Kolejny daszek i kolejny, coraz niżej, aż wreszcie wziąłem za cel stały grunt. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, ze ledwie skoczyłem, a ujrzałem, że ktoś postanowił stanąć na miejscu mego przewidywanego lądowania. Wygiąłem się w locie, żeby czasami nie poturbować za mocno nieproszonego gościa, ale przez to sam pacnąłem solidnie na tyłek, który zabolał jak diabli.
- Serio? Musiałaś się zwidzieć akurat tutaj? - warknąłem na siostrę, wstając i otrzepując się.
Rosemary
Udałam się na samotną przechadzkę koło zamku. Słońce świeciło, miło grzejąc przy tym mój szary kark. Promienie padały również na ogród, znajdujący się jakiś kawałek ode mnie. Dobiegał z niego słodki, świeży zapach, równie miły jak widok. Liście drzew migotały w jasnych promieniach, tworząc doskonały kontrast z kolorowymi kwiatami. Uwielbiałam na to patrzeć, chociaż tak szczerze bardziej zachwycały mnie rozmaite kolory, aniżeli najróżniejsze rodzaje roślin. Zatrzymałam się, na chwilę zamykając oczy i starając się wsłuchać w odgłosy dookoła. Śpiewały ptaki, w oddali słychać było głosy i... zaraz co to?Nawet nie zdążyłam zorientować się co w ogóle właśnie się działo. Poczułam szybkie pacnięcie z góry i obok mnie wylądował inny wilk. Mój brat. Urian. Nie ukrywałam zdziwienia, a jeszcze mniej zdenerwowania, które nasiliło się wraz z jego słowami. Nawet nie przeprosił!
- Nie masz co robić tylko skakać na mnie, kiedy spokojnie sobie stoję?! - wydarłam się na niego wściekła, masując łapą obolałe miejsce. Co on w ogóle tam robił do jasnego Aeternusa?!
Spojrzałam na najniższy daszek, znajdujący się tuż nad nami. No tak, teraz wszystko jasne...
- Naprawdę? - wydałam z siebie zażenowany pomruk, przenosząc wzrok na szarą zjawę, w postaci krewniaka. Wydało mi się to dosyć dziwne. Jak się tam dostał? Czego tam szukał? I po co tam właził? Cóż, miałam zamiar się tego dowiedzieć, jednak gdzieś w pobliżu usłyszałam rozbawione głosy sióstr i innych uczniów. Z westchnieniem przeniosłam się tuż za róg zamku, zresztą tak samo jak Urian. Chyba oboje nie mieliśmy ochoty na młodzieńcze popychanki w ich towarzystwie.
Urian
Jeszcze większego zbiegowiska było mi tu potrzeba, no naprawdę... Czy wilk już nie może sam, w swoim własnym towarzystwie odpocząć, pozwiedzać, splatać komuś psikusa? Zawsze ktoś się musi napatoczyć?Przycisnąłem się do muru, na nieszczęście razem z Rosemary, która zamiast sobie iść do pozostałych, postanowiła kryć się razem ze mną, więc o ewentualnym daniu nogi nie było mowy. Jeszcze się wydrze, a wtedy mnie znajdą.
Siedziałem więc cicho, do czasu, gdy niepożądane głosy ucichły i miałem pewność, że nie zarobię znów bury za nieobecność... no przynajmniej w tym, konkretnym momencie, bo jak mama się dowie to znów będzie warczeć, że któryś z nas zostanie cesarzem, a odpowiedzialności to w nas za grosz. Przecież nasza edukacja była taka ważna, tak wszystko miała zmienić, ułatwić, sprawić, że będziemy rządzić mądrze i z głową... Uznajmy, że którekolwiek z nas jej słuchało...
Ruszyłem w stronę ogrodów, szukając ofiary, której mógłbym splatać psikusa. Ostatnio na przykład przez trzy dni zbierałem żuki, żeby je później wypuścić w stołówce. Miny wader były bezcenne. W większości wrzeszczały i uciekały w przeróżnych kierunkach. Widoczek był naprawdę przedni. Ochrzan, który dostałem już mniej, ale co tam...
Kłopotem była tylko Rosemary, która zaczęła mnie wypytywać o to, czego szukałem na dachu.
- Zwyczajnie lubię tam siedzieć, lubię słonko, ciszę, spokój i wiaterek - uśmiechnąłem się. - A teraz jeżeli nie masz nic przeciwko, idź sprawdź czy cię nie ma w zamku. Jutro mi powiesz czy znalazłaś.
Rosemary
Braciszek aż uśmiechnął się do mnie przy swoich ostatnich słowach, za to ja miałam wrażenie, że aż poczerwieniałam z nerwów. Czy on naprawdę uważa mnie za tak głupią?! Miałam ochotę rzucić się na niego i rozszarpać. Jestem jednak księżniczką, nie wypada. Chociaż? Przecież nikt nas tu nie widzi. Pomimo to... wolę załatwić tę sprawę bez brudzenia sobie łap. Biją się tylko ci, którzy nie radzą sobie słownie.- Oh, braciszku, braciszku! Masz łeb jak ptaszek, taki bardzo malutki... Lepiej zmykaj do parku sufit malować! - odparłam ironicznie, rozluźniając się i prostując, by nie wydawać się niższą od niego. Wyszczerzyłam białe kiełki w nieudawanym rozbawieniu, które przegoniło rozzłoszczenie. Jakaż byłam teraz ciekawa jego reakcji! Było ze mną nie zaczynać, zna mnie od dziecka i dobrze wiedział że nie potrafię odpuszczać!
Urian
- Już, już, bo się zziajesz - wyszczerzyłem się do niej wrednie. - Wiesz, niektóre stworzenia, szczególnie takie jak ty, myślenie bardzo męczy. Nie chcesz tu chyba trupem paść, co?Nie czekałem na odpowiedź siostry, która warknęła znów na mnie. Ruszyłem znów w stronę ogrodu. nie miałem co prawda planów co dokładnie będę robił, kogo szukam i jakiego psikusa pragnę spłatać. W gruncie rzeczy rzadko kiedy miewałem konkretne plany. Przeważnie widziałem cel i okazję, a w mojej głowie rodził się zamysł, który trzeba było odrobinę doszlifować i utworzyć z niego plan, a dalej już tylko zostawało wcielenie go w życie. Najważniejsza była dobra zabawa, tylko to się liczyło, aby się pośmiać. To, że później było mniej miło gdy dostawałem ochrzan nieco kłuło, ale w końcu wszystko miało swoją cenę.
Tak odnośnie ceny, to posiadanie rodzeństwa też swoją miało. Trzeba było słuchać marudzenia sióstr, znosić brata, który wolał latać za zgrabnymi tyłkami niż przepychać się ze mną jak to kiedyś mieliśmy w zwyczaju dość często. Do tego dochodził też pewien rzep, który przykleił mi się do ogona.
- Dobra - odezwałem się do Rosemary, która lazła za mną. Skaranie boskie z tymi siostrami, naprawdę. - Jak już musisz za mną leźć to po pierwsze cisza i spokój. Nie chcę żeby nas ktoś nakrył. Tu dochodzimy do punktu numer dwa. Jak coś każe to to robisz, bo jak mnie wplączesz w jakieś kłopoty, to skórę ci przetrzepię - zmrużyłem oczy.
Nie, żebym rzucał się z kłami na samice. Może do najmilszych nie należałem i nie miałem zamiaru biegać za nimi jak mój brat, ale znęcanie się nad nimi nie sprawiałoby mi przyjemności. Chociaż był wyjątek... Och, Foxy, moja kochana, Foxy. Jakże cudny byłby w z ciebie futrzak w mojej przyszłej komnacie. Z drugiej jednak strony dla Rosemary mogłem zrobić wyjątek. W końcu to moja siostra, a nie samica... prawda?
Dotarliśmy cichaczem do ogrodów. Chwilę musieliśmy się rozglądać za odpowiednim celem. I znaleźliśmy. Była to wadera, ruda... nie pamiętałem jej imienia, ale wilczycom zawsze łatwiej było spłatać psikusa. Niektóre były naprawdę strachliwe i strasznie delikatne.
- Co by tu...? - zastanawiałem się chwilę i w tej chwili kątem oka dostrzegłem blask i ruch...
- Łap go - syknąłem do siostry, która po chwili wahania zrozumiałą o co mi chodzi i skoczyła za wężem.
Te maluch jadowite nie były i bardzo je lubiłem, nie wiedzieć jednak czemu niektóre wilczyce się ich strasznie bały... Ich peszek... Dla mnie radocha, szczególnie kiedy przyniesiony prze Rosemary gad wylądował z moja skromną pomocą wprost przed pyskiem rudej. Wilczyca wrzasnęła malowniczo i cofnęła się tak niefortunnie, że aż orła niemal wywinęła, po chwili uciekła gdzie pieprz rośnie.
Oboje z siostrą siedzieliśmy w krzakach śmiejąc się aż nas brzuchy bolały. Mały wąż, a tyle paniki...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz