Zawsze mawia się, że droga powrotna to ta krótsza. W końcu już się ją zna, prawda? A coś znajomego upływa nam szybciej. I dla mnie także tak było. Zawsze, o ile pamięć mnie nie myliła. Zawsze, tylko nie teraz.
Pierwszy raz czułam, że straciłam orientację w terenie. Nigdy jeszcze mi się to nie zdarzyło, ale nigdy też nie uciekałam z gór, jakby goniły za mną wygłodniałe biesy piekielne. W gruncie rzeczy coś mnie faktycznie goniło, choć nie miałam pojęcia co. Na roślinach może i się znałam, ale na zwierzętach, szczególnie tych, które nie nadawały się do jedzenia, już mniej. Do tego miałam wrażenie, że o stworze, którego napotkałam naprawdę niewielu mogłoby cokolwiek powiedzieć. Zastanawiałam się przez to czy kiedykolwiek, ktokolwiek faktycznie odkrył choć ułamek tego, co znajdowało się w Anguntur. Czy ktokolwiek tam mieszkał? Jeżeli tak, to jakim cudem sobie radził? Jakie inne, niezwykłe rośliny mogłabym tam znaleźć?
Miałam mnóstwo pytań. Znów odezwała się moja wrodzona dociekliwość, która kazała mi wciąż dowiadywać się nowych rzeczy. Mimo jednak tych kłębiących się w mojej głowie myśli wciąż zaglądałam przez ramię. Wciąż byłam niespokojna.
Pierwszej nocy mimo licznych ran, które opatrzyłam prowizorycznie jak umiałam, i ogromu zamęczenia nie mogłam zmrużyć oka. Wciąż czułam na sobie spojrzenie zielonkawych, błyszczących złowieszczo ślepi. Wciąż każdy szmer przywodził mi na myśl oddech bestii. Zerkałam więc mimowolnie w stronę gór, nawet jeżeli nie mogłam dostrzec ich zarysu w ciemności. Wciąż nasłuchiwałam rozzłoszczonego stwora, który zstąpił z mroźnych szczytów, byle tylko dopaść mnie i ukarać za to, że ośmieliłam się wejść na jego teren i mu uciec. Dlatego też teraz wlokłam się łapa za łapą nie do końca wiedząc czy idę nawet w odpowiednim kierunku. To znaczy, kierunek był mniej więcej ok, a raczej tak myślałam. Zwyczajnie nie miałam pojęcia jak bardzo zboczyłam z odpowiedniego kierunku kiedy uciekałam w popłochu i po ciemku.
Było już po południu, kiedy ujrzałam przed sobą rzekę. Postanowiłam iść tak, by mieć ją w zasięgu wzroku. To zawsze jedna z najlepszych metod na zachowanie orientacji i podążaniu w stronę cywilizacji.
Z każdym krokiem stawało się coraz cieplej, milej, spokojniej. Zaczęłam się odprężać mimo bólu i zmęczenia. W końcu jednak błogość zmogła mnie i nim jeszcze słonce zdążyło zajść, a w dolinie, w której się znalazłam niezwykle szybko chyliło się ku zachodowi, ułożyłam się pod rozłożystym świerkiem żeby odpocząć.
W nocy obudził mnie dziwny dźwięk. Miałam wrażenie, że coś przemyka wokół mnie, nawet mimo tego, że nie czułam zapachów gryzoni czy innych stworzeń. Zdawało mi się, że kątem oka dostrzegłam jakiś jasny kształt. Wstałam i ruszyłam za nim. Być może nie było to mądre, ale jakimś dziwnym trafem, mimo ciemności, ostatnich przeżyć i niepewności nie czułam zagrożenia. Niepokój nie jeżył mi sierści, serce było spokojne, nawet kiedy stanęłam na brzegu jeziora, którego lustrzana powierzchnia odbijała niebo.
- Pięknie tutaj. - wyszeptałam, a wiatr niósł moje słowa jeszcze długo, zupełnie jakby w tamtej drobnej chwili mój głos był jedynym dźwiękiem w tym cudownym miejscu.
Przypomniała mi się opowieść jednego z wędrownych bardów, który przez jakiś czas wędrował wraz z moim klanem. Opowiadał on o Dolinie Duchów. Miejscu wielkiej, powietrznej bitwy i bohaterskiej śmierci. Mówił, że między drzewami przemykają duchy, a pośród nich ta jedna, najważniejsza, pełna majestatu dusza smoka, który po dziś dzień dba o spokój w tym miejscu.
- Dobrze, że to miejsce cię ma. - stwierdziłam, kierując słowa do postaci, która być może żyła tylko w wyobraźni bajarzy.
Wstrzymałam jednak oddech, kiedy moim oczom ukazała się ogromna, świetlista sylwetka. Stanął przede mną smok. Jego ogromne skrzydła zdawały się przenikać przez otaczające go drzewa i nawet jeżeli lekko falowały, to nie powodowały ruchów powietrza wokół. Na łuskowatym pysku widniał uśmiech. Zadziwiająco ciepły i pełen uprzejmości. Ten uśmiech jakby prosił, żebym tu została, żebym ułożyła się do snu i zrobiła z tego miejsca swój dom.
- Muszę wracać... Przepraszam. - rzuciłam.
- Odpocznę jednak do rana, dobrze? - spytałam i nie mogłam powstrzymać ziewnięcia.
Smok skinął, a ja wróciłam pod przytulny świerk i ułożyłam się, spokojna, odprężona, senna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz