- Mera. - jęknąłem boleśnie.
Tak, pod tą rozkopaną ziemią spoczywa moja siostra. Jeszcze wczoraj byliśmy tutaj razem, stała obok mnie... A później zginęła, próbując tylko zdobyć dla nas posiłek. Pochowałem ją właśnie tutaj, a wczorajszą noc spędziłem przy niej, na zmianę płacząc, przeklinając los, tę ziemię... Zasnąłem na chwilę przed świtem, zmęczony ciągłym płaczem, ale i tak nie była to spokojna noc. Przejechałem delikatnie łapą po ziemi, a po chwili znów zacząłem bezradnie wyć w rozpaczy. Oddech mi przyspieszył tak, że z emocji zacząłem dyszeć, ze spuchniętych oczu ponownie wypłynęły łzy. Nie wiedziałem, jak to zrobię, ale przysiągłem sobie, że tego tak nie zostawię. Wyszeptałem do zmarłej, że znajdę sposób, żeby ją ożywić. Nie ważne, jak bardzo będzie to trudne, dokonam niemożliwego, nigdy się nie poddam.
Aż dziwne, że w tym całym wydawanym przeze mnie hałasie, muzyki z jęków, płaczu i rozpaczliwego wycia udało mi się dosłyszeć czyjś głos, który nagle dobiegł zza moich pleców:
- Hej, ty! Co ty tam robisz?!
Brzmiał on stanowczo i trochę groźnie, ale ja tylko zacisnąłem kły, nawet się nie odwracając. Domyśliłem się już wcześniej, że kraina, na którą wszedłem jest przez kogoś zamieszkiwana, nie planowałem... nie planowaliśmy z Meruną zostać tu na dłużej, ale to już nie ma znaczenia. Teraz nikt mnie stąd nie odwiedzie, nikt mnie nie ruszy. Nie rozdzieli mnie i mojej siostry.
Rue
Zbudziłam się jeszcze przed świtem, kolejny koszmar senny. Sypiam coraz gorzej i robię wszystko, żeby jak najszybciej opuścić swoją przeklętą komnatę, w której znajduje się posłanie z paru położonych jedna na drugiej szmat, drewniana zdobiona szafka (do której nic nie mogę włożyć, bo i nic nie posiadam), drobne okno niemalże nieprzepuszczające światła i wiadro z wodą, którą staram się codziennie wymieniać. Nienawidzę tego miejsca przypominającego mi o pustce w moim życiu. Wstałam z posłania i wyszłam z zamku najszybciej jak się dało. Nic oprócz wody nie robi mi tak dobrze jak spacer na świeżym powietrzu, który pomaga mi zebrać myśli i wyostrzyć zmysły. Tak przemierzając krainę usłyszałam nieznośne jęki, a więc skierowałam się w stronę ich właściciela. Postać była do mnie skierowana tyłem, ale po wielkości wywnioskowałam, że jest to basior większy ode mnie, jednakże nie nazbyt okazały. Moim obywatelskim obowiązkiem było sprawdzenie o co z tym wszystkim chodzi. Jestem bardzo nieśmiała w kontaktach z innymi co jednak nie oznacza, że brak mi odwagi (lub też głupoty) więc zaczepiłam, a następnie podeszłam do nieznajomego.
Nie wydawało mi się, żeby był stąd.
Gavroche
Istota za moimi plecami pewnie chwilę się wahała, bowiem postała jeszcze przez chwilę nieruchomo, ale zaraz wzięła głęboki wdech i wolno podeszła bliżej. Słysząc te kroki odwróciłem się z lekka, patrząc na nią z pode łba, po czym wysyczałem:- Nie podchodź.
Przybyszka zatrzymała się, podnosząc nieznacznie jedną z przednich łap, jakby zastanawiała się, czy nie zrezygnować i się wycofać. Niestety, nie zrobiła tego.
- Kim jesteś? Czy mieszkasz... - spytała spokojnym głosem
- Zostaw mnie. - przerwałem jej w pół słowa, ponownie odwracając się, by pogłaskać ziemię, przykrywającą ciało mojej siostry. Mój głos brzmiał raczej obojętnie.
- Ale ty nie rozumiesz, ty tutaj nie możesz... - zaczęła ponownie
Nie obchodziło mnie, co powie, nawet nie miał siły jej słuchać, toteż ponownie nie dałem jej dojść do słowa - przerwał jej mój głośny krzyk, który poniósł się po lesie, wyrażający całą irytację, którą we mnie wzbudziła, a jednocześnie całą moją rozpacz i determinację. Podniosłem się z ziemi, dysząc wściekle i wycierając czarną ziemię, która przyległa do mojego policzka.
- Wynoś się stąd, teraz! - wrzasnąłem ponownie
- Przecież ja tu mieszkam, a te ziemie należą do cesarza Arcanterry, więc to raczej ty powinieneś... odejść. - powiedziała wadera, starając się zachować spokój
Ja się nie starałem. Przybrałem pozycję bojową i wyszczerzyłem kły, dając jej do zrozumienia co się stanie, jeśli nie da mi spokoju. Nie miałem żadnych oporów, przed tym, że mogę zaraz pobić się z waderą i stanowczo odsuwałem od siebie myśl, która oddalała mnie od tego pomysłu, bo przecież nigdy wcześniej się nie biłem, a przez moją chudą sylwetkę, nie miałem nawet przewagi mięśniowej nad przybyszką...
Wadera jeszcze przez chwilę coś tam mówiła, że mam się uspokoić, że nie mam tu być, że coś tam... W sumie nie słuchałem, w przypływie furii w tej całej beznadziei wystawiłem kły i warcząc głośno rzuciłem się na białą, pchając ją na ziemię. Krzyknęła wtedy z przestrachu na cały las, ja zawtórowałem jej wrzaskiem wściekłości i już miałem pociąć ją całą na kawałeczki, kiedy, na moje nieszczęście, okazało się, że ktoś jeszcze był w lesie. Jakiś basior. Widząc zamieszanie podbiegł bliżej i brutalnie nas rozdzielił, próbowałem i na niego się rzucić, bo całkiem straciłem kontrolę, ale ten niestety okazał się silniejszy i odparł mój atak. Zanim zdążyłem go ponowić, wyjaśnił, on jest tu kapralem i pilnuje porządku, że jestem na terenie królestwa zwanego Arcanterrą, czyli to, co mówiła biała, że mam się uspokoić albo będę podlegał karze za atakowanie mieszkańców... Wysłuchałem wszystkiego z niechęcią, na końcu przeprosiłem równie oschle, powiedziałem, że to się nie powtórzy, a potem kazałem mu zapisać mnie na liście mieszkańców, czy co oni tu mają. Muszę tu zostać i mieć spokój, nie zostawię przecież Meruny samej. Kiedy to zostało ustalone, ku mojemu szczęściu i wadera i basior dali mi spokój i zostawili mnie w lesie samego, a ja wróciłem na grób siostry. Nowy dom i śmierć jedyne towarzyski. Westchnąłem. Co tu się porobiło?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz