- Zostawicie mnie! - krzyknąłem w przerażeniu. Już nic nie wiedziałem oprócz tego, że właśnie w tym miejscu, w którym jestem nie chce być.
Nie zdążyłem wstać a przede mną zapaliło się ognisko. Pachniało tak dziwnie...słodko i kusząco. Chyba zasnąłem.
***
Pierwsze co zobaczyłem to była wielka postać. Byłem pewien, że się obudziłem jednak nie mogłem się poruszyć, co mnie nie przerażało. A ta postać.. była jedyna. Wiedziałem, że to Arcanus. Coś jednak było z nim nie tak. Na pierwszy rzut oka był czcigodny, bez skazy, jednak nie był prawdziwy. Był zwykłym oszustwem, był obrzydliwy, plugawy. Nie warty mojej uwagi. Jego szara, pusta sylwetka zaczęła niknąć i rozmazywać się w blasku tych co nadeszli. Byli święci a czułem nad nimi ciemną chmurę. Dlaczego? Arcanusa już nie było, bo oni zasłonili całą jego sylwetkę. Byli od niego wspanialsi, bardziej miłosierni.
Czułem się jednak jakbym miał klapkę na oczach. Wiedziałem, że w nich mam wierzyć, jednak nie wiedziałem kim oni są.
- Widzieliśmy jak ci się cudownie wiodło pod kłamliwą wiarą bałwochwalców - powiedziała Ona.
- Nie będę. - przyrzekłem, ponieważ bałem się.
- Nie czciłeś nas. Przestałeś - powiedział On. I poczułem straszny ból. Otwierało mi się ciało, serce było rozrywane na strzępy.
- Przepraszam. - wydusiłem. Zrobiłem coś złego... bardzo. - Zapomniałem! Ta katastrofa mnie zniszczyła! - krzyczałem. Ból nie stawał się jednostajny, nie mogłem chociaż go przeczekać. Nie mogłem oddychać. Czułem pod sobą swoją krew.
Czczę ich i dziękuję za ten ból, albowiem wiem teraz kim jestem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz