- Jak masz na imię? - zapytałam ostrzej, niż zamierzałam. - I co tu w ogóle robisz? Jak śmiesz mnie zaskakiwać?
Azriel
Obrzuciłem stojącą naprzeciwko mnie waderę pustym spojrzeniem. Takim samym obdarzałem każdego, kogo przywlekło do Gór akurat wtedy, gdy ja tu byłem. Zauważyłem, że zawsze wtedy, gdy waham się przed zejściem z Gór, lecz to robię, to zawsze wtedy kogoś spotkam na niższym poziomie, poniżej szczytu. Czy los mi zsyła takie sytuacje za karę za to, że mieszkam na odludziu? Ech, widocznie powinienem zmienić styl życia i wychodzić częściej zobaczyć innych. Podchodzić do wilków z radosnym wzrokiem, a nie znudzonym, zrezygnowanym, bezsilnym, nic niewyrażającym. Gdyby to tylko było możliwe... Chyba nie mam siły na tak wiele. Nie potrafię starać się na próżne. Bo po co, skoro wiem, że i tak nic mi to nie da? A może jakaś siła wyższa czy jakieś bóstwo, w które nie wierzę, chce mnie przekonać, bym zmienił miejsce zamieszkania? Coraz więcej wędrowców obiera na swój cel Góry. Moje Góry. Czy to znak? Wciągnąłem głębiej powietrze, wyostrzając czujność, skupiając myśli. Ta szara wadera pachniała Zamkiem. Miała szare futro. Szare, szare, kto ma szare futro i mieszka w Zamku? Hm... Caryca, aczkolwiek to na pewno nie ona, gdyż jest o wiele starsza niż stojąca nieopodal mnie wadera. Ale dzieci carycy i zmarłego cara... Gdzieś słyszałem, że były szare. Czy możliwe, iż stoi przede mną księżniczka? Chyba naprawdę powinienem się stąd wynosić jak najprędzej, skoro zaraz mają przylecieć tu książęta i księżniczki. Młoda wadera musiała zobaczyć na moim pysku zamyślenie, gdyż warknęła ponaglająco. - Wybacz. - mruknąłem.
- Mieszkam w Górach od dłuższego czasu. Jeśli cię zaskoczyłem, to najmocniej przepraszam. Nie było to zamierzone z mojej strony.
Nie podałem jej swojego imienia celowo. Nie zrobiłem tego, bo podejrzewałem, że jeśli ją zdenerwowałem, może sprowadzić na mnie kłopoty. Niemałe, jeśli rzeczywiście jest księżniczką. Miałem jednak nadzieję, że nie zauważy mojego zagrania. Aby częściowo zamaskować taką zagrywkę, dodałem po krótkiej chwili:
- Mieszkasz w Zamku, prawda?
Ostrożne pytanie, pozwalające mi się upewnić, kim jest szara wadera, aczkolwiek nie zdradzające jej mojej niewiedzy. A przynajmniej mam nadzieję, że tak będzie. Konsekwencje przeciwieństwa mogłyby być dla mnie wielce niekorzystne, jak mniemam.
Evangeline
Wbiłam w niego wściekłe spojrzenie. Czy naprawdę nie wiedział, kim jestem? Czy to mogło być możliwe? Prostych wieśniaków nigdy nie zrozumiem. Jak można kompletnie nic nie wiedzieć i jeszcze się z tym nie kryć? Własnej księżniczki nie znać i nie poznać! Cóż za zniewaga! Jakaż okropność! Jak tak można? Istny skandal! O, trzymajcie mnie, bo już osunęłam się w czeluść zapomnienia, tak niewyczekiwaną, tak okropną, tak znienawidzoną od tak dawna. - Przecież jestem księżniczką, głupcze! - wrzasnęłam. - Wiesz o tym w ogóle?! A może nie, skoro mieszkasz w Górach? Tak tu pusto... Kiedy ostatnio widziałeś żywą duszę? - wyrzuciłam z siebie.
- Wybacz, wasza wysokość, jeśli uraziłem twój majestat. - powiedział spokojnie.
Nie wyglądał na skruszonego. Ba, ani trochę nie zmienił swojej postawy, głosu, wyrazu pyska. Zero reakcji. Tak jakby w ogóle powaga sytuacji do niego nie docierała. Nic się w nim nie zmieniło. Albo tak dobrze ukrywał swoje emocje... Albo mnie nie słyszał, co było jednak niemożliwe, gdyż odpowiadał na moje słowa.
- Znasz etykietę w ogóle? - zapytałam.
Biały basior nie odpowiedział, lecz wykonał sztywny ukłon. Był jednak wystarczająco głęboki, by mnie zadowolił. Kiwnęłam aprobująco głową, po czym przypomniałam sobie o czymś.
- Nie powiedziałeś mi swojego imienia. - warknęłam.
Byłam na siebie zła za to, że dopiero teraz to zauważyłam.
Azriel
Ach, na co ja liczyłem? Czy naprawdę uważałem, że nasza księżniczka jest tak głupia, by się nabrać na prostacką zagrywkę? Głupiec ze mnie, doprawdy. Nie powinienem w ogóle się z nią wdawać w pogawędki. W ogóle, z żadnym ciekawskim wędrowcem. Po prostu, olać ich i odejść, jakby nie istnieli. To dopiero byłoby zagranie! Ciekawe, jak by się poczuła księżniczka, gdyby się ją tak potraktowało. Nie chciałem jednak się przekonywać, już i tak siedziałem w niemałym bagnie. Czy jeśli podam jej swoje imię, naskarży na mnie? Czy przywlecze wtedy kogoś do moich spokojnych Gór, by mnie ukarać? Sądzę, że nie warto ryzykować w takiej sytuacji. Nie mogłem jej odmówić przedstawienia się, bo podejrzewam, że skutkowałoby to wybuchem wściekłości z jej strony. Postanowiłem więc, że nie okłamię jej, ale też nie podam całkowitej prawdy. To zdawało się być najlepszym wyjściem ze wszystkich, jakie przyszły mi na myśl.- Mówią mi Az.
W gruncie rzeczy była to prawda, ale aktualna jakiś czas temu. Księżniczka tego nie wie, więc nie może mi nic zarzucić. I dobrze. Nie potrzeba mi kłopotów.
- A ty, wasza wysokość? - zapytałem.
- Co ja? - odwarknęła. - Nie znasz mojego imienia?
- Nawet jeśli bym znał, pani, to na tyle, na ile znam etykietę, wiem, iż mimo wszystko wypada się przedstawić. - powiedziałem, uśmiechając się nieznacznie.
Evangeline
Już chciałam się na niego ponownie wydrzeć, gdy spostrzegłam, iż ma rację. Prosty wilk, a tym samym jakiś półdziki samotnik z Gór mnie złapał na przeoczeniu, na czystym błędzie! Czy ja już zapomniałam wszystko, co tak usilnie wbijała nam do głów nauczycielka przez te wszystkie długie godziny, dni, miesiące? Czy to możliwe? Cóż, skoro ten cały Az znał co nie co z etykiety, powinnam wykazać się lepszymi manierami, bo w końcu jestem księżniczką, wyżej postawioną i lepiej wychowaną niż zwykłe pospólstwo. Uniosłam więc ciut wyżej głowę, by wydać się basiorowi wyższą. Były to bezsensowne działania, gdyż o wiele mnie przewyższał. Doskonale jednak zdawałam sobie z tego sprawę, aczkolwiek nie dałam tego po sobie poznać. Spojrzałam mu w oczy niewzruszonym, nieustępliwym wzrokiem, takim samym, jakim cały czas na mnie patrzył, po czym odezwałam się:- Jestem Evangeline the White. Ale to wiesz, prawda?
- Oczywiście. - odpowiedział. - Gdzieżby inaczej, wasza wysokość.
- Dobrze, dobrze. - skinęłam głową.
Przez ten ruch moje spojrzenie padło na łapy basiora. Były one pokryte białą sierścią, którą jednak przecinało wiele różnorodnych blizn. Krótkie i długie. Wąskie i szerokie. Niemal równe tak często, jak postrzępione. Ten widok mnie przeraził. To mało prawdopodobne, aby ktokolwiek sam zrobił sobie coś takiego... Więc kto mógł mu coś takiego zrobić? Jak długo go to bolało? Czy to było za coś karą czy zrobiono mu to ot tak? Czy cierpi przez te rany do dziś, skoro dotychczas się nie zagoiły? To straszne, okropne, bestialskie... Uniosłam na Aza wzrok, który musiał oddawać wszystkie moje odczucia w tej chwili. Basior miał nic niewyrażającą, kamienną maskę na twarzy, ale wychwyciłam ból, który błysnął w jego oczach. Odbicie czegoś tak potwornego, że nie mogłam sobie wyobrazić. Drgnęłam.
- Jak...? - wyszeptałam tylko, tak jakby zaskoczenie odebrało mi zdolność mowy.
Nie poznawałam samej siebie.
Azriel
- A co cię to obchodzi? - warknąłem.Był to mój pierwszy odruch, pierwsze, co przyszło mi na język. Nasza księżniczka prawdopodobnie nigdy nie widziała nic gorszego. Ba, na pewno. A ja widziałem wiele razy, wiele razy przeżywałem gorsze katusze i jakoś żyłem. Gdy pojawiałem się w gronie wilków, często pytano mnie o to, jak zdobyłem swoje blizny. Nie miałem już cierpliwości grzecznie tłumaczyć, że moja rodzina to banda psychopatów albo idiotów. A raczej i tego, i tego po trochu. Irytowało mnie ciekawskie, dociekliwe zachowanie - nie można po prostu interesować się sobą i własnym życiem, nie czepiając się żywotu innych? Ale skoro to księżniczka mnie pyta, ostatni raz będę tak cierpliwy i wyjaśnię, co ode mnie chciano.
- To sprawka moich braci. - wycedziłem.
- Bo? - zapytała, mrużąc oczy.
- Bo tak.
Przekrzywiła głowę.
- Wyjaśnij. - warknęła.
Mogłem powiedzieć, że mnie nienawidzili. Że traktowali mnie jak podrzędną istotę. Że dostarczałem im rozrywki, kiedy tylko jej zapragnęli. Że przeniosła się na nich nienawiść żony mojego ojca. Nie byli źli na ojca, ale na mnie. Tak jakbym wybrał sobie, że urodzę się bękartem.
- Bo nigdy nie traktowali mnie poważnie. - rzuciłem tylko.
Tyle powinno jej wystarczyć do szczęścia. Chociaż, jak dla mnie... Powinien ją zniechęcić fakt, że ją zbyłem. Widocznie miałem do tego jakiś powód. Ale najwyraźniej Evangeline tego nie widziała... Albo nie chciała widzieć. Mniejsza o to. Jedno i to samo, jak dla mnie.
Evangeline
Zmrużyłam oczy, po czym je rozszerzyłam. To niemożliwe... Bo czy możliwe jest, by ktokolwiek na tym świecie czuł się podobnie do mnie? Czy kogokolwiek też pomijano, ignorowano, okłamywano - jednym słowem, traktowano gorzej niż innych w najbliższym otoczeniu? Czy ktokolwiek żył w półprawdach, tak jak ja? Najgorsza z miotu, najgorsza księżniczka, tak właśnie się czułam. Pewnie... Pewnie Az też nie miał łatwego życia. Czy miewał chwile, w których jego odczucia były takie same jak moje lub podobne do nich? Czy... Czy mnie rozumiał? W tej chwili poczułam, że coś we mnie pękło. Z oka poleciała mi łza. - Az? - odezwałam się cicho.
- Księżniczko? - zapytał niepewnie.
- Ja... Ja cię rozumiem. - wyszeptałam
A potem z obu oczu poleciały mi łzy. Wiele łez. Płakałam. Ja, Evangeline the White, płakałam. Przed jakimś półdzikim, ledwo poznanym, mieszkającym w odległych Górach, starszym ode mnie basiorem o podejrzanych bliznach i dziwnym życiu.
Azriel
Nigdy nie wiedziałem, jak postąpić, gdy wadera przy mnie płakała. A teraz znalazłem się koło płaczącej księżniczki. Księżniczki o trudnym życiu, jeśli to, co mówiła, jest prawdą. Jakim cudem? Czy mieszkanie w Zamku, wśród ogromu luksusów i hordy służących, może być złe? Najwyraźniej tak... Ale nawet mimo tak przekonującego przedstawienia, nie mogłem w to do końca uwierzyć. Zamek wszystkim kojarzył się z szczęśliwym miejscem. Tyle pogłosek nie mogło być kłamstwem, nieprawdaż?- Ach, księżniczko. - zacząłem niepewnie.
Popatrzyła na mnie zapłakanymi oczami.
- Tak już bywa. - westchnąłem cicho. - I jest.
Jej szloch przycichł. Zwróciłem oczy ku górze i ujrzałem ciemne chmury. Zbliżał się deszcz.
- Powinniśmy się schronić w mojej jaskini. - powiedziałem. - Chyba, że chcesz zmoknąć, ale ja wolałbym tego uniknąć.
Evangeline
- Tak. - przytaknęłam.Udaliśmy się do jaskini. Az szedł pewnym krokiem, a ja podążałam za nim. Kilka kroków przed wejściem lunął na nas deszcz. Basior zdążył dobiec, ale ja nie. Niemal całe futro ociekało mi wodą, gdy dołączyłam do niego. W jaskini Aza nie było żadnych ozdób - była prosta, ale praktyczna. Najwyraźniej miał tu wszystko, czego potrzebował do życia. Niepewnie stanęłam w wejściu. Basior zauważył to, gdy skończył krzątać się po jaskini.
- Wchodź, śmiało. - mruknął.
Zrobiłam, jak chciał. Az wskazał mi posłanie.
- Możesz tu odpocząć, jeśli chcesz.
Skinęłam głową na znak wdzięczności i położyłam się. Az usiadł przy wejściu, zwrócony do mnie bokiem. Po chwili zdałam sobie sprawę, że drżę z zimna wywołanego mokrą sierścią. Basior zwrócił głowę w moją stronę. Zamarłam, gdy podszedł do mnie, lecz on po prostu położył się za mną, ogrzewając mnie swoim ciałem. Nagle pojawił się mały płomień ognia. Spojrzałam na niego zaskoczona.
- To ja. - wyjaśnił.
Wtedy zrozumiałam, że żywiołem Aza musiał być ogień. Nie odpowiedziałam. Zapadła cisza, o ile ciszą nazwiemy padanie deszczu. Wtedy pojawiło się w mojej głowie pytanie.
- Ile masz lat? - zapytałam.
- To nieistotne.
- Powiedz. - zażądałam.
- Więcej niż ty. - westchnął. - Siedem.
Znów zapanowało między nami milczenie... Które ponownie przerwałam:
- Jest sposób na zapomnienie?
- Znam jeden. - mruknął wyraźnie niechętnie. - Ale jesteś za młoda. I jesteś księżniczką.
- I co z tego?
Popatrzył mi głęboko w oczy.
- Jesteś pewna?
Domyślałam się, o co mu chodzi. Nie miałam nic przeciwko. Chciałam zapomnieć, choćby na chwilę.
- Tak. - odwzajemniłam spojrzenie. - Jestem pewna. A ty?
Po długiej chwili skinął głową.
- Cała przyjemność po mojej stronie. - wyszeptał.
Tego, co się później działo, opisywać nie będę. Gdy skończyliśmy, nie myślałam o niczym. Zasnęłam, wtulona w bok ogrzewającego mnie Aza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz