Przed śniadaniem proste ćwiczenia fizyczne, które polegają na odbijaniu się od ściany. Wiadomo, że wyskok jest ważny i trzeba mieć silne łapy. Potem śniadanie, jakieś surowe mięso, pogaduszki i przydzielanie obowiązków przez generała o ile coś się zmieniło. Ja wraz z Rashnalem patrolowaliśmy granice z królestwem kotów, czyli nie wychodziliśmy za bardzo z Solitudine. Inni zajęli jeszcze Terribilis, Góry czy Anguntur. Co jak co, ale podziwiam tych, którzy chcą chodzić po tamtych terenach. Terribilis nie było jeszcze takie straszne, ale Góry czy Anguntur? Swoją drogą, pasowałbym tam ze względu na żywioł powietrza. Czułem się tutaj wspaniale, bowiem wiatru tu nie brakowało. Aż chciało się cokolwiek robić, nie to co w zamku. Tam zero wiatru, bowiem mury wszystko osłaniały.
Było południe i wykonywaliśmy właśnie z magiem ziemi trening wytrzymałości, co tak naprawdę oznaczało zwykły bieg wzdłuż granic. W jedną stronę, potem w drugą. Nikogo i tak tu nie było, albo mieli farta i trafiali na otwarte wrota do naszej krainy. Nie przejmowaliśmy się tym za bardzo, bowiem przy koszarach strażników pełno, w wiosce to samo, o zamku nie wspominając.
Nagle niebo się zarwało, a na nas runął deszcz. Pierwsze co zrobiłem to powietrzna ochrona, która miała mnie chronić przed wodą. Nie zamierzałem się rozchorować. Zaraz potem usłyszeliśmy grzmoty i obydwoje padliśmy na ziemię. Nigdy nie wiadomo, prawda?
W momencie Rashnal utworzył kamienny schron, a my obserwowaliśmy co się dzieje. Na horyzoncie zauważyliśmy dziwne zjawisko, jakim była spora ilość mgły i to w jednym miejscu. Ponadto ogień i iskry. Spojrzałem na kumpla i uśmiechnęliśmy się do siebie. Deszcz i elektryczność? Wiadome, że to magowie się tłuką. Swoją drogą, mag ognia, który potrafi wywołać pioruny musi być naprawdę silny, więc może lepiej aż przeczekamy to?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz