Olethros
Położyłem się na plecach i przez dziurę w ścianie obserwowałem wirujące płatki śniegu i gałąź sosny uginającą się tu i tam przy podmuchach wiatru. Jakże mnie to irytowało. I do tego jeszcze ta idiotyczna poza była niesamowicie niewygodna. Od tygodnia nie wychodziłem poza tereny mojego Glacies a o pójściu do Zamku nie było mowy. Przeprowadziłem się do Miejsca i dręczyły mnie koszmary, nie, halucynacje. To mój ojciec mnie wzywał. Wiem, że mało brakuje a Chars zwoła inne bóstwa a ja pogrążę się w letargu i dostąpię kary. Zasłużonej. Od wybuchu tego... jak mówiła ta świnia? Zapaści magicznej? Nie mogę się ruszać a raczej mi się nie chce bo każdy krok boli jakby ktoś łamał mi kości. Dlatego więc brakuje mi jedzenia chociaż tydzień temu wziąłem ze spiżarni zamkowej tyle ile mogłem unieść. Śmiać mi się chce, gdy pomyślę o głodzie. Co za ironia! Pewien jestem, że jak spotkam jakiegoś wilka to pewnie nie wytrzymam i zabiję go oraz zjem zanim doczołgam się z nim do Miejsca i złożę go w ofierze. Zanim nie było tak źle to otaczałem się duchami a teraz wychodzi mi marna mgiełka. A poza tym brakuje mi pewnego korzenia. Świeci się w ciemności a poza tym potrzebuję go do pewnych działań... Pójdę w nocy. O ile wiem rośnie on w Solitudine. Okręciłem się i ułożyłem na boku. Spojrzałem na pozłacany sztylet z kościaną rękojeścią i zasnąłem. Obudziło mnie hukanie sowy. Otworzyłem oczy i wstałem z jękiem. Profilaktycznie wziąłem nóż leżący obok gdyby jakiś wilk albo inne zwierzę mi się trafiło. Cóż... niby ten sztylet jest przeznaczony tylko dla wilków, dla ofiar, ale jak przymieram głodem to nie za bardzo mnie to obchodzi. Nie myślę nawet o śmierci w mękach. Wyszedłem z jaskini powoli obracając w powietrzu przed sobą sztylet. Odbijał światło księżyca, Selene. Skupiłem się na nim i brnąłem przed śnieg.
Dotarłem do Solitudine. Wybrałem stosunkowo płaskie miejsce i zacząłem grzebać i chodzić z nosem przy ziemi. Księżyc skrył się za chmurą a ja kątem oka coś zauważyłem. I gdy spojrzałem w tamtą stronę moje oczy zetknęły się z innymi. Taa... Tam stał wilk. Sierść stanęła mi dęba i przeszedł mnie dreszcz. Ofiara dla bóstw czy uczta, zaspokojenie głodu? W obu przypadkach muszę zabić. A czuję, że właśnie tego mi naprawdę brakowało...
Gavroche
Te nasze skrzyżowane spojrzenia naprawdę wzbudziły we mnie strach, zwłaszcza, że w oczach basiora nie widać było zbytnio żadnych pozytywnych cech, wręcz przeciwnie, ślepia jego były dzikie i sprawiały, że nie czułem się do końca bezpiecznie. Żołądek podskoczył mi do gardła i jeszcze przez kilka sekund stałem w cieniu zastanawiając się, czy nie spróbować uciec. Moja ciekawość i chęć przeżycia przygody jednak zwyciężyły, toteż zaraz wolnym krokiem wysunąłem się zza drzewa i podszedłem bliżej, zachowując jednak odległość kilku metrów.- Cześć. Jestem Gavroche. Widzę, że czegoś szukasz, może... spróbuję ci pomóc? Opowiedz mi tylko, za czym mam się rozglądać. - starałem się zabrzmieć obojętnie i nieco oschle, ale mój strach zrobił swoje, toteż głos zabrzmiał nieco piskliwie.
Pomyślałem, że fajnie by było, gdyby była to jakaś magiczna rzecz - zawsze mnie takie coś interesowało.
Olethros
Wilk podszedł bliżej jednak zachowywał dystans. I dobrze. Przedstawił mi się spytał się czego szukam i czy może pomóc. Gówno go to obchodzi. Spojrzałem na niego jeszcze raz. Hm... Czy ja naprawdę myślę o kanibalizmie? Doleciał do mnie jego zapach, czy raczej smród i odrzuciłem pomysł zabicia go dla mięsa. Z resztą i tak na tym zyskam. Nie umrę tak szybko jeśli złożę ofiarę. Jestem porządnym wilkiem i nigdy nie zabiłem dla siebie, dla własnych wygód. Zabijam dla rodziców i muszę o tym pamiętać. Z gulą w gardle przyjąłem jego pomoc i przedstawiłem się. - Witaj. Nazywam się Olethros... - zaciąłem się. Chce mi się dodać, iż jestem potomkiem boga. - Z chęcią przyjmę twą pomoc. Poszukuję świecącego korzenia. Świeci na niebiesko a na zielono jak jest starszy. Więc szukaj niebieskiego blasku wśród traw. - dokończyłem oschle.
Nie zamierzałem mu powiedzieć po co mi on. Może za paręnaście minut sam się dowie.
Gavroche
Niebieski, świecący korzeń? Hm, to brzmi bardzo dobrze. Podekscytowałem się bardzo na myśl o takim przedmiocie, toteż zaraz chciałem wypytywać czarnego basiora o właściwości takiego magicznego artefaktu, ale że moja nieśmiałość i uprzedzenie ledwo pozwoliły mi na samo podejście do nieznajomego, nie mogłem wykrztusić z siebie nic więcej. Uśmiechnąłem się więc z lekka, odwróciłem na pięcie i sam zacząłem przeczesywać łapami trawę. Przesuwałem się do przodu, kręciłem w kółko po całej łączce, starałem się mocą mojego żywiołu kopać głęboko w miejscach, które pasowały mi na kryjówkę dla skarbu, jednak... nic. Minęła chyba jakaś godzina, kiedy już się powoli zaczynało dłużyć. Odwróciłem się zaraz i krzyknąłem do Olethrosa, który kręcił się paręnaście metrów dalej:- Masz coś?
Basior burknął coś zirytowany w odpowiedzi, co mogło mówić, że u niego też nic nowego. Usiadłem na ziemi, wycierając przecierając oczy i wreszcie przełamałem się by spytać o coś, co męczyło mnie od początku:
- Co to właściwie za korzeń?
Przecież to było prostu dziwne, że taki zwyczajny, randomowy wilk przechadza się w środku nocy po okolicy, szukając magicznego przedmiotu...
Olethros
Gavroche uśmiechnął się lekko w odpowiedzi. Jakiś jest... Dziwny. Albo całkiem dobry. Pobadam jeszcze trochę jego naturę a może i dostąpi zaszczytu. Między nami zaległa cisza gdy przeszukiwaliśmy połacie ziemi centymetr po centymetrze. Wilk szukał żarliwie, tak samo jak zresztą ja. Po pół godzinie byłem już zmęczony, ale szukałem dalej. Gdy minęło jeszcze pół nagle basior krzyknął. Spojrzałem w jego kierunku rozgorączkowany, jednak on spytał się tylko czy coś mam. Warknąłem tylko z irytacją. Po chwili samiec znów zabrał głos. Tym razem by się dowiedzieć co to za korzeń. Westchnąłem z rezygnacją jednak do głowy przyszła mi myśl. Mianowicie mam okazję zobaczyć czy basior jest w stanie z ciekawości wstąpić na moją ścieżkę i czy jest chciwy. Spytałem się więc:- Dlaczego jesteś taki ciekawy? Chcesz zostać szamanem... lub kimś więcej? - dodałem po chwili ze znaczącym i trochę obrzydliwym uśmieszkiem.
Gavroche
Skrzywiłem się nieco widząc uśmiech basiora, postanowiłem jednak odpowiedzieć na pytanie.- Trochę... raczej tak. - jęknąłem słabo, bowiem na takie słowa zaraz przypomniałem sobie o swojej misji i o siostrze, a przez to w moich oczach zalśniły łzy, a gardło nieprzyjemnie się ścisnęło. Właśnie z tego powodu nie opowiedziałem basiorowi więcej... No, może jeszcze dlatego, że trochę mu jednak nie ufam, zachowuje się przecież nieco dziwnie i właściwie go jeszcze nie znam. Może później się postaram to zmienić. Olethros patrzył na mnie z wyczekiwaniem, a kiedy zrozumiał, że nic więcej nie mam do powiedzenia, odwrócił się zirytowany i zaczął znowu grzebać w ziemi, zapewne za tym korzeniem. Ja siedziałem nieruchomo, myśląc nad tym, co powiedział. Nic dobrego nie skleiłem razem, toteż po chwili odezwałem się ponownie:
- Dlaczego spytałeś?
Basior nie przerwał roboty, ale odpowiedział jakby od niechcenia:
- A tak trochę znam się na tych sprawach.
- W sensie nad tymi sprawami... szamańskimi? Hmm... związanymi ze śmiercią? I różnymi takimi obrządkami? - przekrzywiłem łeb
Czarny mruknął tylko jakieś ,,mhm'' w odpowiedzi, a ja zacząłem się trochę wahać. Mówić, nie mówić? A zresztą... muszę spróbować wszystkiego.
- A więc czy mógłbym cię prosić o pomoc? Chodzi o moją siostrę, ona umar... - zacząłem mówić wolno, długo zbierając słowa
Być może przez to nie zdążyłem dokończyć odpowiedzi, bo w pewnej chwili przerwał mi ją towarzysz, który krzyknął triumfalnie, jednocześnie podnosząc do góry korzeń. Niebieski korzeń, błyszczący tajemniczym blaskiem, kojarzącym mi się z blaskiem księżyca.
Olethros
Nie wiem dlaczego, ale basior wydawał się smutny. Łzy zaszkliły mu się w oczach a głos zadrżał i załamał się. Nie czułem nawet współczucia dla tego tchórza i słabeusza. Dlatego zirytowany odwróciłem się weń tyłem i kontynuowałem poszukiwania. Kiedy Gavroche spytał się dlaczego się go spytałem zbyłem go paroma słowami najbardziej zwykłymi, które do tej pory udało mi się wymówić. Wilk jednak naciskał jednak mruknąłem tylko coś w odpowiedz bo oto dostrzegłem niebieski błysk pod kupką mchu. Zacząłem go odkopywać gdy basior zrzędził o swojej siostrze. Przerwał mu mój tryumfalny okrzyk gdy wyciągnąłem z ziemi korzeń.. Obróciłem go w powietrzu i zaraz przestałem się nim przejmować. W chwili euforii prawie zapomniałem, że wilk powiedział, iż jego siostra... No właśnie, co? Westchnąłem i spojrzałem spokojnie na wilka. No tak. Chyba zdechła. Tchórz. Nie owijając w bawełnę zaprosiłem go do Miejsca, mojej "siedziby" pod pretekstem nauczenia go paru rzeczy i wywołania jego siostry. Co naprawdę zrobię z nim w grocie? Zobaczymy. Gavroche
Byłem naprawdę niezwykle wzruszony i pełen nadziei, a jednak łzy w oczach, które pojawiły się tam po przypomnieniu sobie wszystkiego, nie pozwalały mi się uśmiechać. Wstałem więc z ziemi i skocznym krokiem poszedłem za czarnym basiorem, który trzymał w pysku błyszczący korzeń i rozglądał się po okolicy zmęczonym wzrokiem. Powiedział mi, że idziemy do miejsca, w którym wywoła ducha mojej siostry. Kto wie, może uda mu się ją nawet ożywić? Oh, nie mogę, po prostu nie mogę... Czułem taką ekscytację. Zacząłem pogrążać się w myślach i spekulacjach na temat rytuału, a wyrwał mnie z nich dopiero głos Olethrosa, który powiedział, że jesteśmy na miejscu. Podniosłem łeb, do tej chwili skierowany w dół, i ujrzałem dużą, kamienną jaskinię z malutkim wejściem... Kiedy przez nie przeszliśmy, domyśliłem się, że ma ono służyć zaciemnieniu wnętrza groty. Stanąłem na jej środku, rozglądając się na wszystkie strony. To miejsce było... dosyć straszne. Ciemne, położone daleko od centrum watahy, a w środku poukładane były stosy na ogniska. Na ziemi narysowane były jakieś znaki, ale czarę przelał złoty sztylet, który leżał na ziemi. Zadrżałem na widok tego wszystkiego i dopiero teraz zrozumiałem, że nie powinienem był tak łatwo ufać nieznajomemu. Z przerażenia zacząłem się trząść, a zaraz potem skoczyłem w kierunku wyjścia.Olethros
Ten patałach znów się wzruszył. Kupka futra a nie basior. Jednak nie przeszkadzało mi to tak dopóki wilk za mną szedł. Kilka razy nawet podskoczył z... z ekscytacji? Nie wiem. Ale podskoczył. I wyglądał jak taka młoda wadera słuchająca plotek swojej przyjaciółki. Woląc dalej na niego nie patrzeć bo dalsze takie wpatrywanie się groziło nerwicą, spojrzałem na otaczający nas krajobraz. Z przodu majaczyła się biała plamka a to znaczy, że już się zbliżamy. Dotarło do mnie jaki jestem zmęczony chociaż właściwie nic dziś nie zrobiłem. Ech... Ta zapaść... Jest coraz gorzej. Czasami myślę czy by nie pójść do Zamku i Wioski i w nagłym ataku zapaści wszystkich nie po wybuchać oraz nie rozerwać na strzępy. A tutaj, w Glacies, jestem nieszkodliwy. Gavroche pogrążył się w myślach a ja odezwałem się dopiero gdy byliśmy już na miejscu, przed grotą. Weszliśmy do niej, ja prawie obojętnie a on, rozglądając się na boki. Gdy przystanąłem na chwilkę by zebrać myśli Gavroche zaczął się trząść. Moja arogancja powiedziała mi, że to z zimna, ale tak śmierdziało od niego strachem, że nie sposób było tego zignorować. Hmm... Domyślny. Nagle basior rzucił się do ucieczki a ja zdenerwowany i wściekły, że może mi umknąć posłałem do niego wir. Nie było to przemyślane. Poczułem gorąco a w grocie zrobiło się duszno. Zanim zdążyłem przekląć a Gavroche wyjść z Miejsca rozpętało się powietrzne piekło za sprawą tej cholernej choroby.
Gavroche
Zanim udało mi się wyskoczyć z groty, naraz coś świsnęło mi za uchem, a zanim w ogóle zdołałem obrócić głowę w kierunku, z którego dochodził dźwięk jakaś obca siła rzuciła mnie na ziemię i popchnęła w głąb jaskini, tak, że zatrzymałem się dopiero w chwili, gdy uderzyłem w ścianę. Przez uderzenie na moment przymknąłem oczy, starając się zrobić coś z piszczeniem w głowie, a kiedy ponownie rozwarłem powieki... No, właściwie to zacznijmy od tego, że przez wiatr bardzo ciężko było to zrobić. Cała bowiem jaskinia zdawała się trząść, wichry podnosiły do góry wszystkie przedmioty i rzucały nimi jak chciały, to samo działo się z piaskiem i drobinkami kamieni, z których przecież zbudowana była grota... Takie coś wpadało mi do oczu, raniło twarz i ciało... W dodatku ciężko się tu oddychało. Z trudem spojrzałem na Olethrosa, który skulił się w kącie jaskini, a w jego oczach pierwszy raz widziałem przerażenie... Odbijało się w nich też wyczerpanie, zdawało się, że basior się dusi. Domyśliłem się, że to jego żywioł nagle oszalał, a on tego nie kontroluje. I kiedy tak wpatrywałem się w czarnego, zastanawiając się, co się w ogóle dzieje, nagle silny podmuch dosłownie wypchnął mnie przez małe wejście do jaskini. Upadłem w zaspę śniegu, dysząc ciężko, i zaraz spostrzegłem, że na zewnątrz nie dzieje się to piekło. Podskoczyłem szybko bliżej wejścia, serce kazało mi spróbować wyciągnąć basiora tutaj, w bezpieczne miejsce, ale rozum mówił, że nie uda mi się tego zrobić. Nie jestem dość silny. Na szczęście, w tym właśnie momencie świszczenie wiatru ucichło, z wnętrza mieszkanka można było dosłyszeć, jak wszystkie przedmioty z powrotem upadają na ziemię, a mieszkaniec jego dyszy ze zmęczenia. Chyba udało mu się opanować atak żywiołu. Westchnąłem, biegiem oddalając się od tego miejsca, ale po drodze dopadła mnie dziwna myśl... Mianowicie mój sposób wydostania się z niebezpiecznej groty. Podmuch wypchnął mnie na zewnątrz. Czy to możliwe, że Olethros to zrobił? W sensie specjalnie, żeby mnie... Bo wiatr zawiał jakby z jego kierunku... Pokręciłem jednak szybko głową, przekonując samego siebie, że to niemożliwe. Ale chciałbym to tak pamiętać. I jeszcze kiedyś spotkać basiora, którego chyba zbyt szybko oceniłem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz