Czekałam właśnie w ustalonym miejscu, kiedy nasza skromna ekipa zaczęła się zbierać. Reszta wilków ma zajęcia w zastępstwie i będą uczyć się o hierarchii, bowiem niedługo zacznie się wybieranie stanowisk. Co jak co, jeden zostanie cesarzem, ale reszta spadnie do rangi zwykłego wilka, bowiem tytuł arystokraty jest tak samo ważny jak tytuł poddanego, chyba, że nowy władca zechce nas podzielić, ale to już droga do buntu. Co ma do powiedzenia pięć szczeniaków, przeciwko całemu zamkowi? A no, nic... Lepiej niech się wezmą do nauki, a jeśli już chcą mieć wymarzoną władzę, stanowisko druida mile widziane.. o ile ten aktualny umrze albo cesarz go zmieni.
Kiedy wszyscy się zebrali, ruszyliśmy na Terribilis, bowiem jest tam wietrznie. Można spotkać żywiołaki powietrza, więc to o czymś świadczy - w tej chwili właśnie uświadomiłam sobie, że mogłam zabrać też magów wody. Mniejsza. Spacer był o dziwo, spokojny, jedynie od czasu do czasu zbaczali ze ścieżki, by zobaczyć jakieś kwiatuszki czy zwierzątka. Ehh.
Na miejscu byliśmy dość późno, a wszyscy byli zmęczeni, więc rozbiliśmy obóz. Rozpaliłam ognisko i nim się zorientowałam, spali. No i pięknie, z samego rana zacznie się trening i nauka. Co gorsze... zostaniemy tu na cały tydzień.
- Wstawać lenie! - warknęłam, widząc, że słońce już wychodzi. Niektórzy naprawdę niechętnie się do tego zabierali, jednak dałam im kilkanaście minut, aż w końcu byli gotowi.
- Zaczniemy od medytacji. Mianowicie niech każdy znajdzie sobie odpowiednie miejsce, usiądzie, niech poczuje wiatr na pysku. Potem zagłębiamy się w swoją duszę, czyli nie myślimy totalnie o niczym. Jeśli ktoś nie potrafi się skoncentrować, niech myśli o wietrze. Energia ukaże poprzez swędzenie nosa, swędzi, znaczy, że coś podziałało. Do roboty. - oznajmiłam, spacerując w te i we wte.
Lee
Ruda obudziła nas swym okropnym głosem. Mruknęłam coś pod nosem. Leżałam obok Rosemary. Wstałam i przeciągnęłam się. Po chwili mocny wiatr uderzył mnie w pysk; był tak silny, że ledwo złapałam wdech. - Co za cholerstwo! - warknęłam.
Rozejrzałam się. Foxy stała na jakimś sporym głazie, ciągle wołając uczniów. Wtem Dusu pojawił się obok mnie. Jego poroże lśniło w blasku wschodzącego słońca. Uśmiechnęłam się do niego delikatnie, a ten paroma susami zatoczył koło wokół mnie. Następnie skierował się w stronę gburowatej nauczycielki. Gdy ta przerwała krzyk i poczęła gadać coś o medytacji, on się rozpłynął. Tym razem postanowiłam posłuchać Foxy. Kazała nam się zrelaksować i gdy nos zacznie swędzieć to znaczy, iż coś się dzieje. No więc zrobiłam to, co kazała wilczyca, aczkolwiek nic się nie stało.
Zeconi
Dzisiaj pora na odkrywanie żywiołu, co mnie ucieszyło jak jeszcze nigdy. Bardzo chciałem wiedzieć czy to ogień czy powietrze, może ojca nie za bardzo lubiłem, jednak moc miał interesującą. Całe szczęście, że Shae też ma taką możliwość, tyle że zamiast ognia, może być magiem wody. Lepiej jakbyśmy posiadali takie same moce, byłoby bardzo fajnie i coraz więcej czasu spędzalibyśmy razem, to już coś. Droga o dziwo było spokojna, no może Urian dawał w swe znaki, ale to nie często. Bardziej interesował się otaczającym go światem, ehh, jakby nie mógł tak codziennie. Mniejsza.
Rano obudził mnie krzyk rudej wadery, która robiła tu za nauczyciela. Zaczęła łazić i mówić coś o medytacji. Serio? To nie będzie jakiś fajniejszych zajęć? Medytacja!? Skandal po prostu, jednak robiłem to co kazała. Usiadłem, poczułem wiatr, a myśli nie były czyste... co chwila przychodziła Shae lub też inne wadery. To męczące, jak mam się niby ich pozbyć!?
Nie wiem ile spędziliśmy na robieniu niczego, ale poczułem to swędzenie w nosie, chyba, że po prostu mnie swędzi bez powodu.
Urian
Szczerze mówiąc liczyłem na coś bardziej spektakularnego, ciekawszego... Sam nie wiem, ale coś, co pozwoliłoby mi zwyczajnie samemu użyć zdolności i to najlepiej tak z przytupem, a nie jakieś swędzenie nosa... Nos czasami swędział... przecież to nos! On lubił swędzieć, szczególnie kiedy coś się robiło, albo nie zamierzało ruszać, bo znalazło się właśnie niezwykle wygodna pozycję. Wtedy zaczynał swędzieć i trzeba się było ruszyć, żeby się podrapać... Standard.Mimo tego, że niezbyt chętnie przysiadłem i wyciągnąłem pysk w stronę wiatru. Chciałem się skopić, ale nie mogłem, bo inni sapali jakby właśnie skupiali się w innym, wiadomym celu, ale nażarli się wcześniej za dużo jagód. Wstałem więc, powarkując wściekle i ruszyłem w stronę sporej skałki, na którą miałem nadzieję się wdrapać. Co prawda Foxy coś tam marudziła odnośnie tego gdzie się niby wybieram, ale łagodnie mówiąc to olałem i już po chwili siadłem sobie pond wszystkimi, w spokoju i znów wyciągnąłem pysk w kierunku wiatru. Nos... no swędział... jak zazwyczaj kiedy wiatr wpadał mi w niego centralnie. Tylko o czym to niby ma świadczyć? Przecież w takiej sytuacji każdego nos by swędział...
- No swędzi... - zawołałem i usadowiłem się wygodniej, zerkając na wszystkich z góry. Nie koniecznie miałem ochotę się stąd ruszać...
Evangeline
To głupie, że jako książęta i księżniczki mamy takie beznadziejne zadania. Kto w ogóle wybrał tą nudziarę na naszego nauczyciela? Gdy wrzeszczała wniebogłosy, budząc nas, jeszcze bardziej chciało mi się spać. Chociaż wątpię, czy ktokolwiek zasnął przy jej skrzeczeniu. Foxy kazała nam medytować. No proszę, jeszcze chwila i zasnę na siedząco. Ale cóż, niech jej będzie. W końcu chcę odkryć swój żywioł, jakikolwiek by nie był. Byłam ciekawa, jaki mi się dostanie. Podejrzewałam, że ruda łajza ma nadzieję na powietrze, skoro przyprowadziła nas w takie miejsce. Mówiła coś o jakimś swędzeniu nosa, ale kto by jej tam uważnie słuchał? Chyba lubiła brzmienie swojego głosu, skoro niemal cały czas miała otwarty pysk i coś tam mówiła, do siebie czy do kogokolwiek. Gdy swędzenie się pojawiło, przemilczałam to. Ta, nie będę się chwalić. Ostatecznie jestem księżniczką i waderą lepiej wychowaną od innych, a przynajmniej za taką się uważam. Na wyskoki jeszcze nie pora, jak sądzę.Foxy
Cały dzień spędziliśmy na medytacji, co było naprawdę nudne, jednak niezbędne do otwarcia bram energii. Śmieszyło mnie, że po zaledwie paru godzinach niektóre wilki przyznawały się, że swędzi ich nos. Naprawdę? To nie jest takie proste, otwarcie się przed tą tajemniczą mocą, dlatego kazałam im dalej medytować. Jutro powinni być gotowi na zaproszenie...Wstałam jak zwykle wcześniej od szczeniaków, więc musiałam ich budzić. Ta sama szopka co wczoraj "Daj spać", "Odczep się!", i inne warkoty, które olewałam. Jak ktoś nie chce po dobroci, to niech nie zapomina, że futro całkiem szybko płonie. Dobrze, że jest tu woda, przy okazji się wykąpie. Ehh, marnują tylko czas na odgrywanie tych scenek... O Arcanusie! Miejmy to za sobą!
- Dobra, dzisiaj pora na modlitwę do Arcanusa. - dałam zadanie, jednak sądząc po ich minach, rzadko odwiedzają kapłankę.
- Znajdźcie sobie odpowiednie miejsce, w samotności i zacznijcie się modlić. Po południu zaczniemy praktykę. - powiedziałam, a w odpowiedzi zaczęło się marudzenie i ponowne marnowanie czasu. Może z godzinę zajęło, żeby w końcu się zamknęli. Jakby nie wiedzieli, że współpraca jest kluczem do skończenia zajęć. Im szybciej zrobią to co każę, tym szybciej odkryją moce, dostaną stanowisko i w końcu, skończą edukację.
Kiedy wybiło południe, zebrałam szczenięta i zaczęłam tłumaczyć jak dokładnie ma wyglądać trening praktyczny. Zaczęliśmy od czegoś małego, kulki powietrza. No cóż, ja nie posiadam tego żywiołu, więc tylko pokazywałam ruchy i tłumaczyłam. Przerzucamy ciężar ciała na prawą stronę, podnosimy ugiętą lewą łapę, głową robimy koło, odkładamy lewą łapę i przenosimy ciężar ciała na nią. Oczywiście najpierw powoli, potem szybciej i jeśli nabiorą wprawy, powinno się udać. Może nie za pierwszym razem, ale powinno. Zakładając, że ich medytacja i modlitwa była wykonana prawidłowo.
Zeconi
Wstałem rano, kiedy usłyszałem krzyki Foxy. Mimo iż wczoraj był najnudniejszy dzień, jaki mogłem sobie tylko wyobrazić, miałem tą głupią nadzieję, że dzisiaj będzie inaczej. Oh, jak bardzo chciałem się nie mylić, tak bardzo się zawiodłem słysząc, że mamy się modlić. Niby o co? O żywioł? Toż to bezsensowne, bowiem moc mi się należy, tak? Po to są by je posiadać, brak żywiołu to zwykłe upośledzenie, a ja jestem zdrowy jak ryba. Swoją drogą, czy ryby mają żywioły? One są strasznie głupie, nic nie robią, totalnie. Pływają, jedzą i się rozmnażają. Nie wyobrażam sobie jak jakaś ryba ma koronę, jest rybim królem i poddanych, serio... totalnie bezsensowne. A co jeśli tak jest i mają na dnie oceanu jakiś zamek? Syreny to może i tak, ale ryby? A jeśli już o syrenach mowa to są strasznie brzydkie, przynajmniej z tego co widziałem na materiale, który pokazywali nam w szkole. Wiem też, że strasznie skrzeczą, tak bardzo, że boli uszy. Z głupich przemyśleń ocuciła mnie nauczycielka, która widziała, że zamiast się modlić to gapię się bezsensownie przed siebie. No trudno, będę udawać, bo modlić to na pewno się nie będę. Nie umiem. Jak zostanę cesarzem to obalę tą głupią wiarę, strata czasu i tyle. A historyjki rudej o tej całej katastrofie i że niby widziała naszego pana, to zwykłe bajki. Przyśniło jej się to i teraz opowiada, byśmy myśleli, że jest super. Pff. A może by tak spytać mamę? Ona powinna coś wiedzieć o katastrofie, w końcu są w podobnym wieku, tak myślę.
Wróciłem na miejsce, w którym wczoraj medytowałem i udawałem, że się modlę. Nie wiedziałem jak to robić, więc po prostu zamknąłem oczy, usiadłem i opuściłem łeb, szepcząc sobie wyliczankę pod nosem. Foxy nie przeszkadzała, jednak naprawdę to długo trwało, że aż zaczynałem się nudzić. W końcu zająłem umysł wymyślonymi zdarzeniami i nim się zorientowałem, przeszliśmy do praktyki. Wadera pokazywała ruchy i opisywała słownie, co powinniśmy czuć i jak to powinno działać. Zrobiłem wszystko dokładnie tak jak kazała, jednak nie udawało mi się. Zacząłem panikować, że może jestem upośledzony, aż tu nagle ku mojemu zdziwieniu... udało się. Było to naprawdę przyjemne uczucie, wiatr z morza uderzył o mój pysk, zamknąłem oczy a wtedy poczułem dreszcze. Powtórzyłem ruchy z zamkniętymi oczyma, a kiedy zrobiło mi się ciepło, otworzyłem je. Udało mi się posłać prostą kulkę w morze! A więc.. powietrze?
Urian
Długo nie mogłem przestać psioczyć i marudzić pod nosem. Wczoraj okazało się, że nie będziemy już robić nic... Początkowo mnie to nieźle wkurzyło. Jak to? Po co to całe swędzenie w nosie, skoro nic więcej miało się nie dziać i mieliśmy zwyczajnie siedzieć i medytować? Z drugiej jednak strony często siedziałem tak, byle wysoko i byle poniuchać nieco wiatr. Lubiłem to i... nawet fajnie, że można było tak sobie spokojnie posiedzieć nie słuchając jazgotu innych. Następnego dnia Foxy znów zerwała nas skoro świt i kazała nam się modlić. Może jeszcze bić łbem w ziemi i jęczeć o cud? No błagam! Z tym, że mus to mus... Nie miałem nic do naszego boga, można by uznać, ze go szanowałem, w końcu był stwórcą i tak dalej. Nie biłem jednak pokłonów z byle powodu, nie wykrzykiwałem, że to, a to, to zapewne jego kara, a co innego ogromna łaska... Wilkom zdarzały się różne rzeczy i szczerze wątpiłem, żeby bóg sobie wisiał nad każdym i tak ich kierował, żeby potknęli się o właśnie ten, konkretny kamyk... Ale co ja będę się wtrącał w to, w co niektórzy wierzyli. Teraz miałem się modlić, więc się modliłem. Nie tylko modlitwami, jakich nas uczono, one były... drętwe. Nie lepiej było samemu wymyślić co się chciało takiemu bóstwo przekazać? Zawsze tylko oklepane dziękuję za to i za tamto i spraw by było tak, a tak...
Po skończonych modlitwach zostaliśmy uraczeni cudowną choreografią taneczną... No naprawdę to przeurocze. Łapka tutaj, łepek tam, zawinąć jeszcze zadkiem i można śmigać na tańce. Przy pierwszych próbach było więcej śmiechu niż faktycznego treningu, co zirytowało naszą mentorkę... Mówi się trudno. W każdym razie nieco takiego hopsania z łapy na łapę i kręcenia łbem i wykulałem coś, co było niedużą wirującą powietrzną bańką.
- Ha! - zakrzyknąłem i poruszyłem się jakoś tak, że kuleczka śmignęła w stronę Lee. Wilczyca warknęła na mnie, bo nieco potargałem jej futro na grzbiecie.
Lee
Modlitwa? Że niby co - mam teraz prosić o to, o tamto, przepraszać za coś? Bzdura! Moim zdaniem było to całkiem niepotrzebne. Jeżeli potrzebowałabym jakiejś pomocy ze strony Arcanusa, to sama bym się wybrała do kapłanki i to zrobiła. Meh... Dobra, trzeba stwarzać jakieś pozory. Pochyliłam lekko łeb, a później zaczęłam mamrotać jakieś słowa, które jako pierwsze się nasunęły na język; a brzmiało to mniej więcej tak: skała, morze, niebo, chmura, łapa, futro, zadek siostry... I tak dalej. Gdy dostrzegłam, że Foxy zbliża się do mnie, poczęłam głośniej wymawiać moją "modlitwę".- Wielki Arcanusie! Proszę cię o błogosławieństwo dla mojej rodziny, a szczególnie dla braci, aby dobrze im się powodziło podczas władzy. Dziękuję za... Eee... - mówiłam.
Ruda kiwnęła głową na znak, iż dobrze to robię. Uśmiechnęłam się sama do siebie, bowiem nauczycielka była naiwna. Czy ona na prawdę myślała, że będziemy sławić tego naszego stworzyciela całym sercem? Hah, śmieszne.
W końcu mieliśmy ćwiczyć praktykę. Stara wadera pokazała nam jakieś dzikie pląsy. I ponoć tak ma wyglądać nasze używanie żywiołów? Bardziej miałam wrażenie, że jesteśmy na kursu tańca, niżeli odkrywaniu żywiołu. W każdym bądź razie zrobiłam to, co kazała nam Foxy, lecz nic się nie stało. Powtarzałam to ciągle i ciągle, aczkolwiek skutków nadal nie było widać. Czyżbym była bez żywiołu? Nie... To nie może być prawda! Moi dwaj bracia już posyłali kulki, a jedną Urian trafił we mnie. Nastroszyłam sierść i odwróciłam się w jego stronę.
- Spadaj, dupku! - syknęłam nienawistnie.
Evangeline
Modlić się? Ruda teraz to tym naprawdę przegięła. Co ona sobie myśli, że nas nawróci na dobrą ścieżkę? Czy ja wyglądam, jakbym czciła kogoś lub miała taki zamiar? No, pewne osoby podziwiałam, ale nikogo nie czciłam. Jeszcze nikt nie był na tyle cudowny, by mnie zachwycić. Poza mną samą, oczywiście. Cóż, chciałam jednak mieć swój upragniony żywioł, więc pochyliłam głowę, przymknęłam oczy i zaczęłam coś tam mruczeć bez ładu i składu, co spodobało się naszej kochanej nauczycielce, bo przechodząc koło mnie, pokiwała głową z aprobatą. Głupia modlitwa zaliczona. Później musieliśmy wykonywać ruchy przypominające wijące się po wyciągnięciu z wody ryby. Idiotyczne! Kto to w ogóle wymyślał? Nie zdziwiłabym się, gdyby Foxy. Albo to jej całe prześwietne bóstwo, którego imienia nawet nie mogłam sobie przypomnieć. Czy takie imię jest w ogóle warte zostania zapamiętanym przeze mnie? Ono albo jego nosiciel? Nie sądzę. Tak jak chciano, ruszałam się, myśląc o powietrzu, którym mogłabym udusić rudą. W końcu machnęłam łapą, mrużąc oczy, i ujrzałam lecącą płynnie powietrzną kulę niewielkiej wielkości. Udało się, wreszcie!Foxy
Dałam szczeniętom tydzień na opanowanie i odkrycie żywiołu, co w zupełności wystarczyło, by większość dała sobie radę. Cóż, reszta najwyżej posiada inny żywioł niż powietrze czy woda. Dziwiło mnie trochę, że dali radę odkryć ten mokry żywioł, bowiem najłatwiej jest zrobić to na Glacies. Magów wody zabieram na samym końcu, bowiem jest to naprawdę proste w odkrywaniu, jeśli mamy teren, gdzie woda stanowi jakieś osiemdziesiąt procent. Nie przebywamy tam dłużej niż cztery dni, najgorzej jednak jest z ogniem. Oh, z tymi to się muszę męczyć, czasem wycieczka się dłuży albo po prostu uznajemy, że mają inne moce. - No dobrze, czy wszyscy są? - zapytałam, stojąc przed gromadką wilczków i rozglądając się. Oj, dostałoby mi się, gdybym o jednym zapomniała.
Po przeliczeniu ruszyliśmy w drogę powrotną, która była... no cóż, męcząca. Głupie kulki powietrza i głupie szczyle, ehh... chyba odejdę na emeryturę.