Wszystko układało się dobrze i nawet zamieszkaliśmy razem, w większej komnacie. Nigdy nie czułem się tak dobrze, jak przy niej. Jest dla mnie wszystkim i córka jak zwykle miała rację. Umarłbym z tęsknoty do tej wadery. Lepszej od niej nie ma, to pewne.
Dzisiaj Sarissa wstała wcześniej, jednak udało mi się jeszcze zaobserwować ją, jak czesała futerko, patrząc w lustro. Przed nią leżały nasze torby i kiedy się przywitałem, czarna lekko szturchnęła jedną z nich. Z mojej sakiewki wypadły już lekko ususzone kwiaty, które zamierzałem jej ofiarować, będąc w ogrodzie. Jednak, zapomniałem o nich totalnie.
- Czy to kwiat miłości? - zapytała, unosząc jednego z nich i patrząc na mnie lekko podejrzliwym wzrokiem, jednak to oczywiste, że była podekscytowana.
- Miałem ci go dać wtedy, w ogrodzie... - wstałem z łóżka i podszedłem do niej, zabierając roślinę za pomocą telekinezy. - Znajdę ci nowy, ten jest stary. - odparłem, przyglądając się roślinie, a następnie kierując wzrok w jej oczy.
- Nie musisz. Ten bardzo mi się podoba. - zabrała go ode mnie i umieściła na fioletowej poduszeczce, która znajdowała się na półce obok lustra.
- Kocham Cię. - przytuliłem ją do siebie, po czym zapytałem czy chciałaby mnie za męża.
Odsunęła się lekko, patrząc mi w oczy, po czym przytuliła się ponownie. Tym razem starałem się uchwycić każde słowo, które wymawiała, nawet to najcichsze. Byłem zbyt głuchy na jej wołanie i nie mogę pozwolić by to się powtórzyło. Nasze wesele będzie takie, jakie sobie tylko wymarzy i to ja się wszystkim zajmę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz