Trwające wątki

Połowa Arcanterry przepadła wraz z forum. Przepraszamy.
Blog oficjalnie nieczynny ;)

sobota, 3 grudnia 2016

Sarissa - Quest#6

Atmosfera była dość napięta. Nie wiedziałam dlaczego się tak działo. Nie czułam się na tyle istotna, żeby móc się tym interesować, nawet jeżeli w koło huczały jakieś plotki. Wydawało się, że w koło każdy wiedział o wszystkim. Do mnie jednak dotarło coś na temat nieudanego ślubu i brata Red Rose. Problem w tym, że nawet nie wiedziałam kim ten brat jest, a i tu nie pytałam. Wywnioskowałam tylko, że ma jakieś kłopoty i dlatego Red Rose jest zajęty i dlatego nie przyszedł do mnie osobiście, a przysłał jednego ze strażników. Całkiem miłego, trzeba dodać i na tyle uprzejmego, że pokazał mi gdzie znajduje się biblioteka tuż przed tym, jak zaprowadził mnie do magów. Na moje nieszczęście Ikelos okazał się dość zajęty i moją naukę należało nieco odwlec. Postanowiłam wrócić za jakiś czas, bo nie chciałam się narzucać.
Strasznie mi się nudziło. Będąc w zamku tęskniłam za otwartymi przestrzeniami. W mojej głowie urodził się więc, może i karkołomny, ale dobry w moim mniemaniu plan. Babcia zawsze powtarzała mi, że najrzadsze, najbardziej niezwykłe rośliny rosną w miejscach, do których nikt o zdrowych zmysłach nie pójdzie. Miałam więc zamiar poszukać kilku roślin nigdzie indziej, jak na górskich szczytach. Dzięki temu, gdy wrócę będę miała coś niezwykłego, co będę mogła badać.
Przygotowanie do dwudniowej niemal drogi poszły mi szybko i sprawnie. W mojej torbie znalazło się więc podsuszone mięso i nieco ziołowej maści, która miała mi się przydać na ewentualne urazy. Co prawda miałam nadzieje uniknąć niebezpiecznych sytuacji, ale w takim miejscu nic nie wiadomo. Wzięłam głęboki oddech, obrałam odpowiedni kurs i żwawo ruszyłam w drogę.
Droga naprawdę okazała się długa, a do tego męcząca, szczególnie na końcu, kiedy to zimno i rozrzedzające się powietrze dawały mi się we znaki. Mimo to hardo szłam dalej. Widok majestatycznego szczytu, wznoszącego się aż po same chmury był czymś niezwykłym. Przede wszystkim widziałam piękno. Być może lodowato zimne, surowe, ale piękno. Kilka głębszych oddechów, które wypełniły moje płuca lodowatym, ale cudownie świeżym powietrzem i byłam gotowa do dalszej drogi.
Po kilku dobrych godzinach brnięcia w kolejnych zaspach i to po wąskich, skalistych ścieżkach zaczynałam nieco mniej optymistycznie podchodzić do mojego przedsięwzięcia. Nie widziałam niemal nic, przynajmniej nie dalej niż na kilka metrów w przód, bowiem widok przesłaniała mi gęsta niczym mleko mgła. Szłam więc na wyczucie, słuch, węch... To właśnie ten ostatni zmysł pozwolił mi zlokalizować dziwne porosty wyglądające jak kępki błękitnej sierści. W dotyku były miękkie i lekko gąbczaste, ale o dziwo ciepłe mimo panującego wokół mrozu. Musiałam przyznać, ze pierwszy raz widziałam coś takiego. Od razu zdrapałam sporą część i upchnęłam w torbie.
Zadowolona z siebie odwróciłam się chcąc wracać gdy nagle moich uszu doszedł warkot nie pasujący do wściekłego wycia górskiego wiatru.
- Jest tu ktoś? - spytałam modląc się, żeby był to innych, podobny do mnie poszukiwacz wrażeń czy czegokolwiek innego, a nie jedna z bestii, jakie tu ponoć grasowały.
Cofnęłam się o krok, powoli, ostrożnie i struchlałam, bo z mgły wyłoniło się COŚ.
W pierwszej kolejności dojrzałam ślepia, które żarzyły się niczym zielonkawe węgle. Zaraz później w moją stronę zbliżyło się o kilka kroków coś, co można byłoby pomylić z niedźwiedziem, bo ogólny kształt był nieco podobny... Problem w tym, że było niemal dwukrotnie większe, pysk miało spłaszczony, szeroki i najeżony zębiskami, które teraz na mnie szczerzyło. Sierść stwora była szarawa z białymi plamami i wyglądała na niesamowicie grubą. Wielkie, szerokie łapska zbrojona w pazury jakimś cudem układały się tak, że olbrzymi stwór nie zapadał się w śniegu.
Powoli, obserwując stwora, który warcząc zbliżał się do mnie, zaczęłam kierować się w stronę ścieżki, którą przyszłam i która była jedyną znaną mi droga ucieczki. Kroczek, za kroczkiem, powoli...
Skoczyłam na ścieżkę kiedy tylko miałam już taką sposobność, nie czekając dłużej i nie mierząc się z cierpliwością stworzenia. Potwór ruszył za mną. Słyszałam jego ryk, który zatrząsł ziemią wokoło. Słyszałam także jego oddech, tuz za mną. Nie miałam czasu by się odwracać. Musiałam uciec, jakimś cudem.
Poczułam uderzenie ciężkiego łapska i to ledwie milimetry ode mnie. Nie mogę się poddać, nie dam się tu zabić! - zdecydowałam i skoczyłam ile miałam sił, żeby tylko zwiększyć dystans między sobą, a stworem. Ledwo udało mi się doskoczyć na jedną ze skalnych półek. Stwór jednak na ułamek chwili się zatrzymał. Wiedziałam, że zaraz skoczy w moją stronę i wtedy nie będę miała szans.
Głęboki wdech, odrobina skupienia. Tylko tyle było mi potrzebne żeby zebrać nieco swoich sił. Nie było to łatwe, bo moje serce kołatało w szaleńczym galopie, a krew w żyłach wrzała od pompowanej do niej adrenaliny. Mimo to udało mi się poruszyć ziemią. Niezbyt mocno, ale wystarczyło to by sterta luźnych kamieni uderzyła w wąski przesmyk, na którym stał stwór. Przesmyk załamał się, a stworzenie z dzikim rykiem spadło w przepaść. Wątpiłam, żeby stworzeniu stała się większa krzywda, ale miałam przynajmniej czas na to, by zmusić drżące już z wysiłku mięśnie do kolejnego wysiłku. Ile sił w łapach prułam byle w dół, byle jak najdalej od szczytu i niebezpieczeństw. Zwolniłam dopiero nocą, kiedy oddaliłam się od gór na odległość, która wydawała mi się wystarczająca. Usiadłam przy ognisku i opatrzyłam liczne otarcia i szramy, które zostawiły na moich łapach ostre kamienie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nowsze Starsze Home