiek zasnął przy jej skrzeczeniu. Foxy kazała nam medytować. No proszę, jeszcze chwila i zasnę na siedząco. Ale cóż, niech jej będzie. W końcu chcę odkryć swój żywioł, jakikolwiek by nie był. Byłam ciekawa, jaki mi się dostanie. Podejrzewałam, że ruda łajza ma nadzieję na powietrze, skoro przyprowadziła nas w takie miejsce. Mówiła coś o jakimś swędzeniu nosa, ale kto by jej tam uważnie słuchał? Chyba lubiła brzmienie swojego głosu, skoro niemal cały czas miała otwarty pysk i coś tam mówiła, do siebie czy do kogokolwiek. Gdy swędzenie się pojawiło, przemilczałam to. Ta, nie będę się chwalić. Ostatecznie jestem księżniczką i waderą lepiej wychowaną od innych, a przynajmniej za taką się uważam. Na wyskoki jeszcze nie pora, jak sądzę.

Foxy
Cały dzień spędziliśmy na medytacji, co było naprawdę nudne, jednak niezbędne do otwarcia bram energii. Śmieszyło mnie, że po zaledwie paru godzinach niektóre wilki przyznawały się, że swędzi ich nos. Naprawdę? To nie jest takie proste, otwarcie się przed tą tajemniczą mocą, dlatego kazałam im dalej medytować. Jutro powinni być gotowi na zaproszenie...
Wstałam jak zwykle wcześniej od szczeniaków, więc musiałam ich budzić. Ta sama szopka co wczoraj "Daj spać", "Odczep się!", i inne warkoty, które olewałam. Jak ktoś nie chce po dobroci, to niech nie zapomina, że futro całkiem szybko płonie. Dobrze, że jest tu woda, przy okazji się wykąpie. Ehh, marnują tylko czas na odgrywanie tych scenek... O Arcanusie! Miejmy to za sobą!
- Dobra, dzisiaj pora na modlitwę do Arcanusa. - dałam zadanie, jednak sądząc po ich minach, rzadko odwiedzają kapłankę.
- Znajdźcie sobie odpowiednie miejsce, w samotności i zacznijcie się modlić. Po południu zaczniemy praktykę. - powiedziałam, a w odpowiedzi zaczęło się marudzenie i ponowne marnowanie czasu. Może z godzinę zajęło, żeby w końcu się zamknęli. Jakby nie wiedzieli, że współpraca jest kluczem do skończenia zajęć. Im szybciej zrobią to co każę, tym szybciej odkryją moce, dostaną stanowisko i w końcu, skończą edukację.
Kiedy wybiło południe, zebrałam szczenięta i zaczęłam tłumaczyć jak dokładnie ma wyglądać trening praktyczny. Zaczęliśmy od czegoś małego, kulki powietrza. No cóż, ja nie posiadam tego żywiołu, więc tylko pokazywałam ruchy i tłumaczyłam. Przerzucamy ciężar ciała na prawą stronę, podnosimy ugiętą lewą łapę, głową robimy koło, odkładamy lewą łapę i przenosimy ciężar ciała na nią. Oczywiście najpierw powoli, potem szybciej i jeśli nabiorą wprawy, powinno się udać. Może nie za pierwszym razem, ale powinno. Zakładając, że ich medytacja i modlitwa była wykonana prawidłowo.

Zeconi
Wstałem rano, kiedy usłyszałem krzyki Foxy. Mimo iż wczoraj był najnudniejszy dzień, jaki mogłem sobie tylko wyobrazić, miałem tą głupią nadzieję, że dzisiaj będzie inaczej. Oh, jak bardzo chciałem się nie mylić, tak bardzo się zawiodłem słysząc, że mamy się modlić. Niby o co? O żywioł? Toż to bezsensowne, bowiem moc mi się należy, tak? Po to są by je posiadać, brak żywiołu to zwykłe upośledzenie, a ja jestem zdrowy jak ryba. Swoją drogą, czy ryby mają żywioły? One są strasznie głupie, nic nie robią, totalnie. Pływają, jedzą i się rozmnażają. Nie wyobrażam sobie jak jakaś ryba ma koronę, jest rybim królem i poddanych, serio... totalnie bezsensowne. A co jeśli tak jest i mają na dnie oceanu jakiś zamek? Syreny to może i tak, ale ryby? A jeśli już o syrenach mowa to są strasznie brzydkie, przynajmniej z tego co widziałem na materiale, który pokazywali nam w szkole. Wiem też, że strasznie skrzeczą, tak bardzo, że boli uszy.
Z głupich przemyśleń ocuciła mnie nauczycielka, która widziała, że zamiast się modlić to gapię się bezsensownie przed siebie. No trudno, będę udawać, bo modlić to na pewno się nie będę. Nie umiem. Jak zostanę cesarzem to obalę tą głupią wiarę, strata czasu i tyle. A historyjki rudej o tej całej katastrofie i że niby widziała naszego pana, to zwykłe bajki. Przyśniło jej się to i teraz opowiada, byśmy myśleli, że jest super. Pff. A może by tak spytać mamę? Ona powinna coś wiedzieć o katastrofie, w końcu są w podobnym wieku, tak myślę.
Wróciłem na miejsce, w którym wczoraj medytowałem i udawałem, że się modlę. Nie wiedziałem jak to robić, więc po prostu zamknąłem oczy, usiadłem i opuściłem łeb, szepcząc sobie wyliczankę pod nosem. Foxy nie przeszkadzała, jednak naprawdę to długo trwało, że aż zaczynałem się nudzić. W końcu zająłem umysł wymyślonymi zdarzeniami i nim się zorientowałem, przeszliśmy do praktyki. Wadera pokazywała ruchy i opisywała słownie, co powinniśmy czuć i jak to powinno działać. Zrobiłem wszystko dokładnie tak jak kazała, jednak nie udawało mi się. Zacząłem panikować, że może jestem upośledzony, aż tu nagle ku mojemu zdziwieniu... udało się. Było to naprawdę przyjemne uczucie, wiatr z morza uderzył o mój pysk, zamknąłem oczy a wtedy poczułem dreszcze. Powtórzyłem ruchy z zamkniętymi oczyma, a kiedy zrobiło mi się ciepło, otworzyłem je. Udało mi się posłać prostą kulkę w morze! A więc.. powietrze?

Urian
Długo nie mogłem przestać psioczyć i marudzić pod nosem. Wczoraj okazało się, że nie będziemy już robić nic... Początkowo mnie to nieźle wkurzyło. Jak to? Po co to całe swędzenie w nosie, skoro nic więcej miało się nie dziać i mieliśmy zwyczajnie siedzieć i medytować? Z drugiej jednak strony często siedziałem tak, byle wysoko i byle poniuchać nieco wiatr. Lubiłem to i... nawet fajnie, że można było tak sobie spokojnie posiedzieć nie słuchając jazgotu innych.
Następnego dnia Foxy znów zerwała nas skoro świt i kazała nam się modlić. Może jeszcze bić łbem w ziemi i jęczeć o cud? No błagam! Z tym, że mus to mus... Nie miałem nic do naszego boga, można by uznać, ze go szanowałem, w końcu był stwórcą i tak dalej. Nie biłem jednak pokłonów z byle powodu, nie wykrzykiwałem, że to, a to, to zapewne jego kara, a co innego ogromna łaska... Wilkom zdarzały się różne rzeczy i szczerze wątpiłem, żeby bóg sobie wisiał nad każdym i tak ich kierował, żeby potknęli się o właśnie ten, konkretny kamyk... Ale co ja będę się wtrącał w to, w co niektórzy wierzyli. Teraz miałem się modlić, więc się modliłem. Nie tylko modlitwami, jakich nas uczono, one były... drętwe. Nie lepiej było samemu wymyślić co się chciało takiemu bóstwo przekazać? Zawsze tylko oklepane dziękuję za to i za tamto i spraw by było tak, a tak...
Po skończonych modlitwach zostaliśmy uraczeni cudowną choreografią taneczną... No naprawdę to przeurocze. Łapka tutaj, łepek tam, zawinąć jeszcze zadkiem i można śmigać na tańce. Przy pierwszych próbach było więcej śmiechu niż faktycznego treningu, co zirytowało naszą mentorkę... Mówi się trudno. W każdym razie nieco takiego hopsania z łapy na łapę i kręcenia łbem i wykulałem coś, co było niedużą wirującą powietrzną bańką.
- Ha! - zakrzyknąłem i poruszyłem się jakoś tak, że kuleczka śmignęła w stronę Lee. Wilczyca warknęła na mnie, bo nieco potargałem jej futro na grzbiecie.

Lee
Modlitwa? Że niby co - mam teraz prosić o to, o tamto, przepraszać za coś? Bzdura! Moim zdaniem było to całkiem niepotrzebne. Jeżeli potrzebowałabym jakiejś pomocy ze strony Arcanusa, to sama bym się wybrała do kapłanki i to zrobiła. Meh... Dobra, trzeba stwarzać jakieś pozory. Pochyliłam lekko łeb, a później zaczęłam mamrotać jakieś słowa, które jako pierwsze się nasunęły na język; a brzmiało to mniej więcej tak: skała, morze, niebo, chmura, łapa, futro, zadek siostry... I tak dalej. Gdy dostrzegłam, że Foxy zbliża się do mnie, poczęłam głośniej wymawiać moją "modlitwę".
- Wielki Arcanusie! Proszę cię o błogosławieństwo dla mojej rodziny, a szczególnie dla braci, aby dobrze im się powodziło podczas władzy. Dziękuję za... Eee... - mówiłam.
Ruda kiwnęła głową na znak, iż dobrze to robię. Uśmiechnęłam się sama do siebie, bowiem nauczycielka była naiwna. Czy ona na prawdę myślała, że będziemy sławić tego naszego stworzyciela całym sercem? Hah, śmieszne.
W końcu mieliśmy ćwiczyć praktykę. Stara wadera pokazała nam jakieś dzikie pląsy. I ponoć tak ma wyglądać nasze używanie żywiołów? Bardziej miałam wrażenie, że jesteśmy na kursu tańca, niżeli odkrywaniu żywiołu. W każdym bądź razie zrobiłam to, co kazała nam Foxy, lecz nic się nie stało. Powtarzałam to ciągle i ciągle, aczkolwiek skutków nadal nie było widać. Czyżbym była bez żywiołu? Nie... To nie może być prawda! Moi dwaj bracia już posyłali kulki, a jedną Urian trafił we mnie. Nastroszyłam sierść i odwróciłam się w jego stronę.
- Spadaj, dupku! - syknęłam nienawistnie.

Evangeline
Modlić się? Ruda teraz to tym naprawdę przegięła. Co ona sobie myśli, że nas nawróci na dobrą ścieżkę? Czy ja wyglądam, jakbym czciła kogoś lub miała taki zamiar? No, pewne osoby podziwiałam, ale nikogo nie czciłam. Jeszcze nikt nie był na tyle cudowny, by mnie zachwycić. Poza mną samą, oczywiście. Cóż, chciałam jednak mieć swój upragniony żywioł, więc pochyliłam głowę, przymknęłam oczy i zaczęłam coś tam mruczeć bez ładu i składu, co spodobało się naszej kochanej nauczycielce, bo przechodząc koło mnie, pokiwała głową z aprobatą. Głupia modlitwa zaliczona. Później musieliśmy wykonywać ruchy przypominające wijące się po wyciągnięciu z wody ryby. Idiotyczne! Kto to w ogóle wymyślał? Nie zdziwiłabym się, gdyby Foxy. Albo to jej całe prześwietne bóstwo, którego imienia nawet nie mogłam sobie przypomnieć. Czy takie imię jest w ogóle warte zostania zapamiętanym przeze mnie? Ono albo jego nosiciel? Nie sądzę. Tak jak chciano, ruszałam się, myśląc o powietrzu, którym mogłabym udusić rudą. W końcu machnęłam łapą, mrużąc oczy, i ujrzałam lecącą płynnie powietrzną kulę niewielkiej wielkości. Udało się, wreszcie!

Foxy
Dałam szczeniętom tydzień na opanowanie i odkrycie żywiołu, co w zupełności wystarczyło, by większość dała sobie radę. Cóż, reszta najwyżej posiada inny żywioł niż powietrze czy woda. Dziwiło mnie trochę, że dali radę odkryć ten mokry żywioł, bowiem najłatwiej jest zrobić to na Glacies. Magów wody zabieram na samym końcu, bowiem jest to naprawdę proste w odkrywaniu, jeśli mamy teren, gdzie woda stanowi jakieś osiemdziesiąt procent. Nie przebywamy tam dłużej niż cztery dni, najgorzej jednak jest z ogniem. Oh, z tymi to się muszę męczyć, czasem wycieczka się dłuży albo po prostu uznajemy, że mają inne moce.
- No dobrze, czy wszyscy są? - zapytałam, stojąc przed gromadką wilczków i rozglądając się. Oj, dostałoby mi się, gdybym o jednym zapomniała.
Po przeliczeniu ruszyliśmy w drogę powrotną, która była... no cóż, męcząca. Głupie kulki powietrza i głupie szczyle, ehh... chyba odejdę na emeryturę.

Evangeline - Koniec jest początkiem

Zabili Red Rose, mojego ojca, a zarazem cara. Jak smutno, doprawdy. Gdy leżał w niemal bezruchu i choroba go powoli wykańczała, czasem siedziałam przy nim. A on nawet słowem tego nie skomentował. Starałam się urosnąć w jego oczach, zasłużyć na szacunek innych, wybić się jako ta, która przy nim siedziała w jego złych chwilach. I co? I nic. Wydał ostatnie tchnienie, podobno przez kogoś zamordowany. Dobrze mu tak, jak sądzę. Ma za swoje. Dotarły do mnie pogłoski, że miał wrogów. Podobno nie był taki, na jakiego wyglądał. Nie zdążyłam się o tym przekonać i jakoś specjalnie nie żałuję. Co bym z tego miała? Aczkolwiek nie przejmowałam się biednymi mieszczanami, bo kto by się nimi zadręczał? Z pewnością nie ja, co to, to nie. Z pewnością jednak nie tylko ja czerpałam cichą radość z tego zgonu, bo w końcu ktoś za niedługo zostanie kolejnym cesarzem. Ktoś - czy też raczej mój brat. Koniec zawsze jest czegoś początkiem. Koniec starej władzy jest początkiem nowej. Jakoś niespecjalnie mnie obchodził przyszły car, skoro nie będę nim ja. Niezależnie od wyboru, i tak nic się nie zmieni. A jeśli już, to niewiele. Żaden z moich braci nie byłby zdolny wprowadzić w nasze życie diametralnych nowości. Uśmiechnęłam się sama do siebie, rozbawiona tą myślą, po czym skierowałam się w stronę pracowni. Nie miałam nic ważnego do zrobienia, a za to sporo czasu do wykorzystania. Doprawdy, bycie dorosłą księżniczką czasem może być nudne. Kiedyś w ogóle bym tak nie pomyślała, ale teraz to wiem. Księżniczki i książęta? Niewiele więcej ponad zwykłe wilki, tyle że z większą liczbą przywilejów. Mi to tam odpowiadało, wyłączając niską pozycję, bo to było w tym jednym z najgorszych. Cóż, zamierzam kiedyś zrobić coś, co sprawi, że nie będzie potrzebne mi stanowisko, by każdy rozpoznał mnie po samym choćby wyglądzie. Imię pewnie większość zna i kojarzą, w końcu jest się tą księżniczką niczym symbolem dla wieśniaków, że władcom się powodzi... Gdyby tylko nie ta niefortunna śmierć starego, chorego cara. Odkaszlnęłam, ukrywając śmiech. Nie chciałabym nikomu podsunąć takiego swojego wizerunku - samotnie idącej i śmiejącej się do samej siebie. Jeszcze by wpadli na pomysł szukania mi towarzystwa, przez co narzucaliby mi się. Przywlekli by przed moje oblicze tłum komików, nauczycieli i nie wiadomo jeszcze kogo, aby mnie rozweselili lub zajęli. Nie pozwolili by mi odejść, dopóki bym perfekcyjnie nie udawała szczęśliwej, zadowolonej i radosnej wadery, jaką nie byłam. Dla nich byłoby to dobrym czynem dla smutnej księżniczki (gdybym tylko tak się właśnie czuła), a dla mnie karą i utrapieniem. Bo w końcu ileż można gapić się na jakiś głupich błaznów, myślących o sobie, że są zabawni? Od śmiechu aż można zachrypnąć. Głupia rozrywka prostych wieśniaków, którzy potrzebują odetchnienia od swojej jakże żmudnej pracy. Truchtałam sobie spokojnym, równym tempem, aż dotarłam do pracowni. Jakoś akurat miałam ochotę tam posiedzieć - nie, żeby zagłębiać wiedzę, skąd. Miałam dość lekcji z tą naiwną rudą waderą, która sądziła, że zostaje wysłuchana. Płonne nadzieje. Weszłam do pomieszczenia, lecz z powodu natłoku myśli nie wyczułam, iż przebywa tam wilk. Był to basior o ciemnej sierści i żółtych oczach. Szaman. Spojrzałam mu w oczy pewnym wzrokiem, chociaż w myślach przeklęłam samą siebie za brak czujności i zastanawiałam się, czy mu w czymś nie przeszkodziłam.

Olethros
Pamiętam jak jęknął, w jego oczach widać było strach... Gdy konał, wydobywałem z niego krew. Żywy jeszcze, jęczał z bólu. Narysowałem na ścianach i podłodze znaki cenną krwią Red Rose. Niech strażnicy wejdą tu i spojrzą najpierw na znaki a nie swego zdechłego cara. Niech zastanowią się i niechaj wybiorą co słuszne. Oj, pamiętam, że zabiłem go w ten dzień dlatego, że Igrante okazał się prawdziwą suką i odszedł pomarzyć o rewolucji gdzie indziej. Ale mnie wtedy wkurzył... Pamiętam kroki strażników i jak otwierają drzwi... Ta panika... Ja wtedy uciekłem z Zamku i wróciłem bezpiecznie do Glacies. Potem wędrowałem cały czas po Arcanterze. Parę razy strażnicy byli naprawdę blisko... Czasami zdarzało mi się wrócić na tereny wioski albo zamku by sprawdzić czy ktoś nie był ślepy i poszedł za moimi śladami w wierze.
Tego ranka postanowiłem wejść do Zamku. Gdy dotarłem do bramy odżyły we mnie wspomnienia. Pamiętam jak mój ojciec i matka ukazali mi się gdy uciekałem. Byli usatysfakcjonowani ze ścierwa jakie złożyłem im w ofierze.
Uśmiechnąłem się do siebie lekko, gdy zauważyłem strażnika, który skręcał w korytarz, na którym się znajdowałem. Zarejestrowałem tabliczkę na drzwiach ogłaszającą, że tam mieści się pracownia szamana. Oh... Wślizgnąłem się tam, mając nadzieję, że tam mnie nie znajdzie. Rzuciłem torbę w kąt i usiadłem pod oknem. Spojrzałem na parę roślin wiszących pod sufitem. Nie były ciekawe. Wszystkie znałem - były nieszkodliwe. Wtedy usłyszałem otwierające się drzwi. Weszła jakaś wadera. Kurwa, jak teraz nie krzyknie to ja jestem chińska róża. Warknąłem z irytacji, wstałem i wciągnąłem jej zapach. Mieszkała w Zamku, to pewne. Więcej to nie wiem. Mały przedmiot. Mały... O, nie, nie. Na Selene... Czy to jest nasza księżniczka? Zastanawiałem się nad tym czy uciec gdzie pieprz rośnie czy ją zabić.

Evangeline
Rozglądałam się powoli po pracowni szamana, nie spuszczając go jednak z wzroku. Gdybym teraz zaczęła się drzeć, strażnicy przylecieli by tu jak na skrzydłach. Zostałabym zapamiętana jako ta, która znalazła mordercę cara. Doprawdy, nie wiem jakim cudem strażnicy w ogóle jeszcze mają swoje pozycje. Na miejscu władcy ukarałabym takich bezużytecznych nieudaczników, którzy jednego wilka nie potrafili porządnie złapać, mając do dyspozycji całe oddziały i magię. A ja, młoda księżniczka, która nie wie nawet, jaki ma żywioł, widzę mordercę podczas zwykłej przechadzki do przypadkowego miejsca. Zdumiewające. Jednak, rozmyślając nad sytuacją, w której obecnie się znalazłam... Nie kochałam zbytnio ojca, szczerze powiedziawszy, i jakoś nie zależało mi na uznaniu za schwytanie jego zabójcy. Nie... Ten szaman musiał być niezwykłym wilkiem, skoro zabił cesarza, uciekł i jeszcze żył. Ta myśl skłoniła mnie więc do cichego zamknięcia za sobą drzwi.
- Zabiłeś mojego ojca. - zaczęłam zimnym, stalowym głosem.
Taki ton mógł zasiać w żółtookim basiorze ziarno zwątpienia w to, co mogło mną kierować. Ale jeśli ten wilk zabił Red Rose, pewnie czas go nagli... Toteż kolejne zdania wypowiedziałam cicho i szybko:
- Niby cię nie znam, a jednak cię podziwiam. To niezwykłe, co zrobiłeś. Słyszałam coś o jakichś znakach, które narysowałeś przy ciele. Religia szamana? Wiesz... Nie chcę zostać zapomniana. Muszę coś zrobić, co utkwi wilkom w pamięci. Jakiś niezwykły czyn... Jak zabicie cara. Mogę dokończyć zdarzenia, które zacząłeś. Naucz mnie swojej religii. Ja... Ja ci rozkazuję. A jak tego nie zrobisz... Wydam cię. Wystarczy jeden krzyk, a zjawią się tu strażnicy.
Desperacja? Możliwe. Ale gdy cel uświęca środki... Nieważne jak, ja już utoruję sobie drogę do długotrwałej, pośmiertnej sławy.

Olethros
Wadera zamknęła za sobą cicho drzwi. Ha ha. Taka mała a może tak efektownie wejść. A potem wypowiedziała te trzy słowa, które zasiały we mnie niepewność. Zaraz... Chce się zemścić? Idzie na zabijakę z tymi swoimi słodkimi łapkami? Serio? Prychnąłem, tak to wydało mi się zabawne. Pewnie nie ma jeszcze swojego żywiołu. Umilkłem i słuchałem, co ma dalej do powiedzenia. Nie wierzę, słucham jednorocznego przedmiotu zamiast uciekać albo go zabić. Co się porobiło. Uśmiechnąłem się, gdy powiedziała, że mnie podziwia, jednak w tym samym czasie przekrzywiłem łeb nieufnie. Jak coś kręci to umrze szybko... Bezboleśnie jednak, bo mnie podziwia. Och. Słodkie. Rozkazuje mi.
- Rozkazujesz mordercy? - uśmiechnąłem się. - Pomóż mi uciec a przywrócę ci wzrok, oto stoi przed tobą potomek Charsa i Hekate.
Nie czekając na jej odpowiedź wyskoczyłem przez okno.

Evangeline
Jak on śmie?! Za kogo on się uważa, ten stary, przeklęty zabójca? Myśli, że wszystko mu wolno? Myśli, że może nie wykonywać moich rozkazów? Myśli, że może przyjmować moje pochlebstwa i nie dać mi tego, czego pragnę? O, naiwne z niego szamańskie istnienie! Jestem księżniczką i nie zamierzam tolerować zniewag, takiego zachowania ani niczego podobnego. Och, już ja mu pokażę, co to znaczy uciekać ode mnie, co to znaczy sprzeciwiać się mi, co to znaczy kończyć, gdy ja chcę zaczynać. Tak więc zrobiłam to, co powinnam była zrobić wcześniej, gdybym przejrzała tego idiotę; zrobiłam to, co powinno należeć do moich obowiązków; zrobiłam to, co zrobiłby każdy inny wilk na moim miejscu - trzasnęłam drzwiami i wrzasnęłam tak głośno, jak tylko potrafiłam:
- SSSTRAAAŻEEE!!! ZABÓJCA TATUSIA ZWIAŁ PRZEZ OKNO!
Już po chwili do moich uszu dobiegł odgłos biegu wielu wilków Powstrzymałam cisnący mi się na pysk uśmiech z powodu tego, że szaman pożałuje swojego czynu, a zamiast tego przybrałam smutną, przerażoną minę, i sprawiłam, że łzy napłynęły mi do oczu. Genialnie udaję, muszę to sobie przyznać.
- Przez okno, wybiegł przez okno! - dodałam płaczliwie, gdy strażnicy się zjawili w zasięgu wzroku.

Strażnicy już wiedzieli wszystko i kwestią czasu było dotarcie do czarnego basiora. Jednak generał głupi nie jest i nim wydał rozkazy udania się do komnaty, obstawił zamczysko i przygotował specjalne powitanie. Druid był pewny swej decyzji, Olehtros Caeletis, lat 12, żywioł powietrze, mieszkaniec Arcanterry i szaman... został skazany na karę śmierci. Nie będziemy tego dłużej ciągnąć, raz udało mu się uciec, jednak kryjówka na Glacies była naprawdę sprytnie ukryta, ale to też byłaby tylko kwestia czasu.
Kiedy do uszu kaprali doszły krzyki księżniczki Evangeline, natychmiast przystąpili do akcji, informując również całą resztę wojska. Nie miał szans... obrzucenie ogniem, powietrzem, ziemią i wodą sprawiło, że jego śmierć była szybka i bezbolesna. Płakać nikt po nim nie będzie, a nim się zorientowaliśmy ciało pochłonęły ciernie, jednak tajemnicza czerwona mgiełka ulotniła się, wskazując znak czaszki, nim całkowicie się rozpłynęła.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Sarissa - Ezoteryka (2)

Zaczęłam z rana. Wyspana już w miarę, spięta, owszem, ale potrafiłam jeszcze jako tako to opanować. Śniadanie sobie odpuściłam, bałam się, że w pewnym momencie mnie zwyczajnie zemdli. Nie myliłam się wcale, bo ledwie poczułam silny aromat palonych ziół, a w głowie mi się zakręciło i gdybym coś zjadła, to mogłabym mieć teraz nie lada kłopot. Mimo to musiałam się przemóc i przecierpieć, bo ta metoda była dla mnie najskuteczniejsza. Tak, próbowałam innych, od medytacji, po wypicie pewnego niezbyt miłego specyfiku. Aromat ziół jednak działał na mnie najlepiej, pomagając mi wpaść w trans, w którym póki dowidziałam niestety tylko zamglone kleksy, ale dziś byłam zdeterminowana to zmienić.
Było jednak jeszcze coś, a raczej ktoś, kto zaprzątał moje myśli. Mianowicie, tęskniłam za Rue. Zastanawiałam się co tam u niej, czy mogłabym ją odwiedzić… Tak dawno się nie widziałyśmy. Praca strasznie mnie ostatnimi czasy pochłonęła. Nauka jeszcze bardziej…
Wizja nadeszła szybko i niespodziewanie. Moje myśli błądzące wokół białej wilczycy ukierunkowały wizję właśnie na jej osobę. Zobaczyłam jej wykrzywiony bólem pysk… bólem i strachem. Widziałam jak ciężko oddycha, jak z jej oczu płyną łzy. Była chora? Umierająca? Przeraziłam się, spodziewając się najgorszego, ale po chwili zobaczyłam w jej zmęczonych oczach i radość. Spojrzała na coś, co ktoś jej podał…
Nie potrafiłam opisać radości jaką odczułam widząc przyjaciółkę liżącą maluchne, nowo narodzone szczenię. Było cudowne, tak samo jak i pozostałe maluchy.
- Rue jest w ciąży! – zawołałam gdy ocknęłam się z transu. – Albo będzie.. – dodałam, bo nie wiedziałam jak odległą przyszłość widziałam. Tak czy inaczej musiałam zobaczyć się z waderą…

niedziela, 29 stycznia 2017

Sarissa - Ezoteryka (1)

Ezoteryka do tej pory była dla mnie czymś, co uważałam za całkowitą tajemnicę i nie rozważałam jakoś szczególnie jej używania. Było to dla mnie coś nazbyt mistycznego i odległego od kogoś, kto wychował się brodząc po brzuch w błocie i mając z tego radochę. Teraz jednak stanęłam przed wyzwaniem nauczenia się właśnie tej oto tajemnej wiedzy. W końcu pragnęłam dostać posadę maga, a do tego była mi ta umiejętność niezbędna.
Ruszyłam do biblioteki z niemałą niepewnością, a co jeżeli mi się tym razem nie uda? Wszystko do tej pory szło mi dobrze, udawało się, a moje starania zostały nagrodzone… Co jeżeli tym razem poniosę porażkę?
Westchnęłam głęboko i wyjęłam kamień aby go uaktywnić. Minęła chwila nim wewnątrz mej czaszki rozbrzmiał się głos, który spokojni, aczkolwiek rzeczowo przedstawiał czym ezoteryka jest. Kontakty z duchami, wsłuchanie się w ich głosy, przepowiadania przyszłości i wielkie zaklęcia. To mogło mnie czekać jeżeli tylko opanuję tę ciężką sztukę krok po kroku.
Słuchałam z uwagą każdego słowa. Początkowo jak obudzić w sobie zdolność do przewidzenia przyszłości. Jak wypatrywać znaków, wprowadzić własny umysł w trans, który mógł ukazać kilka scen z życia innej osoby, a przy ogromnym szczęściu i swego własnego. Zaglądanie w przyszłość zaczęło być dla mnie nagle nie tylko przerażające, ale i intrygujące. Gdybym przewidziała coś złego mogłabym kogoś ocalić, sprawdzić na właściwą drogę prowadzącą do szczęścia, nie do smutku i śmieci.
Z biblioteki znów wyszłam dopiero nocą gdy byłam pewna, że zrozumiałam, co muszę zrobić, by moja pierwsza przepowiednia mogła ujrzeć światło dzienne.

sobota, 28 stycznia 2017

Sarissa - Alchemia (2)

Nadszedł dla mnie czas próby. Od samego rana kompletowałam składniki. Sprawdzałam wszystko kilkukrotnie. Nie tylko w swojej pamięci, ale także w kamieniu dotyczącym alchemii. W końcu miało to być pierwsze, co samodzielnie stworzyłam i postanowiłam przetestować to na sobie, bo co jak co, ale nikogo innego bym nie naraziła. Nie pozwoliłabym sobie na popełnienie błędu i zrobienie komuś krzywdy. Nie mogłam i przenigdy bym tego nie zniosła. Dlatego też pierwszym królikiem doświadczalnym będę sama co nie zmieniało faktu, że miałam zamiar naprawdę się postarać. Nie chciałam w końcu i sobie zaszkodzić…
Jeszcze raz sprawdziłam czy wszystko dobrze odważyłam, każdy najmniejszy składnik. Zioła, kolejno: orle ziele oraz śnieżna stokrotka - aby utrwalić działanie, pallas – aby wzmocnić warunków fizycznych i ostatni Fissria – aby ukierunkować działanie pozostałych składników.
Wrzuciłam do naczynia Fissrię i podgrzałam ją. Wszystko co pozostało dokładnie starłam razem i dorzuciłam do gorącego naczynia. Całość prażyła się do momentu gdy proszek ujednolicił się, zrobił czerwonawy, a nadmiar płynu ze świeżych roślin odparował całkowicie. Teraz wystarczyło to wystudzić, sprasować w odpowiednie pastylki i… cóż powinny wzmacniać siłę.
Gdy wszystko było już gotowe sięgnęłam po jedną z tabletek.
- Raz kozie łeb ucięli… - rzuciłam sama do siebie i połknęłam tabletkę. Skrzywiłam się podświadomie bojąc się, że coś złego się stanie, ale… nie poczułam nic poza przyjemnym mrowieniem, które uraczyło mnie przy okazji dziwnym poczuciem, że coś się zmieniło i to na lepsze.
- To działa! – zakrzyknęłam. Mój pierwszy specyfik okazał się udany. Byłam wniebowzięta.

piątek, 27 stycznia 2017

Olethros - Piekło

Plan mięczaka Ingrate poszedł w pizdu parę dni temu, ale był wkurwiony jak wychodził! Geez, Chars, ratuj mnie. Postanowiłem się nie zamartwiać, pójść na spontan i odwiedzić cara. Byłem na terenach Zamku. Wziąłem ze sobą sztylet, doświadczenie, i parę dusz, które chciały pomóc i miały olej w głowie. Jeden z nich, najpotężniejszy, którego udało mi się przywołać nazywał się Beren i pałał nienawiścią do wszystkiego i znał Arcanterrę jak własną torbę. Taki widok aż cieszy oczy! Wszedłem do Zamku bez zwad ze strażnikami, a duchy zrobiły się niewidzialne. Wszedłem na ostatnie piętro i stanąłem przed zdobionymi drzwiami do komnaty cara przedtem gruchocąc strażników o ściany i wyłudzając od nich hasło. Słyszałem, że świnia ostatnio nie wychodzi ze swej siedziby, bo jest chora czy coś. Wszedłem do środka. Red Rose zastałem na posłaniu. Nie wiem czy spał, leżał czy może miał waderę pod sobą - nie obchodziło mnie to. Zwolniłem dusze by czyniły swą powinność, zamieniłem wiatr w ostre jak brzytwy ostrza pamiętając by nie przesadzić, bowiem ogień panuje nad powietrzem. Potem wbiłem sztylet. Rozpętałem piekło zastanawiając się czy aby nie spotkam jednego szczeniaka po drodze. Przydałaby by się i taka obiata.

czwartek, 26 stycznia 2017

Rue - Rodzina

Basior rozpalił małe ognisko. Wtuliłam się w jego czarne, grube futro. Było mi tu tak wspaniale... Itten polizał mnie po głowie. Trwaliśmy w ciszy, która o dziwo nie była jakaś niekomfortowa. Do mych uszu docierał tylko dźwięk 'strzelającego' drewna. Pojedyncze iskierki rozświetlały jeszcze bardziej okolicę i nadawały przytulnego klimatu. W dodatku księżyc był w pełni, co już na prawdę czyniło tą scenerię bardzo romantyczną. Odsunęłam się lekko od wilka, gdyż chciałam mu zadać pewne pytanie.
- Dlaczego nie chcesz zamieszkać w zamku? - zapytałam.
Itten lekko się skrzywił. Już kilka razy pytałam go o to, lecz mi nie odpowiadał. Tym razem chyba w końcu przemógł się.
- Mieszka tam mój brat... Od zawsze uważał się za lepszego - i właściwie tak było. Posiada on żywioł wody, dzięki czemu z łatwością mógł mnie pokonać w każdym naszym starciu. Za młodu oboje zakochaliśmy się w tej samej wilczycy; miała na imię Cona. Jakimś cudem wolała mnie. Mój brat był z tego powodu wściekły, więc pewnego dnia zakradł się do jej komnaty i... - Itten zaciął się - ...i ją molestował. Cona została zmuszona do tego, aby mnie opuścić - inaczej zostałaby zabita. Dopiero później dowiedziałem się od jej siostry całej prawdy.
W oczach samca pojawiły się łzy. Uświadomiłam sobie, iż to było dla niego bolesne.
- A zdradziłbyś mi przynajmniej jego imię? - dopytałam niepewnie.
Czarny basior pokręcił przecząco głową. Westchnęłam i bardziej go przytuliłam.
- Zapomnijmy o tym. To przeszłość - zmienił temat - Jesteś głodna?
- Nie. Zjadłam już wcześniej kawałek sarniny.
Pomiędzy nami panowało pewne napięcie. Można by rzec, iż było 'sztywno'. Postanowiłam już nie zadawać takich pytań. To mogłoby źle wpłynąć na nas.
- Tak właściwie to... Czy zastanawiałaś się nad szczeniętami? Jesteś mi bardzo bliska, a założenie rodziny jeszcze bardziej wzmocniłoby nasze więzi.
Zamarłam. Dosłownie zamarłam. Nigdy nad tym nie myślałam, ale perspektywa wspólnej opieki nad potomstwem była bardzo ciekawa.
- To byłby dobry pomysł - odparłam przybliżając się do niego.
Itten wiedział już co zrobić.

środa, 25 stycznia 2017

Olethros - La liberte ou la Mort

Spojrzałem na czarnego basiora przede mną. Właśnie oświadczył mi, iż rewolucja mu się marzy! Niech zapierdala do rewolucjolandii. Z początku myślałem, że Pan Plebs jest w miarę rozgarnięty bo ładnie mówił o cichym zabijaniu... Ale teraz... Rewolucja.
- Gdyby rewolucja miała wybuchnąć... Red Rose zaraz sam zdechnie a po nim zostaje chmara bachorów. A kto by podnosił łapę na szczeniaki, co? - przerwałem. Przypomniało mi się, że w mojej watasze składano ofiary ze szczeniaków. Spojrzałem na niego. Co by się stało gdyby strażnicy zastali po południu w komnacie cara mającego aureolę z własnej krwi... A naokoło niego wisiały by jego szczeniaki. Za nimi, na ścianie, ogłosiłbym im prawdziwą wiarę krwią tego, który sam miał się za bóstwo.

Ingrate
Jak to bez rewolucji? To po co on mnie w ogóle tutaj wzywa, jak bez rewolucji nie ma sensu w ogóle zabierać się za królobójstwo, po śmierci rudego zaraz tylko wybiorą następnego ślepego grubasa, który siądzie na tronie, a całe okoliczne wojsko zbierze się, by tylko nas dwóch, mnie i Olethrosa wytropić i zamordować przed zamkiem na oczach wszystkich okolicznych mieszkańców. Nie wiem, czy skrytobójstwo może nam się tutaj udać - widział te pęczki strażników, kamienie skanujące czy inne pierdoły? Jak nikt nas nie będzie krył ani wspierał, to ten plan jest tak właściwie niemożliwy. No to o czym on myśli? Może on jest szalony? Tak, cholera, teraz to się wpakowałem, sam na sam w małym pomieszczeniu z wielkim, niepoczytalnym basiorem, gdzieś w środku nocy, na odludziu, gdzie na pewno nikt nie usłyszy moich krzyków ani nawet nie znajdzie ciała. Westchnąłem ciężko, podnosząc na chwilę oczy do góry.
- No to czego ty chcesz, jak nie władzy, poprawy warunków życia ani wolności? Chodzi o zemstę czy twoje osobiste chore pragnienia? 

Olethros
Ingrate nie wyglądał na zbyt zadowolonego. Ba! Nawet był wkurzony. Ale co ja mogę kiedy ten debil waderę zapłodnił? Czarny następnie spytał się - w końcu to pytanie musiało wreszcie przyjść - o to czego pragnę. Nie władzy? Będą mi bić pokłony, gdy przyjmą jedyną wiarę. Poprawy warunków życia? Sami będą decydować się na życie w klatce. Mordować będą swe szczenięta i zabijać przyjaciół. Wolności? Kto im broni opuścić Arcanterrę? A czy kochanie prawdziwych bóstw? Czy to nie już wolność? Za co mam się zemścić? Za świnię? Za naszego cara? Co mi takiego zrobił? Nie mam prawa. Osobiste, chore pragnienia... To wola mych rodziców, by car zginął z moich łap jako obiata.
Spojrzałem szczerze na czarnego basiora.
- Pragnę tylko zaprowadzić ich do światła. Wierzą nie w tego co powinni. Wierzą w marne plugastwo, które imituje bóstwa. Wolą mą i mych rodziców jest to by Arcanterra została wyzwolona z łańcuchów kłamstw, które krępują jej postrzeganie prawdy.

Ingrate
O proszę, to teraz się okazało, że mamy sekciarza na kwadracie... Cóż, przy naszym pierwszym spotkaniu w życiu bym nie pomyślał, że on jest szalony, myślałem, że to jakiś równy, silny, mądry gość, który wreszcie uwolni mieszkańców Arcanterry z tego chorego układu, a on tutaj nagle wyskakuje z gadką o jakichś tam bogach. Ja nie kwestionuję, że żadni nie istnieją, ale że żaden jakoś mi się dotychczas nie ukazał, to żadnego nie wyznaję, ale to nie jest ważne, ważne jest to, że nam się właśnie cała idea rewolucji w sekundę rozsypała! No to jest po prostu niewiarygodne! I co będzie dalej, co ja mam teraz zrobić? Szukać sobie innego partnera do planowania wielkiego przewrotu? Samemu podburzać lud? Aj, cholera, przecież doskonale widać, że ci głupi, ślepi wieśniacy nie są jeszcze gotowi na obalanie króla, oni go kochają nie ważne jaki jest, a za mną poszłoby maksymalnie pięć osób. No po prostu pięknie! A wiecie co, mam już w ogóle dość tego całego tematu, boli mnie, że nic z tego nie wyjdzie. Spojrzałem na Olethrosa. Tego durnego sekciarza też mam dosyć, wychodzę, idę do siebie, idę spać.
- No to czego ty ode mnie chcesz?! Idź sobie do Wioski i próbuj nawracać wieśniaków, a nie, o królobójstwie myślisz! - wykrzyczałem, po czym opuściłem jego norę
Podczas drogi do własnego mieszkanka kilka razy odwracałem się, sprawdzając, czy szarooki nie będzie mnie gonił, jak przystało na takiego szaleńca, ale nie. Nie wyszedł na śnieg. A ja cały czas powarkiwałem cicho, nie mogłem i nawet nie chciałem się godzić z losem, byłem wściekły na samą myśl o tym.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Shaula Ka

Urodził się w Cathardea. Od szczeniaka wiedział, że był adoptowany. Nie czuł wtedy i nie czuje dziś potrzeby odnalezienia swojej prawdziwej rodziny. Waderę, która go przygarnęła, traktował jak biologiczną matkę. Ojca rzadko widywał, ponieważ wolał przebywać ze znajomymi niż w spędzać czas w domu. Mimo iż posiadał ich wielu, nigdy nie miał przyjaciół. Po 4 latach opuścił Cathardeę - najzwyczajniej w świecie znudził się monotonnością - aby szukać nowej watahy.

Płeć: Samiec
Kolor oczu: Żółty
Kolor sierści: Czarny
Wysokość: 87
Masa: 62
Imię: Shaula
Przydomek: Ka
Wiek: 4
Żywioł: Ogień

niedziela, 22 stycznia 2017

Zeconi - Nocne żarciki

Zamek powoli zasypiał, jednak ja na to nie miałem ochoty. Wpadłem na genialny pomysł zrobienia kilku psikusów mieszkańcom, tak by rano obudzili się z krzykiem. Dostaliśmy od wujka kilka fajnych rzeczy, na razie nie rozpracowałem kamienia teleportacji, jednak niewidzialność była prawie idealna. Może nie zawsze amulet działał tak jak chciałem, ale działał i na strażników wystarczy. W ogrodach królewskich nałapałem ognistych robaczków, które po nadepnięciu wybuchają, trochę świerszczy i karaluchów. Może nikt się tego nie przestraszy, ale na pewno będzie zły, bowiem trudno je złapać. Jednak zanim wezmę się do pracy, muszę udawać, że jestem u siebie i smacznie śpię. Wyjdę dopiero jak wszyscy zasną.
Naprawdę długo czekałem na ten cudowny moment, tak długo, że poczułem zmęczenie, ale nie mogę się poddawać. Robaki rano byłoby martwe, gdyby zostały w szkatułce, więc muszę je wypuścić jak najszybciej. Wstałem, zabrałem ze sobą skórzaną torbę i założyłem medalion, po czym najciszej jak potrafiłem, wyszedłem z pokoju. Teraz się zacznie zabawa!
Pod jedynymi drzwiami podłożyłem takie śmieszne kuleczki, które przyklejają się do futra i trudno je ściągnąć. U kogoś innego wysypałem taki fajny proszek, który piecze w łapki. Jeszcze zrobiłem śmierdzące bomby z jajek i jak ktoś je nadepnie to ulotni się ten cudowny zapach. Zostały mi tylko robaki, ale je muszę wrzucić do środka. Nagle na korytarzu zjawił się strażnik, więc schowałem się za rogiem i użyłem amuletu, z nadzieją, że zadziała, jednak kapral skręcił. To i tak dobrze. Bierzmy się do roboty!
Za pomocą telekinezy popchnąłem lekko drzwi, a następnie wypuściłem robaczki, mało co nie pękając ze śmiechu. Starałem się być cicho, naprawdę...

Sarissa
Położyłam się dziś niezwykle późno... Miałam wręcz wrażenie, że zaraz wstanie słońce i tyle będzie z mojego spania. Miałam tego dni naprawdę sporo zajęć. Najpierw poszukiwałam ziół, których potrzebował jeden z magów, później pomagałam przy wyrobie maści, nawet jeżeli moja rola sprowadzała się do podawania odpowiedniej ilości ziół. Wieczorem zaszyłam się w bibliotece. Chciałam nieco się podszkolić. Nieco zastanawiałam się czy pasowałaby do mnie posada maga... Może gdybym jeszcze więcej umiała...
Z myślami, które kłębiły się w mojej głowie nie było łatwo pogrążyć się we śnie. W końcu jednak powieki mi opadły, oddech zwolnił, a umysł odpływał do krainy snów... No i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że usłyszałam szmer i coś jakby westchnienie. Zupełnie jakby ktoś wśliznął się do mojego pokoju.
Zerwałam się z posłania, bo naprawdę mnie to wystraszyło. Mimo wszystko, usłyszeć coś takiego, kiedy niemal się już zasypia... Do moich uszy doszedł huk, jakby ktoś coś upuścił, później syk i trzaśnięcie drzwiami. Wtem oprzytomniałam i ruszyłam za rabusiem. Trzeba było przynajmniej straż zaalarmować, co jeżeli ten ktoś kogoś skrzywdzi?
- Hej! - zawołałam za wilkiem, który zniknął za rogiem.

Zeconi
Słysząc iż mieszkaniec tej komnaty wstał, musiałem jak najszybciej zwiewać, żeby nie było, że to ja. Nie chciałbym dostać kary od matki, co to, to nie. Już prawie mi się udało, kiedy usłyszałem za sobą jej krzyk, tak... jej. To była wadera! Extra! Zatrzymałem się i nasłuchiwałem czy czasem nie biegnie za mną czy coś, jednak zamiast tego wywiązała się tam pewna rozmowa, ze strażnikiem. No cudnie! Będę miał przez nią przesrane!
- Stójcie! To byłem ja. - przyznałem się, podchodząc bliżej. Może to coś zmieni? Przyznam się, dadzą tylko pouczenie i okey?
- A książę to co robi o tak późnej porze? Wie książę, że będę musiał powiadomić o tym rodziców, prawda? - oznajmił strażnik.
- A może tylko pouczenie? Proszę? - wyszczerzyłem kły, jednocześnie błagając o to, by nie mówił matce. Stary i tak ma to w dupie, ale mama? Oj nie...
- Znowu tylko pouczenie? Wie książę, że nie chcę się narażać na gniew carycy, prawda? - odparł, a ja już wiedziałem, że mam przesrane. Może ta czarna wadera coś zmieni? Spojrzałem na nią błagalnym wzorkiem. Proszę, proszę, powiedz, że to nic takiego.

Sarissa
Spojrzałam na młodego basiora i westchnęłam. Wpatrywał się we mnie z nadzieją, pełnymi skruchy oczami. Owszem, nie powinien się włóczyć po nocach. Młode potrzebowały snu, to raz, a dwa jego matka mogła przecież się o niego martwić. Nie mówiąc już o tym, że gdyby coś mu się stało nikt nie wiedziałby nawet gdzie go szukać. Splatał mi do tego psikusa i sądzę, że powinnam mieć mu to za złe jednak... Wszystkie młode psocą. Taka już ich natura, że tylko głupstwa im w głowach, czasami kosztem innych lub nawet własnego zdrowia, ale z tego wyrastają.
Podjęłam decyzję szybko. Może i nie najmądrzejszą, ale to miało się jeszcze okazać.
- Jeśli mogę... - zwróciłam się do strażnika, który przeniósł na mnie spojrzenie. - Nie stało się nic wielkiego. Jak to dziecko, chciał się bawić... Może nie martwmy carycy? Ma chyba wystarczająco dużo na głowie, a jeżeli młody książę obieca, że posprząta rano to, co nabroił wyniesie z tego wystarczającą nauczkę?
- Jeżeli tak uważasz... - stwierdził niechętnie wilk. - Mam nadzieję, że książę okaże honor i nie będzie więcej sprawiał pani kłopotu...

Zeconi
Tak! Wadera dała się złamać i mi się za to nie oberwie, jednak to sprzątanie? Ehh, nie po to łapałem te robale, by teraz je znowu łapać. Trudno, na razie tylko kiwnę głową, że posprzątam, a jutro postaram się jakoś z tego wywinąć. Może wujek da mi jakieś fajne czary mary? O ile on w ogóle przyjdzie, a to nie często się zdarza. Jak byłem mały to bawiliśmy się prawie codziennie, a teraz? Wpada raz na jakiś czas i w dodatku bardzo dziwnie zachowuje się przy mamie. Mniejsza.
- Dziękuję. - odparłem z uśmiechem, po czym dodałem jeszcze: - Jutro po szkole wszystko posprzątam.
Strażnik kiwnął głową, po czym przeprosił czarną waderę i zaprowadził mnie do mojej komnaty. Ehh i po całej zabawie. Mam jedynie nadzieję, że nie znajdzie innych pułapek, albo żeby chociaż nie zwalił tego wszystkiego na mnie. Wątpię w to, szczerze.
Wszedłem do komnaty najciszej jak potrafiłem, żeby nie budzić rodziców i udałem się do swojego posłania. Przez chwilę jeszcze rozmyślałem, jakby z tego wszystkiego jutro wybrnąć, jednak zaraz myśli przeszły na inne tory i zasnąłem.
Rano standardowo, pobudka, marudzenie rodzeństwa i niechętna podróż do szkoły. Tak to przynajmniej wyglądało, zanim zacząłem sam wychodzić z komnaty, wcześniej. Nie chciało mi się tego wszystkiego słuchać, to męczące i żenujące. Radosnym krokiem udałem się na stołówkę, gdzie zauważyłem tą czarną waderę. Kurde... byle tylko mnie nie zaczepiła. A jeśli już, to niech powie, że sama posprzątała, bo spać nie mogła.

Sarissa
Poranek nie należał do łatwych, szczególnie, że noc miałam zdecydowanie intensywną. Nauka, walka ze snem i kolejna z młodym księciem, któremu zachciało się robić mi psikusy. Nie wiem dlaczego wybrał akurat robale. Przecież większość z nich była pożyteczna, a niektóre nawet na swój sposób ładne. Nie przeszkadzały mi wcale choć trzeba było im zwrócić wolność. Nie bardzo rozumiałam dlaczego niektórych te żyjątka tak bardzo brzydziły albo wręcz przerażały. Przecież tez chciały zwyczajnie żyć. Do tego te, które mi sprezentowano nie były groźne w żaden sposób.
- Psik... - rzuciłam do kilku chrząszczy, które rozpełzły mi się pod łapami.
Wyszłam z komnaty, szczelnie ją zamykając i ruszyłam na stołówkę. Tam też dostrzegłam mego nocnego gościa.
- Witaj książę - przywitałam się i uśmiechnęłam do niego. - Mam nadzieje, że pamiętasz o swojej obietnicy.
Tak, ważne było dla mnie, aby pamiętał. W końcu miał być może zostać cesarzem, a to sprawiało, że coś takiego jak chęć dotrzymywania słowa była mu niezwykle potrzebna. 

Zeconi
Odwróciłem wzrok i udawałem, że wszystko jest super i mnie tu nie ma. Zabiorę mięso i chodu, zjem po drodze albo w jakimś cichym miejscu, jednak nie. Musiała się doczepić, nosz kurde. Odwróciłem łeb i uśmiechnąłem się, żeby nie było. Mam nadzieję, że niczego się nie domyśla, bo jak to tak? Książę, przyszły cesarz takie cyrki odwala i boi się rozmawiać z mieszkańcami? Wtedy to... w sumie to nie, nadal mam większe szanse niż Urian, bo on jest po prostu kretynem. Po mnie to chociaż można spodziewać się potomków, poza tym uważam na lekcjach częściej niż on, a u druida marudzę rzadko. Ta szopka mi się opłaci i na pewno matka z ojcem wybiorą mnie bym mógł godnie reprezentować nasze królestwo. Cóż, na pewno nie byłbym taki jak ojciec, bo nawet według mnie... przegina. A może jednak? W sumie to one same się pchają, tak? Nie wypada odmawiać mieszkańcom naszej krainy, czyż nie? Zwłaszcza, że to korzystne dla samego władcy. Im więcej szczeniaczków tym lepiej, heh.
- No cześć! - przywitałam się radośnie, po czym odparłem, że oczywiście, że pamiętam i jak tylko coś zjem to zabiorę się za sprzątanie. Tak naprawdę... może by tak kogoś w to wkręcić? Odegrałbym jakąś szopkę i tyle.
- Przepraszam za to, nie wiedziałem, że w tej komnacie mieszka taka piękna wadera. Ostatnio mam problem z zaśnięciem, a to mi pomaga się zrelaksować. Naprawdę przepraszam. - mówiłem najpiękniej jak tylko potrafiłem. Tak serio, nie mam żadnego problemu z zaśnięciem, ale rzeczywiście... sprawia mi to przyjemność i jest nieco relaksujące, o ile się uda. Jak to wykonuję to fajnie poczuć smak zakazanego, jara mnie to.
Dobra laseczka, kup ten pic na wodę i spadaj stąd, a potem wyślę jakiegoś naiwnego strażnika i odwali za mnie robotę. Mam nadzieję, że ona ma jakieś zajęcie, pracę czy cokolwiek, bo serio... nie mam zamiaru być pilnowany.

Sarissa
Słuchałam słów młodego basiora i uśmiechałam się mimowolnie. No naprawdę, kogo, jak kogo, ale tego młodzika Red by się nie wyparł, choćby naprawdę mocno chciał. Byli tacy podobnie, to samo spojrzenie, słodkie słowa i wielki, czarujący uśmiech. Raz niemal dałam się na to złapać, okazało się jednak, że była to tylko i wyłącznie gra, której celu nie rozumiałam... To znaczy wiedziałam jaki Red ma cel, ale nie miałam pojęcia po co to? Przecież wydawało się, że chce być z Arią, że coś do niej czuje... przecież jej ślubował. Czasami czułam się w pewnych sprawach jak dziecko, które trafiło nagle do świata dorosłych.
- Naprawdę jesteś strasznie podobny do taty... - stwierdziłam. - Wiedz jednak, że nie ładnie jest mówić coś, co nie jest szczere, nawet jeżeli nie ma się tym nic złego na myśli. Teraz zmykaj pojeść, później widzimy się w mojej komnacie. Pamiętaj co mi obiecałeś i weź pod uwagę to, że dotrzymam swojej części umowy, jeżeli ty dotrzymasz obietnicy. Naprawdę nie chciałabym zaprzątać głowy twojej mamie...
Ruszyłam w swoją stronę, zostawiając młodego basiora samego i miałam ogromną nadzieję, że wszystko an spokojnie się ułoży.

Zeconi
Widząc uśmiech wadery, również poczyniłem to samo, bowiem oznacza to, że prawie już ją mam. Wszystko ładnie i pięknie do czasu, aż się nie odezwała. Naprawdę? To, że jestem podobny do ojca, spoko, do kogoś trzeba, jednak przegięła swą drugą wypowiedzią. Głupia szmata wyjeżdża mi tu z brakiem szczerości, a ja kurwa po prostu miły chciałem być. Lepiej być nieszczerym niż takim chamskim pustakiem jak ona! O nie, teraz to na pewno mnie tam nie zobaczy, a możliwe, że jedyne co ujrzy na oczy to lochy. Naskarżę strażnikom i tyle, może jej nie wtrącą, bo co ja sobie mogę, ale jednak coś powiedzą. Chociażby to, żeby nie denerwować księcia. Jestem księciem i będę, a potem jak już mnie ukoronują to ona trafi do lochów za tą bezczelność! Ojciec miał rację co do wader... nie powinny mieć prawa głosu.
- Lepiej być nieszczerym niż pochopnym. - niech sobie nie myśli, że może tak odejść bez mojego komentarza. Bezczelność po prostu, najpierw obraża, a potem wszystko fajnie i odchodzi.
Na stołówce zjadłem to co zwykle, czyli ptaka, a potem porozmawiałem z jednym strażnikiem o tym, że ta czarna ma ze sobą problemy. Wysłałem też kogoś, żeby nie było też, nie będzie posprzątane. Jeśli ona myśli, że książę osobiście uraczy ją wizytą i w dodatku czyszczeniem groty, to się myli. Już nawet obmyśliłem plan, jak sprawić, by wszystko poszło na nią... Druid. Odwiedzę go, oznajmiając, że po wczorajszych żartach, czułem się świetnie dzisiaj rano i byłem chętny do nauki, jednak jedna wadera śmiała mnie obrazić i wyrazić swój brak szacunku do mej osoby, więc no cóż... nie mogę tak pracować. Idealnie!

sobota, 21 stycznia 2017

Azriel Illyrian

Urodziłem się w Arcanterze, a dokładniej w Wiosce. Tutaj neutralność mojej historii się kończy... Otóż jestem bękartem pewnego wilka o imieniu Nostrus, a moją matką jest jego kochanka, Amarantha. Miałem niespełna rok, gdy żona mojego ojca dowiedziała się o mojej biologicznej matce. Odtąd aż do 5 urodzin byłem wykorzystywany do najróżniejszych zadań czy też eksperymentów. Moi starsi przyrodni bracia testowali na mnie swój żywioł - ogień. Odwalałem brudną robotę, służyłem jako rozrywka i służba w jednym. Jednak to nie przeszkodziło mi w zakochaniu się w jednej z pospolitych wader z wioski. Była jedyną istotą, którą kochałem w swoim życiu, mimo tego, że byliśmy razem kilka krótkich miesięcy. I właśnie z tego powodu, jak podejrzewam, moi bracia zabili ją - naturalnie, paląc jej ciało. Kazali mi na to patrzeć. Od tamtej chwili nikogo nie darzyłem uczuciem. Po równym roku moim przyrodnim braciom zachciało się zobaczyć, jak długo będę się palił. Znudziłem się całej mojej rodzinie, jak wywnioskowałem. Zapędzili mnie daleko od ojca, który nienawidził mnie najmniej z nich wszystkich. Zaczęli od łap, jednak dalej nie doszli, bo znalazła nas moja przybrana matka. Nie przejęła się tym zdarzeniem ani nawet nie ukarała moich braci. Nie darzyłem ani jednym ciepłym uczuciem nikogo z mojej rodziny, ale to była jedyna, jaką miałem. Niby zapewniali mi schronienie i dawali pożywienie, ale traktowali mnie jako podrzędnego wilka. W dniu moich czwartych urodzin, kiedy też zdobyłem swoje blizny, obudziła się we mnie iskierka woli walki. Musiałem odczekać aż do zagojenia się ran, ale miałem cel. Postanowiłem uciec. Czułem, że próba podpalenia była dopiero początkiem. Wiedziałem, że jeśli dalej moje życie będzie tak wyglądać, długo nie pociągnę. Miałem 5 lat, gdy opuściłem rodzinny dom. Na zawsze. Nie chciałem wracać - wiedziałem, że po ucieczce byłoby jeszcze gorzej. Tak więc jakiś czas wędrowałem po terenach Arcanterry. Nigdzie nie zatrzymywałem się na dłużej... Aż do chwili, gdy dotarłem do Gór. Polubiłem to miejsce, takie ciche i spokojne. Nie przeszkadzał mi czasem dreszczyk strachu, głód, niepokój czy zimno - ważne, że nie było tu zbyt wielu wilków. Podczas mojej podróży często pytano mnie o powód moich blizn. Nie kłamałem wtedy, bo nie przyniosłoby mi to wielu korzyści. Prawda ta zniechęcała i skutecznie zamykała ciekawskim i dociekliwym wilkom pyski. Ciągłe pytania, wytłumaczenia, niezręczne przeprosiny, ukradkowe spojrzenia, gdy wydawało się, że nie patrzę - to wszystko mnie męczyło. W Górach znalazłem spokój. Samotność odpowiadała mi, bo mogłem wtedy pogrążać się w niewesołych, ponurych myślach. Kiedyś próbowałem szukać dobrych stron w zachowaniu mojej rodziny, ale ich nie znalazłem, toteż przestałem to robić. Trud życia mi nie przeszkadzał... Przyzwyczaiłem się. Aby nie oszaleć, czasem wędruję w otoczenie innych. Może i nie przepadam za tymi bezsensownymi rozmowami, aczkolwiek zdarza się, że obserwuję wszystko z ukrycia. Widzę życie innych i bywa, iż wyobrażam sobie siebie na ich miejscu, ale jakoś mi to nie pasuje. Najwyraźniej moim przeznaczeniem jest pozostanie półdzikim samotnikiem, mającym przez większość czasu za towarzystwo milczące Góry. Jakoś mi to specjalnie nie uwiera. Los sprawił, że większość rzeczy jest mi obojętna. A może to dobrze? Przyzwyczaiłem się do bycia na najgorszej pozycji.

Płeć: Samiec
Kolor oczu: Brązowy
Kolor sierści: Biały
Wysokość: 84
Masa: 59
Imię: Azriel
Przydomek: Illyrian
Wiek: 6
Żywioł: Ogień

piątek, 20 stycznia 2017

Sin Hardy

Nie urodziłam się w Arcanterze. Pochodzę z miejsca, którego już praktycznie nie pamiętam, nie wiem, gdzie się znajdowało, czy blisko stąd czy całkiem daleko... To była jakaś puszcza. Duży, jak mi się zdawało, las, zamieszkiwany przez kilka samotnych wilków, które w nim żyły, mieszkały i polowały. Nie mam pojęcia, skąd one się tam właściwie wzięły, ale z obecnego punktu widzenia mogę stwierdzić, że były to bardzo prymitywne istoty - nie korzystały w żadnym razie z technologii, jaką znacie w Arcanterze, nawet nigdy nie połączyły się w grupę, każdy działał sam i dbał tylko o siebie. Jasne więc, że nigdy nie poznałam mojego ojca. On tylko chciał zapłodnić jedną z wilczyc, wiecie, rozmnożyć gatunek, przekazać dalej swój kod genetyczny, korzystał z takich bardzo, nazwijmy to, prymitywnych instynktów. A tą wilczycą była moja matka - Cinder. Taka czarno-szara, nie posiadała żywiołu, więc można stwierdzić, że swój odziedziczyłam po czarnym ojcu. Ale wracając do matki - teraz wiem, że była zdecydowanie za młoda na posiadanie potomstwa, ale wiecie, pierwotne instynkty... Urodziłam się więc jako jedynaczka, chyba, że moje rodzeństwo umarło zaraz po narodzinach. Tak czy inaczej, matka przekazała mi podstawową wiedzę, była trochę głupiutka, ale poczciwa i miła, więc szczęśliwie opanowałam jakieś tam podstawowe zasady kultury i moralności, a potem przyszedł dla mnie czas, by się usamodzielnić. Miałam zostać w tamtym lesie i rozejrzeć się za jakimś basiorem, który spłodziłby mi potomstwo, ale coś pociągnęło mnie poza las, chciałam iść gdzieś, gdzie mogę cokolwiek przeżyć, cokolwiek poczuć, kogoś poznać, gdzie mogę czegokolwiek się nauczyć... Odeszłam. A po jakimś czasie trafiłam do Arcanterry.

Płeć: Samica
Kolor oczu: Zielony
Kolor sierści: Czarny
Wysokość: 66
Masa: 40
Imię: Sin
Przydomek: Hardy
Wiek: 4
Żywioł: Woda

czwartek, 19 stycznia 2017

Zeconi - Nadpobudliwa

Wyszedłem z komnaty i zmierzałem na dół, na stołówkę w wiadomo jakim celu, prawda? Nie muszę tego chyba tłumaczyć, jednak wspomnę, że bardzo smakowały mi bażanty, a najlepsze były lekko przypieczone przez magów ognia, którzy akurat jedzenie rozdawali. Kulinaria idą do przodu i pomyśleć, że to przez jakiegoś myśliwego z magią ognia. Tak czy siak, dobre i to jest najważniejsze. Będąc już prawie na miejscu, ktoś mnie popchnął. Odwróciłem się i zobaczyłem szarą waderą z wielkim uśmiechem na pysku. No cóż, mogę jej to wybaczyć, prawda? Wadera to wadera, je się zapładnia, jednak dają tylko tym miłym. Skąd wiem? Podsłuchałem kiedyś dwóch strażników na korytarzu, jednak biorąc pod uwagę zachowanie ojca, to nie mam stu procentowej pewności, że oni mają rację. Tata jest jaki jest, a mi na razie udało się omotać Shae i Ime... sposobem kaprali.
- Cześć, na stołówkę idziesz? Miło poznać, jestem Zeconi. - uśmiechnąłem się do niej, po czym lekko ukłoniłem.

Issar
Obudziłam się dość wcześnie, nie wiem, kilka godzin po świcie? Na zewnątrz bardzo jasno, słońce daje blady blask, pewnie jeszcze zimno i mokro od porannej rosy... Wzdrygnęłam się, ale nie ułożyłam się ponownie do snu, ponieważ jakoś tak strasznie suszyło mnie w gardle. Eh, trzeba wstawać i zebrać się do stołówki... Stosunkowo lekko poprawiłam sierść przed małym, brudnym lustrem w mojej komnacie, ziewnęłam sobie, po czym wyszłam na korytarz i wybrałam się na śniadanie. Snułam się sennie po budynku, zastanawiając się, co też bym mogła dzisiaj porobić. Praca nie wzywa, przyjęcia są rzadko kiedy, a mi się powoli zaczynają kończyć pomysły na wykorzystywanie wolnego czasu. Odwiedzić kogoś? Czy ja wiem? Nie wiem, przejść się do lasu czy... nad jezioro? Tak. Ponownie do Luminosum. Tam jest ładnie, można spędzić cały dzień nad wodą, czemu nie? Uśmiechnęłam się sama do siebie, po czym poczułam, że w swym zamyśleniu na kogoś... wlazłam. Ajć... Spojrzałam na biednego przechodnia, na języku pojawiły mi się już słowa przeprosin, kiedy spostrzegłam, że... to dzieciak! Oh, jak słodko!!! Był taki...taki mały i uroczy, tak rozczulający, że od razu się rozbudziłam, a na mój pysk wpłynął szeroki, szeroki uśmiech. A potem jeszcze się odezwał, i to tak pięknie, że ciężko mi było powstrzymać jęk zachwytu.
- Ooo, cześć, malutki! Ja jestem Issar i tak, idę do stołówki. A co, chciałbyś może mi towarzyszyć? Będę doprawdy zaszczycona. - zachichotałam, uprzednio schylając się na wysokość małego wilczka.

Zeconi
Spojrzałem się na nią z lekkim zażenowaniem. Aha, fajnie... malutki? Co jest do cholery z nią nie tak? Przecież nie jestem malutki! Byłem, ale nie jestem! Te parę centymetrów to nie aż tak wiele, pff... Jeszcze się zdziwi, jak urosnę większy od niej. Też mi coś, malutki! Obraza mej godności i te jeszcze słodkie słówka jak do szczeniaka, którym już nie jestem! Zgodzić się czy nie zgodzić? W sumie to idziemy w tym samym kierunku i raczej nie zrezygnuję ze śniadania. Ciekawe czy ona w ogóle wie z kim rozmawia, może wtedy zachowałaby się inaczej. Tak jak przystało się do mnie zwracać! Zwykły plebs.
- To świetnie. - odparłem z uśmiechem, mimo iż wewnętrzne już mnie od niej odpychało. Może jednak się ogarnie i będzie spoko? Dam jej szansę.
- Jak długo mieszkasz w zamku, piękna? - zapytałem w drodze do stołówki.

Issar
O nieee, czy on powiedział piękna? Ten dzieciaczek jest naprawdę super uroczy! Kurczę, dlaczego ja właściwie nie mam jeszcze własnych szczeniąt, to by było przecież takie wspaniałe, mogłabym się z nimi cały dzień bawić, a jeśli wszystkie byłyby takie prześliczne jak ten mój mały towarzysz, to bym chyba... Ej, ale dobra, dobra, zaczekaj, przecież malutki-słodziutki zadał pytanie. Całkiem trudne, bo jakoś nie mogłam od razu znaleźć na nie odpowiedzi. Ile ja właściwie mieszkam w tym kamiennym starociu? No, od początku, od kiedy przybyłam do Arcanterry, ale...
- Umm... - mruknęłam, podnosząc oczy do nieba i zmarszczyłam brwi, próbując sobie przypomnieć, ile to już tych miesięcy. Tak, na pewno całkiem sporo, one się chyba powtarzały tak serio wielokrotnie...
- No, czy ja wiem? Pewnie ze cztery, może pięć lat. - odpowiedziałam, uśmiechając się, tym razem przez fakt, że poczułam się trochę, odrobinę wręcz niezręcznie.
Przepiękny basiorek nie odpowiedział, kiwnął tylko energicznie głową na znak, że rozumie. I świetnie.
- No, to co, młody? Chcesz jeszcze o coś spytać, czy możemy ruszać na posiłek? Co dobrego byś zjadł? - spytałam już znowu bardzo pogodnie, po czym żwawym ruchem pchnęłam stołówkowe drzwi.

Zeconi
Im dłużej byłem przy niej, tym dziwniej się czułem. To było naprawdę... dziwne. Nigdy jakoś nie miałem problemu z waderami, nawet starszymi, a ta? Coś z nią nie tak, chyba? Z tego wszystkiego nawet nie odpowiedziałem, kiwnąłem głową i starałem się coś wymyślić. Jednak z drugiej strony, była całkiem ładna i urocza, na swój sposób oczywiście. Moim zdaniem idealnie pasowałaby do brata, niby stara, ale szurnięta a on też taki, nieopanowany i niepoważny. Mniejsza. Dzielić się nie zamierzam.
- Chętnie zjadłbym bażanta, a tobie co najbardziej smakuje? - zapytałem z uśmiechem, jednocześnie starając się być bardziej męski, niżeli słodki, uroczy i malutki. Pfe!
A tak swoją drogą, skoro ona mieszka tutaj pięć lat, to na pewno wie kim jestem. W takim razie dziwi mnie to, że się do mnie zwraca w taki sposób. Każdy strażnik czy inne wilki nigdy by nie śmiały powiedzieć się do mnie "malutki", no... pomijając okres bycia szczeniakiem, takim głupim i niczego nie świadomym. Teraz? To raczej niemożliwe. Może jak zaciągnę się do wojska to ona pomyśli o mnie w inny sposób? Zostać takim generałem to jest coś, podobnież wadery same pchają ci się do posłania. Cesarzowi w sumie też... ale widząc ojca, wolałbym być nieco bardziej zbudowany. Matka to chyba była ślepa, albo należała do grona waderek, które lecą na władzę.

Issar
- Ja tam nie przepadam za ptakami, chyba, że chodzi o te jeszcze całkiem żywe. Wiesz, niektóre naprawdę ładnie śpiewają, a gdzieś w Lesie widziałam takie malutkie, strasznie kolorowe... Ah... Ale tak to zobaczę, czy mają sarny albo inne kopytne. - powiedziałam, po czym rzuciłam okiem do wnętrza stołówki. - Idziem?
Szary się zgodził, więc razem weszliśmy do, moim zdaniem, wielgachnego pomieszczenia, w którym rzecz jasna panował spory gwar. Ruszyliśmy w kierunku jadalni, by wziąć sobie coś do jedzenia, ale wtedy coś zaczęło być nie tak... Wiele wilków się nas gapiło, kiedy przechodziliśmy obok stolików, niemal wszyscy przy nich siedzący przerywali jedzenie i podnosili na nas wzrok. Po jakimś czasie zaczęłam czuć się dziwnie. Próbowałam ogarnąć, o co chodzi, po głowie zaczęły krążył mi możliwe hipotezy. Jednak za mało się dziś czesałam? Może jestem gdzieś brudna? No cóż, wszystko się wyjaśniło, kiedy przechodzący obok nas zaczęli się kłaniać i mruczeć coś w stylu "o, szanowny'' - mój mały kumpel okazał się być z arystokracji! Nawet nie zdążyłam się do niego odezwać, pytając, czyim jest synkiem, bo wtedy ponownie mnie olśniło - Zeconi! Zeconi! On jest synem cesarza!
- Malutki, ty jesteś księciem, prawda? - odruchowo spytałam, kiedy siedliśmy wreszcie przy stole, mając przed nosem miski ze śniadaniem.

Zeconi
Pytasz ją o to jakie mięso lubi, a ta wali teksty o śpiewających ptaszkach. Serio? W sumie to rozgadana jest i poza tym, że lubi sarny to teraz wiem też, że lubi ptaki śpiewające. Co jak co, ale w te to tylko rzucałem kamieniami, kto by ich słuchał?
Wilki w stołówce standardowo witali mnie lekkim skinięciem głowy, jednak tym razem była to nowość, bowiem nie przyszedłem sam, ani też z rodzeństwem. Oho, już widzę ploteczki o tym, że starsza się do mnie przystawia i że leci na mój status. Jednak, ona jest głupia, bo zamiast rzeczywiście się tak zachowywać to obraża mnie. Złamię ją i tak. Może nie potrzebuję takiej wadery, ale podobnież one są bardziej chętne i doświadczone, więc można by było sobie poćwiczyć. Zaśmiałem się w myślach, bowiem to tylko taki żarcik, ale chyba coś w tym jednak jest?
Wszystko było spoko, do czasu kiedy znowu walnęła tekścik o tym jaki to jestem ogromny. O co jej chodzi!? Denerwuje mnie... a może ją to kręci? Taki grymasik na mym pysku? Na pewno wie to doskonale i specjalnie się tak odzywa. Cwane.
- Owszem, ale chyba ci to nie przeszkadza, prawda? - oznajmiłem, dość poważnie, ale jednak z uśmiechem. Niech sobie nie myśli, że jestem jakimś głupim bachorkiem, za jakiego mnie uważa. Chętnie się z nią powygłupiam i posłucham tych jej ptaszków, jednak chcę by traktowała mnie jak pół dorosłego.
- Swoją drogą, po której jesteś stronie? W królestwie roi się od plotek na temat mego ojca i faktu, że niedługo ja lub mój brat zasiądziemy na tronie. - zapytałem, po prostu z ciekawości. Niezbyt mnie tam interesował tron, na pewno nie teraz, może w przyszłości. Chcę się bawić, a dopiero w wieku jakiś 5 lat zająć się robotą.

Issar
- Oj, ja tam będę tobie kibicować z caaałych moich sił. - zaśmiałam się lekko, ledwo powstrzymując się od przyjacielskiego pchnięcia małego w bok, ale przecież to książe, lepiej się powstrzymać, bo od rękoczynów to mnie jeszcze w lochach zamkną...
Ale poważnie, po co on mnie w ogóle o to pyta? Co innego mogłam powiedzieć, kiedy ja wcale nie znam jego brata, a jego samego znam od kilku minut. Swoją drogą, jak się tak zastanowisz, to przecież trochę dziwne, wybierają ci władcę, któremu musisz składać hołd, a przecież nawet nigdy go nie widziałaś, nie wiesz, czy będzie dobrze rządził, a nawet jak będzie rządził źle, to musisz go szanować i się przed nim korzyć. Kto ich tam w ogóle wybiera? No, mimo wszystko postanowiłam robić dobrą minę do złej gdy i nie zdradzać mojego ogólnego zaniepokojenia, tego lekkiego smutku, nie zdradzać, że teraz to już do końca nie wiem jak się przy nim zachować i owszem, tak, trochę jednak przeszkadza mi fakt, że Zeconi jest synem króla. Wzięłam szybki, głęboki wdech i ponownie przybrałam na twarz uśmiech, który wcześniej na chwilę zniknął, teraz jednak był dużo bardziej sztuczny.
- No to co, jemy? - spytałam
Po chwili ciszy dodałam jeszcze:
- Młody, a mamusia już ci pozwala wychodzić poza Zamek? Bo jeśli tak, to może po śniadaniu gdzieś się razem wybierzemy? Tak wiesz, no, dla zacementowania przyjaźni!

Zeconi
Ona serio jest dziwna. Czy naprawdę nie wystarczy powiedzieć tylko raz, że ma się ochotę na bażanta? Teraz to jedynie zabrać go i znaleźć miejsce, czy to trudne? Mniejsza. Co jak co, ale chyba jednak dam sobie spokój ze zrozumieniem jej i zajmę się kimś innym. Mam nadzieję, że jakaś mądrzejsza waderka daruje sobie głupie teksty, które są po prostu obrażające! Nie jestem mały, no ja pierdole!
- Może kiedy indziej. Mam rok. - oznajmiłem, zabierając kawałek mięsa i udając się w wolne miejsce, by jak najszybciej je zjeść i iść na zajęcia. Wadera też sobie coś tam wzięła i usiadła obok. Ehh... Byle o mnie zapomniała i darowała sobie te podróże, bo chyba bym ją zagryzł...

środa, 18 stycznia 2017

Evangeline - Cel uświęca środki

Nie byłam typem towarzyskiej wadery, z którą chce się przebywać i której obecność się ceni. Byłam przeciwieństwem tego - samotniczką, a w dodatku ryzykantką o innych poglądach niż reszta. Lubiłam wystawiać innych na próby, testować ich cierpliwość, stanowczość i wytrwałość we własnych poglądach, a także badać granice nałożonych na mnie ograniczeń. Nie przejmowałam się zasadami. Lubiłam myśleć, że cel uświęca środki - w sumie często się tym tłumaczyłam przed samą sobą. Kara zostanie nałożona... I przeminie. Wszystko przemija. Niedawno przeminęła moja nieświadomość. W jej miejsce nadeszło rozgoryczenie. Dlaczego? Otóż uświadomiłam sobie, że zawsze pozostanę w cieniu. Nie chodziło nawet o to, że nigdy nie będę u szczytu władzy. Nie. Byłam zła przez to, że w centrum zainteresowania zawsze będzie ktoś inny. Cesarz i jego małżonka. Moi bracia i siostry, nie stroniący od innych wilków. Za niedługo oczy wszystkich będą skierowane na nich, nowe pokolenie władców. I może należałam do tej rodziny... Ale nie należałam do kręgu tych, których będą wielbić. Zapewne będą mnie szanować jako księżniczkę - będą musieli. Ale gdy będzie problem, nie zwrócą się do mnie, tylko do mojego chętnego do pomocy, towarzyskiego rodzeństwa. Będę ostatecznością. Gdy reszta będzie się szczerzyć, ja będę mieć lodową maskę. I może i będę ostatecznym wyborem, ale też tą, przed którą się drży. Nie dopuszczę do sytuacji, w której się o mnie zwyczajnie zapomni. Oddali w dalszy kąt, gdyż tak będzie łatwiej dla wszystkich innych. Nie dam się. Sprawię, że jeszcze wiele lat po mojej śmierci zapamiętają moje imię. I choćbym miała odejść w złej sławie - nie chcę być tylko tą zimną, nic niewartą. pozbawioną skrupułów i ciepła księżniczką. Księżniczką stojącą w cieniu, w mroku, krok za wszystkimi, na której lepiej nie zawieszać wzroku, jeśli chce się zachować dobry nastrój. No dobrze, zapiszą mnie gdzieś jako księżniczkę... Ale nic więcej. Ja miałam ambicje. I doprowadzę do sytuacji, w której wszyscy oddadzą mi pokłon. Może nie zostanę cesarzową... Ale mogę być kimś więcej. Kimś lepszym nawet od samego cesarza. Jeszcze nie wiem, jak do tego doprowadzę - ale jestem pewna, że to zrobię. Bo w końcu przecież cel uświęca środki. Nie ważne jak, ważne co.
Wyjrzałam przez okno. Krajobraz był piękny, jak uznałby ktoś inny - ale mnie nie interesują takie rzeczy. Za jasno tu, zbyt wesoło i kolorowo. Zdecydowanie wolałam ciemniejsze barwy i mroczniejszy klimat - to budziło grozę u innych, ale u mnie było wręcz przeciwnie. Może i tym zasłużyłam na tytuł najgorszej z cesarskiego miotu? Wprawdzie nikt tak nigdy nie powiedział, ale ja się tak czuję. Czy nie liczy się jedynie to?
Przewróciłam oczami i wyszłam z zamku. Podążyłam ścieżką, zmierzając do bliżej nieokreślonego celu. Ot tak, zwykły spacer. Jedyna różnica była w tym, iż był to spacer księżniczki. Mój spacer. Chciałam zobaczyć, jak zareagują na mnie zwykłe wilki, gdy pojawię się gdzieś, gdzie mnie nie oczekują. A przy okazji pragnęłam również zaczerpnąć świeżego powietrza. Po przechadzce pod gołym niebem zazwyczaj lepiej mi się myślało. Wciąż nie wiedziałam, przez co chcę być zapamiętana. Przez jaki czyn. Przez jaką decyzję. Ale w końcu przede mną jeszcze wiele długich lat, tyle że wolałabym zdążyć przed swoją śmiercią. I w sumie chyba przed śmiercią rodziców też, by zobaczyli moje dzieło. Lub dzieła. Chociaż nie byłam pewna, czy wpadnę na genialny plan i zrealizuję go w tak krótkim czasie. No cóż, w każdym bądź razie, nie dopuszczę do tego, bym zabrała ostatni oddech i została zapomniana po krótkim czasie. Co to, to nie.
Przemierzałam tereny lekkim truchtem, pozornie nie obserwując otoczenia. Byłam jednak w stanie najwyższej gotowości i czujnie mierzyłam wzrokiem wszystko i wszystkich dokoła. Ku mojemu zawiedzeniu nie spotkałam zbyt wielu wilków. Cóż, będą inne dobre okazje. Pomysłowy plan jednak nie przychodził. Ale czego ja się spodziewałam? Że wpadnę na to ot tak? Z tą myślą zdałam sobie sprawę, że właśnie na to liczyłam. Zatrzymałam się i potrząsnęłam głową, po czym odwróciłam się, by powoli wracać w stronę powrotną do zamku, gdyż słońce niedługo będzie się chylić ku zachodowi. Nie miałam zamiaru sprawić, by mnie szukali i wyjść na nierozsądną czy też niepoważną. Mniejsza o to - wiedziałam, że czas wracać. Westchnęłam cicho, niemal bezgłośnie. Już chciałam stąd odbiec, gdy wyczułam woń zbliżającego się ku mnie wilka. Wyraźnie zmierzał on w tą stronę, być może niespecjalnie, aczkolwiek najpewniej i tak mnie wyczuł, więc co szkodziło mi tu zostać i poczekać do jego przyjścia? Nie spieszyłam się zbytnio do zamku, bo w końcu moje życie jest moją sprawą. Wiedziałam, że niezupełnie tak, jednakże wygodniej mi było teraz się nie zadręczać takimi myślami.

Rue
Zmierzałam leśną ścieżką do Ittena. Praktycznie co wieczór się tam udawałam, aby zobaczyć czarnego basiora. Czułam, że łączy nas szczególna więź. To nie było uczucie, którym darzyłam Ethena - to było coś innego, wspanialszego. Przy tym ciemnym samcu czułam się swobodniej i lepiej. Opowiadałam mu o wszystkich moich zmartwieniach, a on tego z cierpliwością wysłuchiwał. Na samą myśl o nim przyspieszyłam tempo w jakim się poruszałam. Aczkolwiek rozproszył mnie pewien, znajomy zapach. Ponownie zwolniłam, aby dokładnie odszukać źródło z którego on pochodził. Paroma dużymi krokami dotarłam do szarej wadery. Była bardzo młoda, więc jej obecność wieczorem poza zamkiem czy wioską była dziwna. Wilczyca nie była zdziwiona ani przestraszona - wręcz przeciwnie! Jej pysk nie wyrażał praktycznie żadnych emocji. Posłałam jej nieśmiały uśmiech.
- Witaj. Z kim mam do czynienia? - zapytałam.
Zauważyłam, iż teraz jestem trochę pewniejsza siebie. To również zasługa Ittena... Gdybym tylko mogła mu się jakoś odwdzięczyć!

Evangeline
Chyba już odeszłam w zapomnienie. Słysząc słowa wadery, zamarłam. Nie ze strachu, co to, to nie. Zamarłam w bezruchu, bo przez moją głowę przeleciało mnóstwo pomysłów na ukaranie tej bezczelnej samicy. Jak można nie znać swojej księżniczki? Nie rozpoznać m-n-i-e? Jak można? Jakim cudem? Kto mógłby? Gdzie jego maniery? Gdzie ukłony? Czułam się znieważona, tak jakby ktoś wykrzyczał mi moją pozycję w twarz. Czy raczej jej brak. Bo przecież byłam tylko księżniczką, niewiele więcej wartą od zwykłych wilków. Tak z pewnością ta wadera o mnie pomyślała. Myśli, że jak jest starsza, to zlekceważę zniewagę. Chyba się pomyliła. Zapragnęłam sprawić, by zastanawiała się, dlaczego musiała tędy przechodzić, dlaczego nie wpadła na moją siostrę, dlaczego wpadła na mnie. Ale jeśli była przybyszką lub podróżowała... Mogła nie znać mojej pozycji w hierarchii. Zignorowałam pytanie tej wadery i skrzywiłam się niemal niezauważalnie.
- Jesteś nowa na tych terenach?- zapytałam.
Wadera spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem, co wystarczyło mi za odpowiedź. Jednak skoro zamieszkiwała nasze ziemie od dawna, może musiała zrobić coś ważnego, co by tłumaczyło jej zachowanie? W końcu cel uświęca środki, czyż nie?
- Jestem Evangeline. - powiedziałam po chwili ciszy.
Postanowiłam przemilczeć mój tytuł, aby zobaczyć reakcję na te dwa słowa. Może jej imię jej coś powie? A jeśli nie - zobaczę, jak mnie potraktuje w niewiedzy.

Rue
Całkiem nowa to ja tu nie byłam... No chyba, że ktoś uznałby, iż mieszkanie tutaj około sześciu lat to krótki okres czasowy. Chwilę później wadera przedstawiła siebie jako Evangeline. Evangeline... Coś mi świtało. Gdzieś już słyszałam to imię. Wilczyca miała zadbane, lśniące futerko. Jej zapach wskazywał na pochodzenie z zamku. Nagle moje ciało zostało jakby sparaliżowane. Uświadomiłam sobie, kim jest wilk stojący przede mną. Wbiłam swój przestraszony wzrok w ziemię i ukłoniłam się.
- W-wybacz w-wasza wysokość... - powiedziałam zlękniona.
Obawiałam się tego, co mnie teraz może czekać. Kara? Zamknięcie w lochach? A może coś gorszego? Serce zaczęło mi szybciej walić. Jakiż to wstyd! Jaka zniewaga dla księżniczki! Oh wielki Arcanusie... Pomóż mi!

Evangeline
Obrzuciłam waderę pogardliwym spojrzeniem. Przynajmniej mi się ukłoniła. W tej sytuacji nie było nic dobrego poza tym, iż uświadomiłam sobie, że moje imię jest rozpoznawalne. Tyle ulgi. Chociaż, może rozpoznała mnie po wyglądzie lub po zapachu, świadczącym o zamieszkaniu w zamku? Najpewniej tak właśnie było, ale mniejsza o to. Wnioskując po jej głosie, wystraszyła się swojej początkowej niewiedzy. Wystraszyła się tego, że mogę ją ukarać. To stwierdzenie wywołało we mnie małą radość... Myślała, że mam tę pozycję i wpływy, by zrobić z niewiele wartym pospólstwem co tylko chciałam. Może i tak było, niemniej jednak dobrze wiedzieć, że wywołuje się respekt.
- O takiej zniewadze szybko nie zapomnę. - powiedziałam powoli. Nie była to do końca prawda. Trudno podejrzewać zwykłych mieszczan o rozpoznanie tej, której nie widują. Nie miałam zamiaru zadręczać się prostymi wilkami.
- Sądzę jednak, że nie powinnam cię za to ukarać. - dodałam po chwili.
Wadera odetchnęła cicho i odpowiedziała cichym głosem:
- D-dziękuję, wasza w-wysokość.
Kiwnęłam lekko głową.
- Jak ci na imię? - zapytałam.

Rue
Uf! O mały włos! Następnym razem muszę bardziej uważać. No bo kto wie? Może znowu spotkam kogoś ważnego i znieważę jego stanowisko, a on mógłby nie być tak łaskawym. Szara księżniczka zapytała o moje imię.
- R-Rue... - odparłam niepewnie.
Tia... Stary nawyk jąkania się ponownie wrócił. Czasami naprawdę to przeszkadzało, lecz nic nie mogłam poradzić. Taka uroda nieśmiałego wilka... W każdym bądź razie lekko uniosłam się, ponieważ łapy bolały mnie od klękania przed wysokością. Ciągle nie wiedziałam, jak mogłam się tak zachować. Przecież Evangeline jest bardzo podobna do naszej carycy, Arii, ale chyba tylko z wyglądu. Z tego co kojarzę, to caryca jest bardzo dobrodusznym wilkiem - przeciwieństwem cara. Właściwie to jak oni się dobrali? Choć... Przeciwieństwa się przyciągają, tak? 

Evangeline
Trafiłam niezwykle źle - w jakąś waderę, która nie potrafi nawet władać własnym językiem. Nic dziwnego, że nie ma pojęcia o tym, jak się należy zachować, co należy robić i mówić, gdy widzi się księżniczkę. Gdy widzi się mnie. W jej pobliżu pewnie jedynie się upodlę, gdy ktoś nas zobaczy obok siebie. A to byłoby niewyobrażalnie niefortunne. Dla mnie, oczywiście. Nie wierzę, by cokolwiek mogłoby pogorszyć to, jak się patrzy na tę całą Rue. Przynajmniej podejrzewam, że nie tylko ja dziwnie na nią patrzę. Bo jeżeli coś się zdarza raz, to na ogół wydarza się po raz drugi. I kolejny również. Zdecydowanie nic nie mogło sprawić, bym ujrzała ją w lepszym świetle. No chyba, że zaoferowała by mi kilka rzeczy, co jest jednak skrajnie niemożliwe. Nie wykonała by tych czynności, jeśli jest przy zdrowych zmysłach. W co śmiałabym wątpić, skoro ośmieliła się znieważyć mnie. Co z tego, że nie z własnej winy? Chociaż w sumie jej niewiedza jest jej winą. Niewiedza czy też głupota, w tym przypadku jedno i to samo, jak śmiem sądzić. Z drugiej strony, na co przydałaby mi się wadera podchodząca umiejętnościami pod niemowę? Chyba na ośmieszenie. Czego, szczerze powiedziawszy, wolałabym nie doświadczyć. Nigdy, nawet jeśli to mało prawdopodobne. Oj, już ja tego dopilnuję, by nikt nie ważył się zaśmiać z powodu moich czynów.
- I to dobre. - mruknęłam do Rue po długiej chwili ciszy.
- Chociaż nie wiem, do czego. - zlustrowałam waderę krótkim, oszczędnym spojrzeniem.
- Nie mam dla ciebie ani tobie podobnych więcej czasu. - ziewnęłam.
- Żegnam więc.
Nie czekając na jakikolwiek ruch czy jakiekolwiek słowo ze strony Rue, wyminęłam ją i nie oglądając się za siebie, ruszyłam lekkim truchtem w stronę powrotną do zamku.

wtorek, 17 stycznia 2017

Urian - Czas zabić nudę

Siedziałem na murach zamku. Lubiłem wysokości, czym wyżej, tym ładniejszy i pełniejszy miałem widoczek na wszystko, co mnie otaczało, wiatr targał moim futrem, co również uwielbiałem, a do tego mało kto spoglądał w górę, dzięki czemu miałem sporo spokoju. Same plusy, łącznie z tym, że mogłem sobie tu poleżeć, w słonku. W końcu jednak zapragnąłem jednak gdzieś się ruszyć. Zaczęło mi się nudzić. Wstałem więc, poprzeciągałem się dokładnie i... zeskoczyłem na jeden z daszków. Całkiem niedawno odkryłem, że bardzo to lubię. Takie zeskakiwanie z wysokości, chwilę lotu. Pacnięcie w ziemię nie było już tak bardzo przyjemne, ale nauczyłem się lądować na tyle zgrabnie, żeby niczego sobie nie połamać. Oczywiście proces ten trwał i na początku kilka razy nieźle się poobijałem, ale co tam. Ważne było, że jeszcze żyłem, a do tego miałem radoche.
Kolejny daszek i kolejny, coraz niżej, aż wreszcie wziąłem za cel stały grunt. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, ze ledwie skoczyłem, a ujrzałem, że ktoś postanowił stanąć na miejscu mego przewidywanego lądowania. Wygiąłem się w locie, żeby czasami nie poturbować za mocno nieproszonego gościa, ale przez to sam pacnąłem solidnie na tyłek, który zabolał jak diabli.
- Serio? Musiałaś się zwidzieć akurat tutaj? - warknąłem na siostrę, wstając i otrzepując się.

Rosemary
Udałam się na samotną przechadzkę koło zamku. Słońce świeciło, miło grzejąc przy tym mój szary kark. Promienie padały również na ogród, znajdujący się jakiś kawałek ode mnie. Dobiegał z niego słodki, świeży zapach, równie miły jak widok. Liście drzew migotały w jasnych promieniach, tworząc doskonały kontrast z kolorowymi kwiatami. Uwielbiałam na to patrzeć, chociaż tak szczerze bardziej zachwycały mnie rozmaite kolory, aniżeli najróżniejsze rodzaje roślin. Zatrzymałam się, na chwilę zamykając oczy i starając się wsłuchać w odgłosy dookoła. Śpiewały ptaki, w oddali słychać było głosy i... zaraz co to?
Nawet nie zdążyłam zorientować się co w ogóle właśnie się działo. Poczułam szybkie pacnięcie z góry i obok mnie wylądował inny wilk. Mój brat. Urian. Nie ukrywałam zdziwienia, a jeszcze mniej zdenerwowania, które nasiliło się wraz z jego słowami. Nawet nie przeprosił!
- Nie masz co robić tylko skakać na mnie, kiedy spokojnie sobie stoję?! - wydarłam się na niego wściekła, masując łapą obolałe miejsce. Co on w ogóle tam robił do jasnego Aeternusa?!
Spojrzałam na najniższy daszek, znajdujący się tuż nad nami. No tak, teraz wszystko jasne...
- Naprawdę? - wydałam z siebie zażenowany pomruk, przenosząc wzrok na szarą zjawę, w postaci krewniaka. Wydało mi się to dosyć dziwne. Jak się tam dostał? Czego tam szukał? I po co tam właził? Cóż, miałam zamiar się tego dowiedzieć, jednak gdzieś w pobliżu usłyszałam rozbawione głosy sióstr i innych uczniów. Z westchnieniem przeniosłam się tuż za róg zamku, zresztą tak samo jak Urian. Chyba oboje nie mieliśmy ochoty na młodzieńcze popychanki w ich towarzystwie.

Urian
Jeszcze większego zbiegowiska było mi tu potrzeba, no naprawdę... Czy wilk już nie może sam, w swoim własnym towarzystwie odpocząć, pozwiedzać, splatać komuś psikusa? Zawsze ktoś się musi napatoczyć?
Przycisnąłem się do muru, na nieszczęście razem z Rosemary, która zamiast sobie iść do pozostałych, postanowiła kryć się razem ze mną, więc o ewentualnym daniu nogi nie było mowy. Jeszcze się wydrze, a wtedy mnie znajdą.
Siedziałem więc cicho, do czasu, gdy niepożądane głosy ucichły i miałem pewność, że nie zarobię znów bury za nieobecność... no przynajmniej w tym, konkretnym momencie, bo jak mama się dowie to znów będzie warczeć, że któryś z nas zostanie cesarzem, a odpowiedzialności to w nas za grosz. Przecież nasza edukacja była taka ważna, tak wszystko miała zmienić, ułatwić, sprawić, że będziemy rządzić mądrze i z głową... Uznajmy, że którekolwiek z nas jej słuchało...
Ruszyłem w stronę ogrodów, szukając ofiary, której mógłbym splatać psikusa. Ostatnio na przykład przez trzy dni zbierałem żuki, żeby je później wypuścić w stołówce. Miny wader były bezcenne. W większości wrzeszczały i uciekały w przeróżnych kierunkach. Widoczek był naprawdę przedni. Ochrzan, który dostałem już mniej, ale co tam...
Kłopotem była tylko Rosemary, która zaczęła mnie wypytywać o to, czego szukałem na dachu.
- Zwyczajnie lubię tam siedzieć, lubię słonko, ciszę, spokój i wiaterek - uśmiechnąłem się. - A teraz jeżeli nie masz nic przeciwko, idź sprawdź czy cię nie ma w zamku. Jutro mi powiesz czy znalazłaś. 

Rosemary
Braciszek aż uśmiechnął się do mnie przy swoich ostatnich słowach, za to ja miałam wrażenie, że aż poczerwieniałam z nerwów. Czy on naprawdę uważa mnie za tak głupią?! Miałam ochotę rzucić się na niego i rozszarpać. Jestem jednak księżniczką, nie wypada. Chociaż? Przecież nikt nas tu nie widzi. Pomimo to... wolę załatwić tę sprawę bez brudzenia sobie łap. Biją się tylko ci, którzy nie radzą sobie słownie.
- Oh, braciszku, braciszku! Masz łeb jak ptaszek, taki bardzo malutki... Lepiej zmykaj do parku sufit malować! - odparłam ironicznie, rozluźniając się i prostując, by nie wydawać się niższą od niego. Wyszczerzyłam białe kiełki w nieudawanym rozbawieniu, które przegoniło rozzłoszczenie. Jakaż byłam teraz ciekawa jego reakcji! Było ze mną nie zaczynać, zna mnie od dziecka i dobrze wiedział że nie potrafię odpuszczać!

Urian
- Już, już, bo się zziajesz - wyszczerzyłem się do niej wrednie. - Wiesz, niektóre stworzenia, szczególnie takie jak ty, myślenie bardzo męczy. Nie chcesz tu chyba trupem paść, co?
Nie czekałem na odpowiedź siostry, która warknęła znów na mnie. Ruszyłem znów w stronę ogrodu. nie miałem co prawda planów co dokładnie będę robił, kogo szukam i jakiego psikusa pragnę spłatać. W gruncie rzeczy rzadko kiedy miewałem konkretne plany. Przeważnie widziałem cel i okazję, a w mojej głowie rodził się zamysł, który trzeba było odrobinę doszlifować i utworzyć z niego plan, a dalej już tylko zostawało wcielenie go w życie. Najważniejsza była dobra zabawa, tylko to się liczyło, aby się pośmiać. To, że później było mniej miło gdy dostawałem ochrzan nieco kłuło, ale w końcu wszystko miało swoją cenę.
Tak odnośnie ceny, to posiadanie rodzeństwa też swoją miało. Trzeba było słuchać marudzenia sióstr, znosić brata, który wolał latać za zgrabnymi tyłkami niż przepychać się ze mną jak to kiedyś mieliśmy w zwyczaju dość często. Do tego dochodził też pewien rzep, który przykleił mi się do ogona.
- Dobra - odezwałem się do Rosemary, która lazła za mną. Skaranie boskie z tymi siostrami, naprawdę. - Jak już musisz za mną leźć to po pierwsze cisza i spokój. Nie chcę żeby nas ktoś nakrył. Tu dochodzimy do punktu numer dwa. Jak coś każe to to robisz, bo jak mnie wplączesz w jakieś kłopoty, to skórę ci przetrzepię - zmrużyłem oczy.
Nie, żebym rzucał się z kłami na samice. Może do najmilszych nie należałem i nie miałem zamiaru biegać za nimi jak mój brat, ale znęcanie się nad nimi nie sprawiałoby mi przyjemności. Chociaż był wyjątek... Och, Foxy, moja kochana, Foxy. Jakże cudny byłby w z ciebie futrzak w mojej przyszłej komnacie. Z drugiej jednak strony dla Rosemary mogłem zrobić wyjątek. W końcu to moja siostra, a nie samica... prawda?
Dotarliśmy cichaczem do ogrodów. Chwilę musieliśmy się rozglądać za odpowiednim celem. I znaleźliśmy. Była to wadera, ruda... nie pamiętałem jej imienia, ale wilczycom zawsze łatwiej było spłatać psikusa. Niektóre były naprawdę strachliwe i strasznie delikatne.
- Co by tu...? - zastanawiałem się chwilę i w tej chwili kątem oka dostrzegłem blask i ruch...  
- Łap go - syknąłem do siostry, która po chwili wahania zrozumiałą o co mi chodzi i skoczyła za wężem.
Te maluch jadowite nie były i bardzo je lubiłem, nie wiedzieć jednak czemu niektóre wilczyce się ich strasznie bały... Ich peszek... Dla mnie radocha, szczególnie kiedy przyniesiony prze Rosemary gad wylądował z moja skromną pomocą wprost przed pyskiem rudej. Wilczyca wrzasnęła malowniczo i cofnęła się tak niefortunnie, że aż orła niemal wywinęła, po chwili uciekła gdzie pieprz rośnie.
Oboje z siostrą siedzieliśmy w krzakach śmiejąc się aż nas brzuchy bolały. Mały wąż, a tyle paniki...

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Ash - Ale najlepiej we własnym domu

Jak to się mówi? Wszędzie dobrze, ale najlepiej we własnym domu. O, takie jest chyba powiedzenie, które swoją drogą się sprawdza. Siedzenie cały czas u medyka, to jednak już zaprzepaszczenie całego swojego życia, które można było spędzić pożyteczniej. Więc każdy normalny wilk raczej by się cieszył, kiedy wreszcie by nie kaszlał i nie psikał, a spokojnie MÓGŁ spacerować po całej Arcanterze. Podobnie było ze mną. Szłam sobie powolutku bez pośpiechu przed siebie, napełniona energią, która była długo zamknięta w moim ciele. Wierzcie lub nie, ale spaceruje od świtu, bo to najlepsza pora. W końcu, kiedy słońce było centralnie nade mną, postanowiłam zrobić przystanek. Łapy mnie bolały. Podwinęłam ogon i ułożyłam się w cieniu drzewa. Oj, mięciutka trawka. Nie jest tak jak we Glacies, chociaż swoją drogą zaśnieżone tereny były nie daleko. Za wysokimi sosnami, które rosły za łąką. Oj, chyba nigdy nie przestanę dziwić się tymi dziwnymi zmianami temperatury na wszystkich terenach. Zmrużyłam oczy, kiedy smuga jasnego światła przeleciała przez gałęzie drzewa. W blasku słońca zobaczyłam sylwetkę wilka. Wilka, którego już znałam i nawet lubiłam.
- Ikelos! Co ty tu robisz? - Spytałam zaciekawiona, wiedząc, że mieszkał daleko w wiosce. Wiosce, która była aż za bardzo daleko od mojego własnego domu.

Ikelos
Mogłem już dawno oddać stanowisko i przejść na emeryturę, jednak co bym wtedy robił? Na pewno nie nawiedzać szczenięta w wiosce, czy te Arii. Każdy ma swoje życie, prawda? Postanowiłem więc wybrać się na Glacies w poszukiwaniu śnieżnych stokrotek, bowiem zauważyłem, że mi się skończyły. Zajmie mi to parę dni, jak nie więcej, bowiem młodość już dawno uciekła i trochę bolały mnie stawy.
Na miejscu udało znaleźć mi się kilka kwiatów i kiedy zrywałem je, usłyszałem znajomy głos. Ash?! Odwróciłem się i rzeczywiście ujrzałem moją białą znajomą, która ostatnimi czasy leżała u medyka. Skąd wiem? Jestem magiem, my wiemy jakich leków potrzeba i dla kogo.
- Witaj, widzę, że już lepiej się czujesz. - odparłem z uśmiechem, po czym nie mogłem się oprzeć pytaniu.
- W ogóle to co się stało, że znalazłaś się u medyka? - zapytałem z zaciekawieniem.

Ash
Poderwałam się szybko, żeby nie wyszło, że lubię leniuchować czy coś. Oczywiście, gdyby ktoś tak pomyślał, nie zrobiłoby to zwykłej różnicy, ale wolałam, żeby nikt tak o mnie nie myślał. Tak po prostu.
Odwzajemniłam uśmiech, chociaż ten był bardziej blady, prawie niezauważalny. Ale zapewne nawet z takiej odległości zobaczył go Ikelos, bo byłam zadowolona z tego, że będę miała okazję z kimś porozmawiać. Z kimś kto nie był medykiem, pachnącym jakimiś dziwnymi lekarstwami.
-Złamałam sobie łapę, nic takiego. Przynajmniej tak mi się wydawało - nadwyrężałam ją sobie i dopiero później poszłam do medyka. Dlatego byłam tam tak długo. - nie śpieszyło mi się z wyjaśnieniami, ale oczywiste było to, że powinno się chociaż w skrócie to opowiedzieć. Właśnie wtedy miałam nadzieję, że zmienimy temat. Zerknęłam na łapę i poruszyłam nią delikatnie. Aż dziwne było to, że jeszcze niedawno nie mogłam nią ruszać.

Ikelos
Złamała sobie łapę? W prawdzie ciekawiło mnie w jaki sposób tego dokonała, jednak czy powinienem o to pytać? Wiadome, że niektórzy wolą nie rozmawiać o takich rzeczach, jednak Ash chyba nie miałaby nic przeciwko, prawda? Postanowiłem zaprosić ją na spacer, taki trochę dłuższy, bowiem nie widzieliśmy się naprawdę długo i teraz aż mi głupio, że nie odwiedziłem jej u medyka. Co ze mnie za przyjaciel!? Do niczego się nie nadaję, olałem znajomą, moja ukochana woli brata... jestem życiową ofermą. Na samą myśl o tym wszystkim posmutniałem, jednak starałem się jakoś rozkręcić nowy temat, bo raczej nie mam ochoty rozmawiać o czymś, w czym zawiniłem.
- A ogólnie co u ciebie? Starość nie radość, prawda? - zapytałem, spacerując z koleżanką u boku. Ciekawe czy ona kogoś ma, byłoby miło, jakby chociaż jednemu z nas się udało w życiu.

Ash
Kiedy usłyszałam, żebyśmy zrobili spacer, zgodziłam się bez żadnego sprzeciwu. Byłam tylko trochę zmęczona, a rozmowa ze starym znajomym zwykle poprawia humor i nawet jest szansa, że zapomnę o chęci odpoczynku, kiedy skupię się na pogadance.
Szliśmy przed siebie powoli, a jasne słońce świeciło nad nami. Niebo było czyste, błękitne i leciał na nim tylko jeden malutki obłoczek. Gorąco odbiło się też na otoczeniu - trawa rosła dobrze i szybko, chociaż była trochę żółtawa. Nigdy nie przestanę dziwić się tym miejscem. Domem.
Odwróciłam głowę delikatnie w tył, widząc już tylko trochę drzew. Zaśnieżone tereny Glacies, zupełnie niepodobne do tych, dawno zniknęły z zasięgu naszego wzroku. W końcu odezwał się Ikelos.
- Nie licząc małego wypadku, nawet dobrze. Ale nie tak ciekawie jak kiedyś, można powiedzieć, że trochę narzekam na nudę. A jak u ciebie Ikelosie? Może coś ciekawszego, bo nie mam ochoty rozmawiać jak starcy o pogodzie. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, robiąc krok na przód. Mój spokój przerwały kolejne słowa basiora na które się zaśmiałam. - Racja, nawet nie wiem kiedy ten czas minął.

Ikelos
Ah, stara dobra Ash i jej wyjątkowa szczerość. Jednak o czym rozmawiać jak nie o pogodzie? Starzy jesteśmy, nam wolno, jednak postaram się coś wymyślić, by moja towarzyszka była zadowolona. Hmm, z tego co pamiętam to niezła z niej odkrywczyni świata. To tu, to tam, jakieś przygody, gdzie ja po staremu. Ciepły domowy kącik i praca, praca i jeszcze raz praca. Teraz wiem, że nie to jest najważniejsze, jednak straciłem już możliwości. Mam jedynie nadzieję, że nikt nie popełni takiego błędu jak ja.
- No cóż, u mnie to nie ma co zbytnio opowiadać. Praca, obowiązki i marne potrzeby śmiertelników. - odparłem, lekko się śmiejąc.
- Dla ciebie pewnie to nudne zajęcia, znając życie to masz ochotę na jakąś przygodę, prawda? - spojrzałem na białą i zadałem pytanie, na które odpowiedź raczej znałem. Co jak co, ale ona jest wilkiem którego od dawna podziwiam, ta spontaniczność, gdzie ja... mimo iż chciałbym, to jednak kocham swoje życie w wiosce. Sam fakt życia na Glacies jest już dość odważny, ale co to jest dla maga wody, prawda?

Ash
No, no, no, zna mnie chyba na wylot. Oczywiście, że uwielbiam przygody. Fajnie było poczuć adrenalinę i strach przed śmiercią. Ale to było dawno. Byłam młodziutka, a do tego nie znałam tak dokładnie otaczającego świata. Co nie oznacza, że teraz go znam - nadal jest dla mnie jedną wielką tajemnicą. Pogodziłam się też, że nie ma sensu życia. Jest tylko droga, którą idziemy przez życie. Każdy ma inny los. Każdy ma inną drogę. Ale można wybrać, którym szlakiem będziemy szli.
-Oh, Ikelos, zamierzasz już odejść ze świata śmiertelników? Masz jeszcze czas i jak tylko będziesz chciał, możesz zmienić swoje życie. - Zauważyłam, słysząc jakby zawód w głosie, który wilk szybko zakrył śmiechem. Nie wiem czy szczerym czy udawanym, ale to akurat nie ważne. - Oj, tak. Z pewnością nie jestem stworzona do ciągłej pracy i obowiązków.
Nie wdałam się w matkę. Ta była spokojna i cicha. Albo nie, nie była jedynie spokojna i cicha. Zwyczajnie myślała jedynie o sobie, a dzieci traktowała jak zwykły śmieć, przypadek i tyle. Babcia była może lepsza, ale jedno nieodpowiednie słowo i dostawało się od niej w pysk. Pierwsze skojarzenie, które mi przyszło do głowy, kiedy o niej myślałam to ten czarny wilk, którego poznałam w Glacies. Byliby dobrą parką. Może z tym wyjątkiem, że ona była starsza, a on młodszy.
Prawie się zaśmiałam, ale powstrzymałam się, karcąc siebie w myślach.
Ale nie byli oni ważni - nie istnieli. To wszystko było już przyszłością, teraz mieszkałam tutaj. Samotnie, ale szczęśliwie. Może nie aż tak samotnie w końcu znałam dużo wilków, byłam w ich społeczności. Dużo już tutaj mieszkałam. Ale nadal czegoś mi brakowało. Tylko czego... Pokręciłam głową, ponownie spoglądając na Ikelosa.

Ikelos
Odejście ze świata śmiertelników nie było złym pomysłem, bowiem nie mam nic. Mógłbym mieć bogactwo, eliksiry, doskonałą pracownię, jednak to wszystko jest nic w porównaniu z sensem naszego istnienia. Nie mam go. Kocham, jednak kochany nie jestem. Kocham, jednak ona? Ona woli innego, a świadczą o tym te słodkie maluchy i jej troska o nie. Prawda, niczym nie zawiniły, jednak czy gdyby go nie kochała, to dzieci traktowałaby tak dobrze? Nie wiem i może lepiej, że nie znam odpowiedzi. Nie potrafię się przy niej zachowywać, muszę traktować ją tak, jak nie chcę. Nigdy, a może zawsze czułem coś takiego? Chęć przytulenia, polizania, czułości i po prostu... miłości. Trudne jest to teraz, wiedząc, że raz mi na to pozwoliła. Czemu zrobiła coś takiego? Po co mówiła, jeśli teraz jest z innym. Ucieklibyśmy, daleko, poza granice. A może gdybyśmy go jednak zabili to miałbym szanse na to cudowne uczucie? Mogę sobie tylko je wyobrazić... tylko... Nie. Nigdy nie zabiłbym brata, nieważne jakim byłby tyranem. Z tego wszystkiego wyrwała mnie Ash, która jest mym przeciwieństwem. Przynajmniej tak mi się wydawało, wydaje.
- Totalne przeciwieństwo. - zaśmiałem się lekko i pewnie zauważy to, jednak może odbierze to w taki sam sposób jak zwykle? Nigdy nie wydawało mi się, żeby znała mnie tak dobrze, ale to oczywiste. Nie mówiłem jej złych rzeczy.
- Ja raczej życia zmieniać nie będę, lubię takie jakie jest, ale jakbyś wyruszała w drogę, to przygotuję ci kilka eliksirów. - oznajmiłem z uśmiechem, po czym jeszcze dodałem zdanie o tym, że jak wróci z wycieczki, to czekam na raport i nowe zioła do badań.

Ash
Naprawdę dużo nas różni Ikelosie. Ja za nic w świecie nie chce tak szybko umrzeć, bo jeszcze dużo do zobaczenia jest w tym dziwnym świecie. A przygody i nauka to podstawa - odkrywasz różne rzeczy przez całe swoje życie, a jak umrzesz to ciekawa nauka przeleci ci sprzed nosa. Co do tego, chyba wybiorę sobie jakąś konkretną rangę, bo nudno tak nie robić za wiele, kiedy inni się przemęczają. Jako przykład, o, Ikelos, taki przemęczony się wydaje, a ja sobie tylko spaceruję. Takie życie.
Kiedy usłyszałam propozycję przygody, uśmiechnęłam się blado. A nawet żem nie pomyślała o takim rozwiązaniu. Po prostu zwiedzę nasz kraj i zobaczę czy wszystko jest okej i nie ma żadnego zagrożenia. A przy okazji zbiorę jakieś zielsko. Wybornie!
- Oczywiście, Ikelosie. Mogę się wybrać na wyprawę nawet tu i teraz, ale jeżeli chcesz się przysłużyć, to przyjdę do Ciebie po te eliksiry. Zastanów się czy też nie chcesz się gdzieś wybrać. Powiedz mi jak przyjdę jutro! - tym razem uśmiechnęłam się promiennie i odwróciłam się, zadowolona z rozmowy zawracając do domu.
- Do zobaczenia.
Nowsze Starsze Home