Nadszedł dla mnie czas próby. Od samego rana kompletowałam składniki. Sprawdzałam wszystko kilkukrotnie. Nie tylko w swojej pamięci, ale także w kamieniu dotyczącym alchemii. W końcu miało to być pierwsze, co samodzielnie stworzyłam i postanowiłam przetestować to na sobie, bo co jak co, ale nikogo innego bym nie naraziła. Nie pozwoliłabym sobie na popełnienie błędu i zrobienie komuś krzywdy. Nie mogłam i przenigdy bym tego nie zniosła. Dlatego też pierwszym królikiem doświadczalnym będę sama co nie zmieniało faktu, że miałam zamiar naprawdę się postarać. Nie chciałam w końcu i sobie zaszkodzić…
Jeszcze raz sprawdziłam czy wszystko dobrze odważyłam, każdy najmniejszy składnik. Zioła, kolejno: orle ziele oraz śnieżna stokrotka - aby utrwalić działanie, pallas – aby wzmocnić warunków fizycznych i ostatni Fissria – aby ukierunkować działanie pozostałych składników.
Wrzuciłam do naczynia Fissrię i podgrzałam ją. Wszystko co pozostało dokładnie starłam razem i dorzuciłam do gorącego naczynia. Całość prażyła się do momentu gdy proszek ujednolicił się, zrobił czerwonawy, a nadmiar płynu ze świeżych roślin odparował całkowicie. Teraz wystarczyło to wystudzić, sprasować w odpowiednie pastylki i… cóż powinny wzmacniać siłę.
Gdy wszystko było już gotowe sięgnęłam po jedną z tabletek.
- Raz kozie łeb ucięli… - rzuciłam sama do siebie i połknęłam tabletkę. Skrzywiłam się podświadomie bojąc się, że coś złego się stanie, ale… nie poczułam nic poza przyjemnym mrowieniem, które uraczyło mnie przy okazji dziwnym poczuciem, że coś się zmieniło i to na lepsze.
- To działa! – zakrzyknęłam. Mój pierwszy specyfik okazał się udany. Byłam wniebowzięta.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz