Rankiem poszedłem do lasu. A nóż coś upoluję! Przebiegłem przez pierwszą część lasu, gdzie na ściółkę składały się tylko obumarłe liście i igły a poszycie lasu było rzadkie. Potem wkroczyłem do ciemnego matecznika. Zacząłem się skradać wzrokiem poszukując rudego lub brązowego mignięcia pośród liści co znaczyło tylko jedno - sarny, lecz niczego takiego nie dostrzegłem. Nagle poczułem ukłucie bólu na nodze i instynktownie spojrzałem w dół. Nogę skaleczyłem sobie o krzaki malin, od których było tu gęsto. Usłyszałem pisk wyrywającego się zwierzęcia parę metrów ode mnie. Postąpiłem parę kroków w stronę dźwięku i zobaczyłem zająca, który zaplątał się w kolczaste krzaki. Ktoś tu woła o pomoc. Zając dopiero teraz mnie zauważył i spojrzał na mnie z nadzieją a ja na niego z pogardą.
- Pomóż mi! Sam się stąd nie wyrwę.
Przystanąłem obok niego i obserwowałem jak zwierzę się męczy poczym pomyślałem, że tylko marnuję tu czas i odwróciłem się do niego plecami.
- Nie zniżę się do poziomu robactwa. - Powiedziałem i rzuciłem mu ostatnie, pełne pogardy spojrzenie. Odchodząc, kątem oka dostrzegłem łzy w jego oczach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz