Pasowało mi tutaj. Codziennie to samo i zero zmartwień. Może z czasem robi się to nudne, ale od tego są treningi, poza tym generał przydziela nam wycieczki i inne miejsca, także czasem wyrwiesz się na tydzień czy dwa, a jak wracasz to jedyne co chcesz to odpocząć. Oczywiście to też zależy, czy się obijałeś i potraktowałeś zlecenie jak wakacje. Ja nigdy jeszcze tego nie robiłem, ale chłopakom często się zdarzało. Może to dlatego, że jestem młody i nie wyżyty? Tak mówią.
Po porannym treningu pora na śniadanie, a najlepsze jest to, że podali jelenia. Lubiłem go, jednak nic nie przebije bażantów! Dawno ich nie było, a szkoda. Wziąłem swoje mięso, usiadłem przy stoliku i już miałem je jeść, jednak ktoś mnie zawołał, więc na chwilę odszedłem. Okazało się, że szykuje się wycieczka na Anguntur po jakieś przedmioty dla magów i trzeba zbieraczy chronić. No to co? Idziemy? Jasne, że tak. W końcu coś fajnego.
Wróciłem do stolika i zacząłem jeść swoją rację żywnościową. Dziwnie smakowała muszę przyznać, jednak jadłem dalej. Spojrzałem kątem oka na basiory przy stoliku, którzy dziwnie się uśmiechali. Oho! Kurde! Wiedziałem, że mi coś dosypiali!
Po chwili przed oczyma zaczęły pojawiać mi się dziwne wzory i istoty. Czułem się jak po soku, jednak miałem jakieś omamy. Pyski towarzyszy były jakieś zdeformowane... pływały. Ich śmiech i głosy także brzmiały jakoś inaczej... tak powolnie. Wszystko zwolniło, język się plątał, łap totalnie nie czułem... oj, zemszczę się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz