Trwające wątki

Połowa Arcanterry przepadła wraz z forum. Przepraszamy.
Blog oficjalnie nieczynny ;)

czwartek, 29 grudnia 2016

Olethros - Nowy początek

Nie wiem, który to dzisiaj dzień tygodnia. Pora... jakaś jeszcze jasna, nie wiem, może popołudnie? Pora roku? Glacies. No cóż. Dobry dzień, by planować morderstwo. Wszedłem powoli do Miejsca. I wciągnąłem powietrze do płuc. Posegregowałem na ziemii metale i zioła. Myślałem, by Red Rose najpierw podtruć, już jak będziemy w komnacie czy gdziekolwiek, by było więcej zabawy i dla bezpieczeństwa. Po pierwsze pod działaniem zieleniny będzie mógł najwyżej skomleć a po drugie będzie śmiesznie bredzić. A co do zabicia... chciałbym, żeby było dużo krwii, nieważne jak z niego wydobytej. Chodzi o to, żeby zostawić im wiadomość - na ścianie, na podłodze - by zobaczyli prawdziwe bóstwa i przeszli na dobrą stronę.
A propos - wyliczyłem sobie, że kara Ingrate się skończyła wczoraj i powinien już wyjść. Jak przyjdzie będzie super.

Ingrate
Cały ten mój pierwszy dzień na wolności spędziłem biegając tam i z powrotem po całej krainie, by załatwić wszystko, co miałem do załatwienia po tych tam kilkudziesięciu dniach... nieobecności. Dopiero pod koniec dnia miałem chwilę spokoju, którą mogłem przeznaczyć na odpoczynek, kiedy mogłem usiąść gdzieś pod chudym, zielonym drzewkiem i zebrać myśli. I wtedy właśnie w tej ciszy przypomniała mi się pewna sytuacja. Mianowicie, kiedy moje myśli jednak zeszły na te stresujące tematy, kiedy zastanawiałem się, jak bardzo nienawidzę rudego głupca, który mnie uwięził, to wtedy wróciłem myślami do pewnej sytuacji. Bo tam w lochach ktoś ze mną chwilę porozmawiał, odwiedził mnie. Taki jakiś basior. Najpewniej był on czarny, ale głowy nie dam, wtedy to akurat ciemno było. Ale najważniejsze jest to, co mój gość powiedział! Proponował mi zabójstwo cesarza. O kurde, co za zbieg okoliczności, ja akurat chciałem zabić cesarza! Natychmiast podskoczyłem na miejscu. No to kurczę, trzeba go odwiedzić. Koniecznie. W Glacies. Tak chyba coś mówił, że tam mam przyjść. A że ja ni w ząb nie wiedziałem, gdzie jest to Glacies, musiałem całkiem sporo czasu latać po przechodniach i wypytywać, jak dojść do wyżej wymienionego miejsca. I tak do zmroku. A zanim tam w ogóle stanąłem, to już ciemna, mroczna noc była! Potem się jeszcze okazało, że ja tam gdzieś mieszkam, ale to nie ważne, ważne było to, że ja przecież nie wiedziałem, gdzie mieszka mój ciemnowłosy kolega od spisków. Śnieg sięga za horyzont, kraina ogromna, kilometrów tyle, a ja w tym białym szaleństwie muszę gdzieś znaleźć jedną, jedyną, zaśnieżoną norę. Jakie mam szanse? Uświadamiając to sobie, westchnąłem głośno. Tak, rewolucja oficjalnie umarła.

Olethros
Spojrzawszy na zewnątrz przez dziurę w sklepieniu zreflektowałem się, że już ciemno. No tak. Mogłem chociaż czekać na niego tam gdzie trawa zaczyna być zielona. No cóż... nie pomyślałem. Ale czy było już za późno? Wyszedłem przed Miejsce i rozejrzałem się. Przynajmniej nie ma śnieżycy, ale nie zmienia to faktu, że jest ciemno choć oko wykol. A ja nawet nie mam żywiołu, który by się przydał. Powietrze. Scortum. Gdy nagle olśniło mnie! Można wykorzystać ducha... Ducha? Jak przez mgłę przypomniałem sobie incydent z przeszłości. Coś tam było z jakąś waderą i zwabieniem jej za pomocą jakiegoś nieżyjącego idioty. Nie przypominam sobie więcej, ale przynajmniej jest coraz lepiej. Wróciłem do dziury i spojrzałem tępo na znaki na podłodze. Okay. Dobra, pamiętam. Przyszykowałem rzeczy potrzebne do przywoływania i skupiłem się. Z szeptów wybrałem ten najcichszy, jednak na tyle mocny by mi pomógł. Obrządek udał się i za chwilę stała przede mną dusza. Zanim zdążyła popierdolić odezwałem się.
- Potrzebny mi jesteś, by oświetlić twym płomieniem tą ciemną noc. - wymamrotałem. Z miny jaką zrobił duch wywnioskowałem, że mu się przypodobałem i z chęcią zrobi to co mu kazałem. Dobrze, bo inne ozdobniki, czy jak to tam, nieprzeszły by mi przez gardło. Wyszedłem więc na dwór a za mną pomknęło ścierwo. Szedłem przed siebie i zaraz z nudy robiłem kręciołki powietrzem, które stawały się z upływem czasu coraz agresywniejsze. W końcu, porządnie już wkurwiony cisnąłem tornadkiem jak najdalej. No i dopisało mi szczęście. Usłyszałem lekki stęk. Pobiegłem w tamtą stronę i zaraz ujrzałem przed sobą tego czarnego basiora, który siedział wcześniej w więzieniu. Uśmiechnąłem się lekko.
- Wygodnie ci? Wstawaj i chodź. - powiedziałem. Basior wstał i zaprowadziłem go do mojego Miejsca.

Ingrate
Och, no patrzcie, czarny sam mnie znalazł! Jaa, on to jest niezły, z takim rewolucja to będzie coś łatwego i przyjemnego!
Tak więc podniosłem się ze śniegu i w ciemności kroczyłem skromnie za dużym, czarnym basiorem, który dumnie, w milczeniu kierował mnie... tak właściwie nie wiedziałem dokąd, nie miałem pojęcia, gdzie idziemy, ale co mi w końcu szkodzi mu zaufać, najwyżej stracę swoją bezwartościową głowę. Potem doszliśmy w końcu do tej jego nory, która byłam norą podobną do innych. Czarny wszedł pierwszy i rozpalił wewnątrz ogień, by cokolwiek było widać, ja w tym czasie usunąłem się gdzieś na bok, przycupnąłem sobie pod ścianą. Oderwawszy w końcu twarz od ognia, mój kolega spojrzał centralnie na mnie. Dziwnie się poczułem, więc jedyne co wpadło mi do głowy, to głośne i radosne:
- Cześć, ja jestem Ingrate! A ty jak masz na imię? 

Olethros
Po paru minutach w śniegu i ciszy dotarliśmy do nory. Wszedłem do niej nie oglądając się i poszedłem zapalić ognisko na środku jamy. Chwilę potem, gdy ognisko było już rozpalone, czekałem na jakąkolwiek oznakę życia od samca, który odkąd weszliśmy, nie ruszył się ani o milimetr tylko siedział przy ścianie. Odwróciłem pysk od ognia i spojrzałem na basiora. No. Czarny odzyskał mowę. Moim zdaniem trochę za energicznie i za szczęśliwie, nie takiego go widziałem w Lochach. Cieszy się z tego, że wyszedł? Pokręciłem lekko głową w zażenowaniu. Nie spodziewałem się tego. Samiec wcześniej cichy, nagle wybuchł.
- Olethros... - Przedstawiłem się, sam niepewny.
Ile minęło odkąd wyjawiłem komuś imię? Tja. Długo. Teraz mogę wkroczyć ponownie w życie watahy z... małą niespodzianką.

Ingrate
Okej, znamy już swoje imiona, pierwsze koty za płoty, nie? Czy to ułatwi nam planowanie królobójstwa? Nie wiem? Nie? Nie, nadal nie czułem się pewnie.
- To co, zabijemy dzisiaj króla? - zaśpiewałem sobie cicho, spoglądając na basiora
Chciałem zabrzmieć zabawnie, ale niestety, było słychać niepewność w moim głosie. Cholera, Ingrate, ogarnij się, jeszcze czarny kolega uzna, że się boisz, jeszcze cię nie weźmie na poważnie... Nie, trzeba wreszcie coś mądrego powiedzieć. Przybrałem więc taki poważny wyraz twarzy i postanowiłem zadać całkiem poważne pytanie, które zresztą i tak mnie dręczyło od dawna.
- To najpierw tak, ustalmy, co zrobimy, jak już król kopnie w kalendarz? Wybory? Władza ludu? Bo przecież po coś my to... w sensie... robimy.

Olethros
Hmm... Co robimy potem? Ta kraina będzie nasza... Zostać władcą. Właściwie nie jest to taki zły pomysł. Wybory ludu? A po co basiory mają cokolwiek wybierać? Pomyślałem chwilę i doszedłem do wniosku, że powinno panować bezkrólewie, chociaż tymczasowe, i miałem nadzieję, że po królobójstwie mieszkańcy Arcanterry w końcu wpuszczą do swoich serc światło i przyjmą wiarę pogańską. Właściwie tylko na tym mi zależy. Powtórzyłem to na głos czarnemu basiorowi i następnie pokazałem mu broń i trucizny. Opowiedziałem mu jak to sobie mniej więcej przedstawiam i zamilkłem czekając aż coś powie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nowsze Starsze Home