Gdy spała, spakowałem najpotrzebniejsze nam rzeczy. Po świcie usiadłem przed jej posłaniem, w oczekiwaniu na moment, w której się obudzi. Ta nastąpiła krótką chwilę później - żadne z nas, ani ja, ani ona, nie należało do wilków lubiących długo wypoczywać.
- Sorscho? - odezwałem się cicho.
Kilka razy zamrugała szybko, po czym podniosła się i spojrzała na mnie.
- Wychodzisz? - zapytała z nadzieją. - Weźmiesz mnie ze sobą? Proszę, tato. Zgódź się, ten jeden raz!
- Sorscho. - zaśmiałem się lekko. - Tak, zgodzę. Już to zrobiłem. Idziemy.
Otworzyła szeroko oczy. Jej niewypowiedziane słowa zagościły na jej pyszczku ''spełnią się marzenia''. Rzuciłem jej spojrzenie wyrażające dezaprobatę i już miałem ją zganić za przesadne nadzieje... Jednak radość wadery sprawiła, że tylko pokręciłem głową. Po zejściu z Gór zmierzaliśmy w stronę Fluvius. Po drodze opowiadałem jej o żywiołach.
- W Arcanterrze są różne wilki. Jedne mają żywioł ognia, tak jak ja, inne władają powietrzem. Są wilki o żywiole ziemi i wilki o żywiole wody. Oprócz nich Arcanterrę zamieszkują wilki nieposiadające żywiołu. Takie jak ty.
Kiwnęła głową, mimo tego, że rozglądała się dokoła ciekawskim wzrokiem, a jednocześnie słuchała mojej opowieści. Nagle przed nami przeleciał motyl. Sorscha popatrzyła na mnie pytająco. No przecież - pierwszy raz widzi takie zwierzę.
- To motyl. W Górach ich nie ma, bo tam jest dla nich za zimno.
Sorscha
- Rozumiem. - odpowiedziałam.Ta istota, zwana ''motylem'', była piękna. Zachwyciło mnie, jak swobodnie się poruszała, jaka była barwna. Zdawała się być beztroska. Skoczyłam w jej stronę, ale ona uniosła się poza mój zasięg. Spróbowałam jeszcze raz do niej doskoczyć, ale ta latająca istota oddaliła się. Odwróciłam się w stronę ojca.
- Dlaczego nie chce się ze mną bawić? - zapytałam, tłumiąc przygnębienie spowodowane jej ucieczką.
- Sorscho, motyle nie bawią się z wilkami. Możemy je tylko oglądać i podziwiać.
Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić mojego ojca w roli wilka zachwycającego się motylem.
- Och. - westchnęłam.
Na nowo podjęliśmy długą wędrówkę, która z każdym kolejnym krokiem była dla mnie coraz bardziej męcząca. Nie sądziłam, że to będzie aż tak trudne. Ojciec w końcu przerwał opowieść o żywiołach - chyba dlatego, że zobaczył brak sił na moim pysku. Zapewne dostrzegł też wolniejsze tempo, chociaż i tak się do mnie dostosowywał.
- Stój. - szepnął po chwili i sam się zatrzymał. - Nie ruszaj się.
Momentalnie zamarłam, choć nie znałam przyczyny zatrzymania się. Czy to może być coś złego? Czy zmęczenie jest wystarczającym powodem do szeptania i stania w miejscu? Basior nakazał mi bezruch, toteż jedynie wodziłam wzrokiem na boki, zastanawiając się nad powodem słów ojca. Wkrótce między krzakami naprzeciwko ujrzeliśmy zająca o szarawym futerku. Takie zwierzęta, tyle że o białej sierści, widywałam już wiele razy. To o chodziło tacie! Widząc ofiarę od razu poczułam się głodna. Mój ojciec nie raz zabrał mnie na polowanie, nigdy jednak nie polowałam sama, lecz zawsze tylko się przyglądałam. Tym razem basior przechylił głowę w stronę zająca i spojrzał na mnie znacząco. Moja pierwsza ofiara! Spróbowałam naśladować ruchy ojca, gdy polował. To chyba było tak... Pochyliłam się i zaczęłam skradać, po czym przymierzyłam do skoku. Musi się udać i się uda! Wyskoczyłam z krzaków i przyszpiliłam łapami zwierzątko do ziemi. Wyrywało się i wydawało dźwięki, które określiłabym jako desperackie. Czy potrafię je zabić? Usłyszałam kroki, to tato podszedł do mnie. Rzucił spojrzenie na zająca, a potem przyjrzał się mi.
- Sorscho? - zapytał cichym głosem, jak to miał w zwyczaju. - Jeśli czujesz, że nie dasz rady, ja to zrobię.
Przełknęłam ślinę, nie spuszczając wzroku z mojej ofiary.
- Ja...
Basior usiadł, a jego wieczny chłód i opanowanie ustąpiły trochę miejsca dla łagodności i zrozumienia.
- My, wilki, jesteśmy drapieżnikami. Żywimy się innymi zwierzętami. Tak wygląda krąg życia, Sorscho. Zając zjada roślinę. Zająca zjada wilk. Tak funkcjonuje wszystko w naturze. Jedni żyją po to, by być ofiarami... Inni są po to, by na te ofiary polować. Zające są ofiarami. Jeśli ty go nie zabijesz, zrobi to ktoś inny. Ale ty zginiesz, jeśli nie będziesz jeść. - powiedział łagodnie. - Pierwsze zabójstwo, choćby pospolitego zająca, nigdy nie jest łatwe. Ja pierwszą ofiarę zabiłem z myślą o uszczęśliwieniu rodziny. Zrób to dla mnie, Sorscho, jeśli nie potrafisz tego zrobić dla siebie.
Zawsze chciałam, by ojciec był szczęśliwy, a on o tym dobrze wiedział. Zależało mi na jego szczęściu, bo wiedziałam, że wiele wycierpiał, chociaż nigdy o tym nie mówił i nic złego nie wspominał. W ogóle niezwykle niewiele wiedziałam jego przeszłości. Miałam jednak nadzieję, że gdy się cieszył, nie zadręczał się smutnymi myślami. Chciałam też, by był ze mnie dumny. Toteż nie zastanawiałam się dłużej i zabiłam pierwsze stworzenie w swoim życiu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz