Trwające wątki

Połowa Arcanterry przepadła wraz z forum. Przepraszamy.
Blog oficjalnie nieczynny ;)

sobota, 18 lutego 2017

Ikelos - Ostatnie życzenie

Z każdym dniem było coraz gorzej, jednak myśli o niej zawsze przynosiły mi ukojenie. Ciekaw byłem czy ona też o mnie myśli, czy nadal coś do mnie czuje? A co jeśli to tak naprawdę nic specjalnego? Może powiedziała to by nie było mi smutno? Jednak było, bardzo i wolałbym nic nie wiedzieć. Kochałbym się w niej tak jak wcześniej... z daleka, z ukrycia, tak, że tylko ja i moje łzy miały prawo o tym wiedzieć. Teraz? Nie mam nic do stracenia, do zyskania też już nie wiele pozostało, ale wolałbym umrzeć spędzając z nią jeszcze jedną chwilę, specjalną i wyjątkową. Nie zależało mi tu oczywiście na tym by to wszystko zrozumieć, lecz by po prostu być z nią. Nie musi mnie kochać, ale ja umarłbym niespełniony, gdybym się na to nie odważył, a więc odważyć się muszę.
Po południu naszykowałem wszystko na plaży. Wykopałem dwa doły w wiadomym celu, by było milej i wygodniej oglądać fale, zebrałem jej ulubione kwiaty wiśni oraz płatki róż, no i jeszcze naszykowałem ten dziwny soku z Gokuune oraz pieczone mięso jelenia. Głupi jednak nie jestem, więc mam to spakowane w koszyku, który właśnie niosę do zamku. Poproszę strażnika przy wejściu by go popilnował, a ja poszukam Arii.
Zmierzając ku komnacie najwyższej, zastanawiałem się nad tym jak mogłaby to odebrać. Nie chciałbym przecież, by dziwnie się poczuła, tak niezręcznie. Nie musi mnie kochać, nie musi nic okazywać a może mnie nawet nienawidzić, ale ja potrzebuję jej teraz... bardzo potrzebuję.
- Witaj. - przywitałem się wchodząc do jej komnaty.
- Chciałbym cię zaprosić na plażę, doszlibyśmy akurat na zachód słońca. - oznajmiłem, trochę nieśmiało, może nawet i smutek był w mym głosie.

Aria
Ku mojemu zdziwieniu, do komnaty wszedł Ikelos. Na szarym pysku miał nieśmiały uśmiech. Zaprosił mnie na plażę, zapewne aby obejrzeć zachód słońca. Właściwie to Red Rose nigdy mnie na coś takiego nie zapraszał, a on już nie żyje więc... Więc raczej nic do stracenia nie mam. Posłałam mu ciepły uśmiech, wstając ze złotego łoża.
- Bardzo chętnie - odparłam.
Podeszłam do basiora, po czym razem wyszliśmy z komnaty. Przechodziliśmy zamkowymi korytarzami. Ah! Aż przypomniało mi się to, jak kiedyś często się w nim gubiłam, tylko żeby dotrzeć do biblioteki i poznać tajniki magii. A teraz? Teraz to znam go jak własną torbę czy komnatę. Westchnęłam z powodu napływu wspomnień. Tyle tu przeżyłam... A niedługo odejdę. Na wszystkich przychodzi czas. Przez te wszystkie lata niestety nikt nie wymyślił żadnego eliksiru nieśmiertelności, a szkoda. W ten sposób oszczędzony zostałby smutek powodowany odejściem kogoś bliskiego, chociaż w przypadku kogoś złego nie byłoby to dobre rozwiązanie.
Byliśmy już daleko od zamkowych murów, a nadal panowała między nami cisza. Standard. Może on się wstydzi tego, że jestem carycą? Że przebywa z kimś o wyższej randze? Postanowiłam zagaić do Ikelosa.
- Jak ci się wiedzie w Wiosce? - zapytałam. - Wymyśliłeś już jakieś nowe eliksiry czy pigułki?

Ikelos
Nie rozumiałem tego, że kiedyś dużo rozmawialiśmy a teraz nie potrafię. Może to przez dzieci? Przez to co się stało? Nie pamiętam, nie wiem, ale kocham ją. Problemem jest tu styl tego kochania, dziwny, niezręczny i chaotyczny. Nie mam na tyle odwagi, by być taki jak Rose. Jestem inny. Ona tu dominuje i może dlatego tak jest? Nie powinno, prawda?
- Zawsze kochałem to miejsce i nic się nie zmieniło. - zaśmiałem się, po czym wadera zadała kolejne pytanie. Hmm, nowe eliksiry? Oj, nie pamiętam kiedy już coś nowego udało mi się wymyślić. Teraz to należy do nowych magów, bowiem nie wolno zabierać innym szansy na wybicie się. Mi kilka przepisów wystarczy, teraz tylko je tworzę i rozdaję potrzebującym.
Powolnym krokiem szliśmy ku wyjściu z zamku, rozmawiając o eliksirach, magii, zaklęciach i innych pierdołach. Kiedyś była magiem, więc było o czym mówić. Ciekawe czy za tym tęskni, chociaż... jeśli tęskniłaby to by się tym zajmowała, prawda? A może nie ma czasu?
- Mógłbym odebrać koszyk? - zapytałem strażnika, nim wyszliśmy. Ten ukłonił się, po czym poszedł po mój pakunek. Coś czułem, że będą plotkować, o ile już tego nie robią, ale... ja nie zamierzam wrócić.
- Przygotowałem wszystko to co lubisz. - uśmiechnąłem się do mojej towarzyszki, a zaraz potem strażnik oddał mi kosz. Teraz spokojnie mogliśmy udać się na plażę. Tym razem postarałem się o to, byśmy nie milczeli. Chciałem, żeby ta ostatnia rozmowa była długa i przyjemna, jak kiedyś... nawet jeśli to tylko pogawędki o kwiatach.
Na miejscu byliśmy o odpowiedniej porze, zachód słońca. Zaprosiłem szarą przyjaciółkę by położyła się w jednym dołku, a ja zająłem się nastrojem. Ma być pięknie, idealnie, bo chcę to wszystko zapamiętać i mieć przed oczami, nim wydam ostatnie tchnienie. Dobra, nie myślmy o tym, teraz najważniejsza jest ta chwila i każda jej sekunda. Z koszyka wyciągnąłem sok i dwie miski, za pomocą telekinezy ustawiłem wszystko i nalałem nam po trochu. Następnie zająłem się mięsem, też miałem do tego miski by nie jeść z piaskiem. Na końcu dwa pojemniczki z płatkami. Wyciągnąłem je i otworzyłem.
- Pamiętasz? - zapytałem, po czym przypomniałem sobie te ruchy, które mi pokazała na jednym z pierwszych spotkań. Tą sztuczkę z kwiatami wiśni i liśćmi. Za pomocą magi powietrza uniosłem moje płatki i powoli zataczałem je w koło, tworząc wir. Po chwili wir był w odcieniach jasnego różu i czerwieni. Na sam koniec uniosłem je do góry i przestałem korzystać z wiatru. Właśnie wtedy na Arię powoli opadały piękne płatki kwiatów i na moje wykopane miejsce.

Aria
Patrzyłam z podziwem na tą sztuczkę z kwiatami. Mimowolnie otworzyłam lekko pysk. To było wprost cudowne! Właściwie to nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz używałam magii powietrza. Odkąd zostałam cesarzową, moje życie stało się rutynowe. Pobudka, śniadanie, rozkazy, rozkazy i rozkazy, kolacja, spoczynek. I tak ciągle. O ile za panowania Red Rose miałam chwilę czasu dla siebie, to teraz muszę wykonywać więcej pracy. Gdy płatki wiśni opadły, a Ikelos ułożył się w piaskowym dołku, westchnęłam. Chciałabym powrócić do starych czasów, znowu być młodą oraz naprawić kilka decyzji, które poważnie wpłynęły na moje życie. No bo właściwie gdybym unikała Red Rose a spędzała więcej czasu z Ikelosem, to być może bylibyśmy razem i mielibyśmy szczenięta, choć... Choć czy właściwie mój były partner jest ojcem Lee, Uriana, Zeconiego, Evangeline, Diany oraz Rosemary? Każde z nich jest szare - niektóre nawet budową podobne są do Ikelosa. Więc czy to coś znaczy? Czy mój przyjaciel tak na prawdę nie jest wujem? Pomyślałam, iż to dobry czas na zwierzenia oraz szczerą rozmowę. Podzielę się z basiorem moimi przypuszczeniami i wspólnie dojdziemy do rozwiązania.
- Dawno tutaj nie byłam. Dziękuje, że mnie tu zaprosiłeś - zaczęłam na spokojnie. - Chciałabym ci się z czegoś zwierzyć... Wiem, że już długo nie pożyjemy, a zależy mi na tym, abyś to usłyszał. Zauważyłeś, że moje potomstwo jest wyłącznie szare, prawda? Nie dało się tego dostrzec za czasów szczenięcych, ale gdy tylko Zeconi podrósł to bardzo skojarzył mi się z tobą; ten sam pysk, uszy, oczy... Pamiętasz tą sytuację z twojej chaty? Myślę, że to, co się tam wydarzyło, dało początek nowym książętom oraz księżniczkom - zakończyłam.
Mój oddech był niespokojny, a serce biło szybciej. Czułam się jak młoda wadera spowiadająca się rodzicom z tego, dlaczego popełniła jakiś błąd. Aczkolwiek nie zamierzałam ukrywać moich poglądów - szczególnie, jeżeli dotyczyły one mojego najlepszego przyjaciela.

Ikelos
Mimo iż to wadera pokazała mi tą sztuczkę, to sama wyglądała jakby widziała ją pierwszy raz. To naprawdę miły widok, zresztą ona zawsze była moim słońcem w pochmurne dni, a serce bolało mnie widząc ją smutną. Czasem zastanawiałem się nad tym, czy nie lepiej byłoby się nigdy nie spotkać? Jej się udało, miała męża, dzieci a ja? Marzyłem tylko o niej, tak bardzo ją kocham, że nie pozwoliłem sobie na inne szczęście. Gdybym to wszystko wiedział, nie pozwoliłbym na to, bowiem doskonale wiem, że to ma sensu. Miłość, której nigdy nie mogłem mieć, nie mogłem pragnąć, a pragnąłem. Mój błąd. Teraz to już nie ma sensu... Zrujnowałem sobie życie, na własne życzenie, jednak głupia nadzieja nie opuszczała mnie ani na chwilę i to dzięki niej nadal tu jestem. Teraz muszę pozwolić jej odejść, chcę tu zostać spędzając ostatnią chwilę w miłym towarzystwie.
Kiedy położyłem się obok wadery, podziękowała mi za zaproszenie, a ja oczywiście uśmiechnąłem się, patrząc na nią tak jak nigdy sobie na to nie pozwoliłem, przynajmniej nigdy przy niej.
- Wiesz, czasem się zastanawiałem nad życiem Red Rose. Dobrze wiemy, że miłował sobie wiele wader, ale dlaczego żadna z nich nie zaszła w ciążę? Ukrywanie się nie miałoby sensu, przecież dzieci cesarza to skarb dla wszystkich. - mówiłem powoli, lekko się stresując, przerywając, rozmyślając nad dalszym ciągiem zdań.
- To czy dzieci są jego czy moje, nie ma znaczenia, bo bardzo je kocham. - zatrzymałem się na chwilę, spoglądając na morze, a następnie na moje łapy.
- Zawsze was kochałem. - powoli uniosłem łeb i spojrzałem na moją towarzyszkę. Mówiłem powoli, spokojnie i jak najbardziej poważnie, może z lekką nutką smutku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nowsze Starsze Home