Przebudziłam się wczesnym rankiem. Chyba pozostałe wilki należące do Arcanterry jeszcze spały. Nie chciałam im przeszkadzać, więc wybrałam się na spacer do Glacies. Było to miejsce do którego jeszcze nie zaglądałam. Zobaczyłam tutaj piękne śnieżne widoki, ale było tam dziwnie spokojnie. Nie słyszałam żadnych ptaków. Woń innych zwierząt była prawie niewyczuwalna. Coś tu nie grało. Po paru minutach zatrzymałam się. Znienacka usłyszałam lawinę! Zaczęłam uciekać w dół, jednakże siła natury była szybsza. Śnieg zakrył mnie całą. Wydawało mi się, iż zemdlałam. Przebudziłam się na brzegu zamarzniętego jeziora. Powoli wstałam i się wytrzepałam. Lawina była mała, więc miałam tylko parę siniaków i nic po za tym. Czułam jednak nadal chłodny wiatr, który został po zamieci.
- Już chyba nigdy tu nie przyjdę... - Mruknęłam do siebie.
Poczułam głód, a w okolicy nie było dużych jeleni czy dzików, tylko drobne leśne zwierzątka. Były to względnie ptaki, wiewiórki oraz te niedobre zające. Jako iż wiatr przestał wiać, postanowiłam zapolować na dwa ptaki. Akurat obok leżał jeden gołąb, który oberwał przez wichry. Zjadłam go; zostawiłam tylko pióra i kości. Nie mogę powiedzieć, że był smaczny. Ruszyłam w dalszą drogę. Napotkałam gniazdo bażantów. W nim znajdowały się jajka i samica która je ogrzewa. Szybkim ruchem skoczyłam na ptaka. Miałam szczęście, bo matka była wolna. Oderwałam jej łeb i zjadłam wnętrzności. Nie byłam najedzona ale cóż... Po długiej wędrówce natrafiłam na trop i wyszłam z Glacies. Wróciłam do zamku i padłam na ziemię. Potem zasnęłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz