Trwające wątki

Połowa Arcanterry przepadła wraz z forum. Przepraszamy.
Blog oficjalnie nieczynny ;)

wtorek, 31 stycznia 2017

Evangeline - Koniec jest początkiem

Zabili Red Rose, mojego ojca, a zarazem cara. Jak smutno, doprawdy. Gdy leżał w niemal bezruchu i choroba go powoli wykańczała, czasem siedziałam przy nim. A on nawet słowem tego nie skomentował. Starałam się urosnąć w jego oczach, zasłużyć na szacunek innych, wybić się jako ta, która przy nim siedziała w jego złych chwilach. I co? I nic. Wydał ostatnie tchnienie, podobno przez kogoś zamordowany. Dobrze mu tak, jak sądzę. Ma za swoje. Dotarły do mnie pogłoski, że miał wrogów. Podobno nie był taki, na jakiego wyglądał. Nie zdążyłam się o tym przekonać i jakoś specjalnie nie żałuję. Co bym z tego miała? Aczkolwiek nie przejmowałam się biednymi mieszczanami, bo kto by się nimi zadręczał? Z pewnością nie ja, co to, to nie. Z pewnością jednak nie tylko ja czerpałam cichą radość z tego zgonu, bo w końcu ktoś za niedługo zostanie kolejnym cesarzem. Ktoś - czy też raczej mój brat. Koniec zawsze jest czegoś początkiem. Koniec starej władzy jest początkiem nowej. Jakoś niespecjalnie mnie obchodził przyszły car, skoro nie będę nim ja. Niezależnie od wyboru, i tak nic się nie zmieni. A jeśli już, to niewiele. Żaden z moich braci nie byłby zdolny wprowadzić w nasze życie diametralnych nowości. Uśmiechnęłam się sama do siebie, rozbawiona tą myślą, po czym skierowałam się w stronę pracowni. Nie miałam nic ważnego do zrobienia, a za to sporo czasu do wykorzystania. Doprawdy, bycie dorosłą księżniczką czasem może być nudne. Kiedyś w ogóle bym tak nie pomyślała, ale teraz to wiem. Księżniczki i książęta? Niewiele więcej ponad zwykłe wilki, tyle że z większą liczbą przywilejów. Mi to tam odpowiadało, wyłączając niską pozycję, bo to było w tym jednym z najgorszych. Cóż, zamierzam kiedyś zrobić coś, co sprawi, że nie będzie potrzebne mi stanowisko, by każdy rozpoznał mnie po samym choćby wyglądzie. Imię pewnie większość zna i kojarzą, w końcu jest się tą księżniczką niczym symbolem dla wieśniaków, że władcom się powodzi... Gdyby tylko nie ta niefortunna śmierć starego, chorego cara. Odkaszlnęłam, ukrywając śmiech. Nie chciałabym nikomu podsunąć takiego swojego wizerunku - samotnie idącej i śmiejącej się do samej siebie. Jeszcze by wpadli na pomysł szukania mi towarzystwa, przez co narzucaliby mi się. Przywlekli by przed moje oblicze tłum komików, nauczycieli i nie wiadomo jeszcze kogo, aby mnie rozweselili lub zajęli. Nie pozwolili by mi odejść, dopóki bym perfekcyjnie nie udawała szczęśliwej, zadowolonej i radosnej wadery, jaką nie byłam. Dla nich byłoby to dobrym czynem dla smutnej księżniczki (gdybym tylko tak się właśnie czuła), a dla mnie karą i utrapieniem. Bo w końcu ileż można gapić się na jakiś głupich błaznów, myślących o sobie, że są zabawni? Od śmiechu aż można zachrypnąć. Głupia rozrywka prostych wieśniaków, którzy potrzebują odetchnienia od swojej jakże żmudnej pracy. Truchtałam sobie spokojnym, równym tempem, aż dotarłam do pracowni. Jakoś akurat miałam ochotę tam posiedzieć - nie, żeby zagłębiać wiedzę, skąd. Miałam dość lekcji z tą naiwną rudą waderą, która sądziła, że zostaje wysłuchana. Płonne nadzieje. Weszłam do pomieszczenia, lecz z powodu natłoku myśli nie wyczułam, iż przebywa tam wilk. Był to basior o ciemnej sierści i żółtych oczach. Szaman. Spojrzałam mu w oczy pewnym wzrokiem, chociaż w myślach przeklęłam samą siebie za brak czujności i zastanawiałam się, czy mu w czymś nie przeszkodziłam.

Olethros
Pamiętam jak jęknął, w jego oczach widać było strach... Gdy konał, wydobywałem z niego krew. Żywy jeszcze, jęczał z bólu. Narysowałem na ścianach i podłodze znaki cenną krwią Red Rose. Niech strażnicy wejdą tu i spojrzą najpierw na znaki a nie swego zdechłego cara. Niech zastanowią się i niechaj wybiorą co słuszne. Oj, pamiętam, że zabiłem go w ten dzień dlatego, że Igrante okazał się prawdziwą suką i odszedł pomarzyć o rewolucji gdzie indziej. Ale mnie wtedy wkurzył... Pamiętam kroki strażników i jak otwierają drzwi... Ta panika... Ja wtedy uciekłem z Zamku i wróciłem bezpiecznie do Glacies. Potem wędrowałem cały czas po Arcanterze. Parę razy strażnicy byli naprawdę blisko... Czasami zdarzało mi się wrócić na tereny wioski albo zamku by sprawdzić czy ktoś nie był ślepy i poszedł za moimi śladami w wierze.
Tego ranka postanowiłem wejść do Zamku. Gdy dotarłem do bramy odżyły we mnie wspomnienia. Pamiętam jak mój ojciec i matka ukazali mi się gdy uciekałem. Byli usatysfakcjonowani ze ścierwa jakie złożyłem im w ofierze.
Uśmiechnąłem się do siebie lekko, gdy zauważyłem strażnika, który skręcał w korytarz, na którym się znajdowałem. Zarejestrowałem tabliczkę na drzwiach ogłaszającą, że tam mieści się pracownia szamana. Oh... Wślizgnąłem się tam, mając nadzieję, że tam mnie nie znajdzie. Rzuciłem torbę w kąt i usiadłem pod oknem. Spojrzałem na parę roślin wiszących pod sufitem. Nie były ciekawe. Wszystkie znałem - były nieszkodliwe. Wtedy usłyszałem otwierające się drzwi. Weszła jakaś wadera. Kurwa, jak teraz nie krzyknie to ja jestem chińska róża. Warknąłem z irytacji, wstałem i wciągnąłem jej zapach. Mieszkała w Zamku, to pewne. Więcej to nie wiem. Mały przedmiot. Mały... O, nie, nie. Na Selene... Czy to jest nasza księżniczka? Zastanawiałem się nad tym czy uciec gdzie pieprz rośnie czy ją zabić.

Evangeline
Rozglądałam się powoli po pracowni szamana, nie spuszczając go jednak z wzroku. Gdybym teraz zaczęła się drzeć, strażnicy przylecieli by tu jak na skrzydłach. Zostałabym zapamiętana jako ta, która znalazła mordercę cara. Doprawdy, nie wiem jakim cudem strażnicy w ogóle jeszcze mają swoje pozycje. Na miejscu władcy ukarałabym takich bezużytecznych nieudaczników, którzy jednego wilka nie potrafili porządnie złapać, mając do dyspozycji całe oddziały i magię. A ja, młoda księżniczka, która nie wie nawet, jaki ma żywioł, widzę mordercę podczas zwykłej przechadzki do przypadkowego miejsca. Zdumiewające. Jednak, rozmyślając nad sytuacją, w której obecnie się znalazłam... Nie kochałam zbytnio ojca, szczerze powiedziawszy, i jakoś nie zależało mi na uznaniu za schwytanie jego zabójcy. Nie... Ten szaman musiał być niezwykłym wilkiem, skoro zabił cesarza, uciekł i jeszcze żył. Ta myśl skłoniła mnie więc do cichego zamknięcia za sobą drzwi.
- Zabiłeś mojego ojca. - zaczęłam zimnym, stalowym głosem.
Taki ton mógł zasiać w żółtookim basiorze ziarno zwątpienia w to, co mogło mną kierować. Ale jeśli ten wilk zabił Red Rose, pewnie czas go nagli... Toteż kolejne zdania wypowiedziałam cicho i szybko:
- Niby cię nie znam, a jednak cię podziwiam. To niezwykłe, co zrobiłeś. Słyszałam coś o jakichś znakach, które narysowałeś przy ciele. Religia szamana? Wiesz... Nie chcę zostać zapomniana. Muszę coś zrobić, co utkwi wilkom w pamięci. Jakiś niezwykły czyn... Jak zabicie cara. Mogę dokończyć zdarzenia, które zacząłeś. Naucz mnie swojej religii. Ja... Ja ci rozkazuję. A jak tego nie zrobisz... Wydam cię. Wystarczy jeden krzyk, a zjawią się tu strażnicy.
Desperacja? Możliwe. Ale gdy cel uświęca środki... Nieważne jak, ja już utoruję sobie drogę do długotrwałej, pośmiertnej sławy.

Olethros
Wadera zamknęła za sobą cicho drzwi. Ha ha. Taka mała a może tak efektownie wejść. A potem wypowiedziała te trzy słowa, które zasiały we mnie niepewność. Zaraz... Chce się zemścić? Idzie na zabijakę z tymi swoimi słodkimi łapkami? Serio? Prychnąłem, tak to wydało mi się zabawne. Pewnie nie ma jeszcze swojego żywiołu. Umilkłem i słuchałem, co ma dalej do powiedzenia. Nie wierzę, słucham jednorocznego przedmiotu zamiast uciekać albo go zabić. Co się porobiło. Uśmiechnąłem się, gdy powiedziała, że mnie podziwia, jednak w tym samym czasie przekrzywiłem łeb nieufnie. Jak coś kręci to umrze szybko... Bezboleśnie jednak, bo mnie podziwia. Och. Słodkie. Rozkazuje mi.
- Rozkazujesz mordercy? - uśmiechnąłem się. - Pomóż mi uciec a przywrócę ci wzrok, oto stoi przed tobą potomek Charsa i Hekate.
Nie czekając na jej odpowiedź wyskoczyłem przez okno.

Evangeline
Jak on śmie?! Za kogo on się uważa, ten stary, przeklęty zabójca? Myśli, że wszystko mu wolno? Myśli, że może nie wykonywać moich rozkazów? Myśli, że może przyjmować moje pochlebstwa i nie dać mi tego, czego pragnę? O, naiwne z niego szamańskie istnienie! Jestem księżniczką i nie zamierzam tolerować zniewag, takiego zachowania ani niczego podobnego. Och, już ja mu pokażę, co to znaczy uciekać ode mnie, co to znaczy sprzeciwiać się mi, co to znaczy kończyć, gdy ja chcę zaczynać. Tak więc zrobiłam to, co powinnam była zrobić wcześniej, gdybym przejrzała tego idiotę; zrobiłam to, co powinno należeć do moich obowiązków; zrobiłam to, co zrobiłby każdy inny wilk na moim miejscu - trzasnęłam drzwiami i wrzasnęłam tak głośno, jak tylko potrafiłam:
- SSSTRAAAŻEEE!!! ZABÓJCA TATUSIA ZWIAŁ PRZEZ OKNO!
Już po chwili do moich uszu dobiegł odgłos biegu wielu wilków Powstrzymałam cisnący mi się na pysk uśmiech z powodu tego, że szaman pożałuje swojego czynu, a zamiast tego przybrałam smutną, przerażoną minę, i sprawiłam, że łzy napłynęły mi do oczu. Genialnie udaję, muszę to sobie przyznać.
- Przez okno, wybiegł przez okno! - dodałam płaczliwie, gdy strażnicy się zjawili w zasięgu wzroku.

Strażnicy już wiedzieli wszystko i kwestią czasu było dotarcie do czarnego basiora. Jednak generał głupi nie jest i nim wydał rozkazy udania się do komnaty, obstawił zamczysko i przygotował specjalne powitanie. Druid był pewny swej decyzji, Olehtros Caeletis, lat 12, żywioł powietrze, mieszkaniec Arcanterry i szaman... został skazany na karę śmierci. Nie będziemy tego dłużej ciągnąć, raz udało mu się uciec, jednak kryjówka na Glacies była naprawdę sprytnie ukryta, ale to też byłaby tylko kwestia czasu.
Kiedy do uszu kaprali doszły krzyki księżniczki Evangeline, natychmiast przystąpili do akcji, informując również całą resztę wojska. Nie miał szans... obrzucenie ogniem, powietrzem, ziemią i wodą sprawiło, że jego śmierć była szybka i bezbolesna. Płakać nikt po nim nie będzie, a nim się zorientowaliśmy ciało pochłonęły ciernie, jednak tajemnicza czerwona mgiełka ulotniła się, wskazując znak czaszki, nim całkowicie się rozpłynęła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nowsze Starsze Home