Ruszyłem na śniadanie. Dość późno, bo wczorajszego wieczora nieco za długo siedziałem i nie potrafiłem zwlec się z łóżka. Ziewając głośno poprosiłem o łabędzie, tak, jak zwykle. Młodziutka wadera podała mi ptaka uśmiechając się przy tym szeroko. Szczerze to nie za bardzo ją kojarzyłem i nieco zdziwiła mnie jej obecność tutaj, ale może pomagała na stołówce? Mniejsza…
Wziąłem spory kęs i… zakrztusiłem się. Mięso smakowało okropnie. Z miejsca przy tym zebrało mi się na mdłości i zakręciło mi się w głowie.
- Panie! – jeden ze strażników był już przy mnie.
W mgnieniu oka zabrali mnie do medyków, gdzie dostałem coś, po czym wymiotowałem jak pijany kot… Powiedzieć, że czułem się źle to było okropne niedomówienie.
- Co mu podałaś?! – warknął jeden ze strażników na szarą waderę, która kuliła się zapłakana spoglądając na górującego nad nią basiora.
- Ja… chciałam zrobić eliksir… - wymamrotała.
- Jaki eliksir? – tym razem wmieszała się Hera. – Muszę wiedzieć co mu dałaś.
- Ja… chciałam zrobić eliksir miłosny – załkała Baspeva.
Gdyby nie to, że czułem się jakby ktoś mnie przeżuł i wypluł, zaśmiałbym się. No ładnie, ładnie… Padłem ofiarą „miłości”.
Całość skończyła się tym, że dwa dni przeleżałem u medyków, pojony różnymi wywarami, które ostatecznie miały zniwelować wszelkie skutki nieudanego eliksiru, a głupiutka wadera nieomal wylądowała w lochach. Nieomal, bo ostatecznie uznałem, że była to zwyczajna głupota, a nie chęć zaszkodzenia mi. Storm był innego zdania i Baspeva została wyrzucona z zamku z zastrzeżeniem, że ma się do mnie na kilometr nie zbliżać, a do tego wilki odpowiedzialne za żywność i to, że mojego posiłku nie dopilnowano, musiały zmierzyć z jego wściekłością i tym, że nieomal rzucał ognistymi kulami w co popadło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz