Trwające wątki

Połowa Arcanterry przepadła wraz z forum. Przepraszamy.
Blog oficjalnie nieczynny ;)

czwartek, 5 stycznia 2017

Urian - Quest#12

Doskoczyłem do Zeconiego i wywróciłem go . Basior malowniczo się wywinął, robiąc przy tym koziołka. Jak zwykle zdołałem go zaskoczyć. Skradanie się opanowałem już niemalże do perfekcji. O, tak! A on? Tyle czasu i jeszcze się nie nauczył, że nigdzie nie może być bezpieczny, bo dorwę go gdziekolwiek by się nie schował i cokolwiek by nie robił.
Chwilę nam zajęło szamotanie się i tarzanie się po ziemi. Raz to ja byłem góra i on musiał gryźć piach innym razem zdołał mnie zepchnąć ja lądowałem ciężko na glebie, tylko po to, żeby spiąć mięśnie i skoczyć na równe łapy pozbywając się ciężaru w postaci brata, który tym razem znów leżał.
- Pobaw się ze mną, sztywniaku – burknąłem do niego kiedy wstał, niezadowolony, z wielkim fochem, że na kogoś czekał, a ja jak zwykle mu przeszkadzam. Burak i tyle… Zrobił się naprawdę okropny… A ja tęskniłem za tymi dniami, kiedy łaziliśmy razem.
Po długich namowach w postaci próśb oraz gróźb (stwierdziłem, że nie dam mu spokoju i dzień w dzień będzie lądował w błocie jak tylko na oczy go zobaczę, a tak, byłem do tego zdolny, nawet jeżeli sam miałem się ufajdać jak dzika świnia) zgodził się na wyścig. Mieliśmy zrobić rundkę od pokoju, w dół, ku wyjściu i przez dziedziniec, do ogrodu. Metą była fontanna.
Niezbyt zadowolony z tego fakty strażnik, po naszych namowach, zgodził się odliczyć do trzech, żebyśmy mogli razem wystartować.
Usłyszawszy wyczekiwane „trzy” ruszyłem jak strzała do przodu. Nie tylko ja, bo Coni już mnie gonił oczywiście i to pędem. Gnaliśmy korytarzem z solidną prędkością. Wszystko co żyło i stanęło nam na drodze pryskało w bliżej nie określonym kierunku, byle w bok, z dala od naszych rozpędzonych, kudłatych ciał. Niektórzy mieli naprawdę bezcenne miny, czasami do tego stopnia, że trudno się było skupić na biegnięciu, bo chciało nam się śmiać.
W końcu jednak ujrzeliśmy wyjście. No i w tym momencie moja szanse na wygraną się posypały, bo brat zepchnął mnie tak, że sporą kolumnę miałem od strony tego gorzej widzącego oka. Nie mam pojęcia czy zrobił to celowo ,czy nie, wystarczył jednak moment nieuwagi, spojrzenie w złą stronę i łupnąłem w lity kamień. Niby tylko bokiem i nic poważnego mi się nie stało, ale musiałem ratować się, zęby nie wyrżnąć jak długi przez co strąciłem kilka cennych chwil. To wystarczyło mojemu bratu, żeby zwiększyć dystans i choć starałem się jak mogłem, to on wygrał. Nie powiem, ubodło mnie to, ale przynajmniej zabawa była przednia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nowsze Starsze Home