Trwające wątki

Połowa Arcanterry przepadła wraz z forum. Przepraszamy.
Blog oficjalnie nieczynny ;)

czwartek, 9 lutego 2017

Urian - Quest#14

Włóczyłem się jak zwykle unikając druida, ale poza tym, bez wyraźnego celu. Nudziło mi się… Leniuchowanie już mi przeszło i miałem ochotę gdzieś iść, zrobić coś fajnego… Chciałem pozwiedzać, ale nie uśmiechała mi się samotna wyprawa. Mimo tego, że często pragnąłem spokoju nie byłem w żadnym razie samotnikiem i dziwnie się czułem kiedy przez dłuższy czas nie miałem do kogo się odezwać.
Moje spojrzenie przykuł nie kto inny, jak mój brat. Szedł gdzieś dość szybko. Ruszyłem za nim, nie zastanawiając się zbyt długo. Dużo już czasu minęło dokąd gdzieś razem byliśmy, bo nie szkolne wycieczki się nie liczą. Szczególnie jak w okolicy były wadery, które całkowicie absorbowały mojego brata.
- Coni! – krzyknąłem, a on podskoczył gotów bronić się przed moim atakiem… cymbał, jakbym chciał go powalić, to bym się nie darł do niego.
- Co chcesz? – spytał przyglądając mi się badawczo.
- Nie tragizuj, co? Tym razem nie wylądujesz w krzakach, obiecuję… No chyba, że później, ale do tego musisz się zgodzić – stwierdziłem.
- Zgodzić na co?
- Na wycieczkę. Wybierzmy się gdzieś… Razem… Przejdziemy się, poćwiczymy polowanie – wyjaśniłem. – Co ty na to? No zgódź się….
Mój brat wydawał się wahać przez dłuższą chwilę, ale ostatecznie udało mi się wyjęczeć co planowałem. Wystarczyło zorganizować nieco jedzenia, powiadomić wystraszonego strażnika, że nie będzie nas jakiś czas i ruszyliśmy w drogę zanim ktoś postanowił nas zatrzymać. Po krótkiej dyskusji wybór padł na Fluvius. Mi odpowiadały skałki, Coni stwierdził, że miejsce jest ciekawe więc nie trudno było o porozumienie.
Był już późny wieczór, postanowiliśmy się zatrzymać, ale… nie koniecznie wiązało się to z zatrzymaniem się. Zaczęliśmy za to pozorować ataki na siebie i przepychać się niemal jak za szczenięcych lat. Nasze kły jednak zawsze celowo mijały o milimetry, a jedyne co robiliśmy to liczyliśmy w myślach okazje do zadania tego być może ostatecznego ciosu.
Skoczyłem na Zeconiego jeszcze raz, udało mi się go powalić i oboje przekoziołkowaliśmy po, jak się zdawało, stabilnym gruncie… Wydawało, bo warstwa mchu zerwała się pod nami i runęliśmy w dół.
- Coni… żyjesz? – wymamrotałem, podnosząc się jako tako i spoglądając w górę.
- Tak… chyba… - wyjęczał, bo oboje nieźle się potłukliśmy.
Trzeba było się jakimś cudem wydostać. Po szybkich oględzinach udało mi się wymacać kamienie. Co prawda ostre i ledwo co można było na nich jako tako stanąć, ale miałem już pewną wprawę we wspinaczce.
- Pójdę przodem i cię wyciągnę – stwierdziłem i starałem się ruszyć w górę. Początkowo Coni nieco mnie podsadził, później jakoś musiałem sobie dać radę sam. Łapy mi się ślizgały i zaczęły boleć, ale długie dni skakanie po daszkach, murkach i innych pierdołach zrobiły swoje. Co prawda, żeby wyleźć musiałem pomóc sobie szczęką i chwycić wstrętnie smakujące badyle, ale udało się.
Sapiąc jak tur rozglądałem się gorączkowo za czymś długim, co mogłem zrzucić do wnętrza jamy. Padło na giętkie badyle.
- Złap mocno! – poradziłem bratu i zacząłem go powoli wciągać, co łatwe wcale nie było. W końcu jednak oboje leżeliśmy na stałym gruncie dysząc ciężko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nowsze Starsze Home