Trwające wątki

Połowa Arcanterry przepadła wraz z forum. Przepraszamy.
Blog oficjalnie nieczynny ;)

wtorek, 28 lutego 2017

Rue - Czarna owca

Ziewnęłam przeciągle. Ruin, Renn oraz Adriel smacznie sobie drzemali. Polizałam każdego z nich pomiędzy uszami. Futerko na ich skórze troszkę urosło, lecz jeszcze nie dorównywało w długości do mojego. Rozejrzałam się. Itten był zapewne na polowaniu, choć zazwyczaj wyruszał na nie o świcie i wracał w tedy, kiedy ja się budziłam. Aczkolwiek za bardzo nie przejęłam się tym, gdyż wiedziałam, iż ten basior poradzi sobie. W między czasie młode wilki już zdążyły się obudzić.
- Witajcie maluszki - powiedziałam ciepłym głosem.
Dotknęłam pieszczotliwe nosem ich nosków. Zdążyłam już zauważyć, że Adriel ma strasznie jasną sierść. Natomiast Ruin oraz Renn posiadali ciemną. Można by ująć to tak, iż biały basior jest czarną owcą... Choć za bardzo to tutaj nie pasuje. Wstałam, przeciągając się. Dzieci również się podniosły, lecz trochę trudniej im to poszło. Ciągle rosły, a ich krępe nóżki nie dawały jeszcze rady utrzymać odpowiedniej równowagi.
- Co powiecie na krótki spacerek? Może spotkamy tatusia? - zaproponowałam.
Uśmiechnęłam się łagodnie do moich dzieci. Muszę im okazywać dużo miłości aby czuły się kochane. Chcę, żeby miały wspaniałe dzieciństwo i by wychowały się na dobre wilki.

Ruin
Biegałem po leśnej polanie razem z moją kochaną siostrą i bratem, bawiliśmy się w ganianego aż nagle usłyszałem śmiech. Obejrzałem się za siebie i zobaczyłem, że mam króliczy ogonek, jednak nie uznałem tego za coś dziwnego. Bawiłem się dalej, tym razem to ja ganiałem, planowałem złapać Renn jednak zamieniła się w ptaka i odleciała.
Obudziłem się, czując na sobie czyjąś łapę. Bardzo mocno uciskała mnie w brzuszek, więc nie dziwne, że otworzyłem oczy. Od razu dopadłem się do jakiegoś pierwszego lepszego cycka. Mmm, pyszne i cieplutkie mleczko, aż się uszka trzęsą! Nie przerywałbym tego, gdyby nie propozycja mamy. Nie ładnie jest ignorować innych, więc uśmiechnąłem się i zgodziłem się na spacer. Zawsze będzie można się pobawić!

Adriel
Przeciągnąłem się kiedy mam wstała i spojrzałem na nią przekrzywiając łepek. Zawsze uważnie słuchałem tego co mówiła. Tak trzeba było robić, nawet jeżeli mama czasem kazała robić rzeczy, na które nie miało się ochoty... Na przykład spać. Dobrze, trzeba było spać, ale czasami wolałbym się pobawić jeszcze trochę, albo jeszcze coś zjeść... Tylko, że trzeba było słuchać dorosłych. Tata zawsze powtarzał, że dorośli robią różne rzeczy, żeby dzieci były bezpieczne, a te rzeczy czasami się maluchom nie podobają... Takie na przykład zabranianie było niemiłe i czasami zdawało mi się wręcz niesprawiedliwe, ale... to było podobno dlatego, że się o nas martwili. Nie chciałem, żeby mama i tata się martwili. Szczególnie kiedy mama dodawała, że bardzo bolałoby ją serduszko, gdyby komuś z nas stała się krzywda.
Kiedy usłyszałem, że idziemy na spacer ucieszyłem się i podskoczyłem lekko, przez co pacnąłem na tyłek i potrąciłem brata.
- Przepraszam... - pisnąłem i polizałem go po pyszczku.
Basiorek wstał, a ja zamerdałem ogonem zadowolony.
- Pobiegniemy razem do wyjścia? - spytałem i znów opadłem lekko na przednich łapkach wciąż zamiatając ogonkiem tak, że cała pupcia mi się ruszała.

Ruin
Zamierzałem właśnie wstać, kiedy zostałem potrącony przez mojego brata. Pisnąłem lekko, jednak nie miałem mu tego za złe. Tak się zdarza i wiedziałem, że nie zrobił tego celowo, chociażby dlatego, że zaraz mnie przeprosił. Uśmiechnąłem się do niego i odparłem, że chętnie z nim pobiegnę. Nie zamierzałem się ścigać, a po prostu zrobić coś razem, bo i tak będziemy musieli czekać na mamę. Nie wolno było wychodzić samemu, bo jesteśmy jeszcze dziećmi i nie umiemy się sami bronić, a nie chciałbym, żeby mama płakała. Bardzo ją kochałem! To jest najlepsza mama na świecie!
- Mamo? Powiesz kiedy start, żebyśmy mogli pobiec w tym samym czasie? - zapytałem, a ona polizała mnie po główce i zgodziła się.
Na odpowiedni znak, ruszyliśmy ku wyjściu. Biegłem naprawdę szybko, najszybciej jak tylko potrafiłem, żeby móc być na równi z moim braciszkiem. Czasem jak się bawiliśmy to pozwalałem mu wygrać, żeby móc się cieszyć jego zwycięstwem. Nigdy nie było mi z tego powodu smutno, nawet jak przegrywałem, gdy był po prostu lepszy. Czasem tak trzeba.

Adriel
Biegłem łepek w łepek z bratem. Nie chodziło o to, żeby wygrać, żeby być lepszym. Ważne było tylko to, że mogliśmy razem się bawić i, że było przy tym mnóstwo śmiechu. Do wyjścia dotarliśmy więc razem, gdzie cupnęliśmy na pupach lekko zziajani. Zaraz nam przeszło i zaczęliśmy skakać wokół siebie.
- Zachowajcie nieco siły na spacer - zaśmiała się mama.
- Starczy nam sił! - zapewniłem, ale przycupnąłem czekając aż dołączy do nas siostra i mama pozwoli nam wyjść.
Kiedy wyszliśmy ja i Ruin zaczęliśmy węszyć. Zawsze trzeba było dobrze obwąchać wszystko i wiedzieć czy w okolicy nie ma czegoś, co byłoby groźne. Teraz... czasami nieco się bałem. Szczególnie jak przychodziła noc i było tak ciemno, i coś chodziło w krzakach. Kiedyś jednak będziemy wielcy i silni jak tata i będziemy bronić mamy i siostry!
Mama zawołała nas i weszła na ścieżkę, a my ochoczo ruszyliśmy za nią.

Ruin
Kochałem mojego braciszka, zwłaszcza wtedy kiedy się uśmiechał. Ja też się uśmiechałem, a kiedy on płakał to też byłem smutny. Mam nadzieję, że nic się nie zmieni i zawsze tak będzie. Tata dużo opowiadał o tym, że szczęście to kochająca się rodzina i nigdy nie wolno życzyć źle, nikomu. Jak dorosnę to będę tak samo mądry jak tatuś i nigdy nie pozwolę, by coś się komuś stało.
Razem z Adrielem zaczęliśmy węszyć, bowiem trzeba uczyć się różnych rzeczy, a tak jest łatwiej. Ładne kwiatki bardzo miło pachną, a te brzydkie kwiatki czasami nasz oszukują, dlatego warto też patrzeć i zapamiętywać. Zwierzątka też mają zapach, ale jeszcze nie spotkałem takich, które pachną jak mięso przynoszone przez rodziców.
- Ganiasz! - kiedy brat przechodził obok, szturchnąłem go lekko i uciekłem.

Renn
Moi bracia zaczęli się bawić, a ja jak zwykle szłam tuż przy białej nodze mamy. Bałam się odchodzić dalej niż krok od rodzicielki, ponieważ tata nam opowiadał, że w Lesie czai się dużo niebezpieczeństw. Dlatego czasami przestrzegałam Adriela oraz Ruina, aby nie oddalali się za bardzo. Oni oczywiście spełniali moje prośby i nie odbiegali za daleko; zostawali w polu widzenia mamusi. Przytuliłam się jeszcze bardziej do białej wilczycy, po czym popatrzyłam na jej pysk. Ona była taka wysooooka, a ja malutka.
- Mamusiuuu - zaczęłam nieśmiało.
Wadera popatrzyła na mnie z łagodnym uśmiechem, przez co dodała mi trochę otuchy.
- A... Em... Cz-czemu jesteś t-taka wielka? - zapytałam.
Wilczyca zaśmiała się cichutko. Ja nie zauważyłam w tym nic zabawnego, lecz żeby jej nie sprawiać przykrości to również zachichotałam. Nie chciałam, żeby mamusia była smutna; bo jeżeli ona jest niezadowolona, to ja też, i nie jest w tedy przyjemnie.
- Ty też kiedyś urośniesz, skarbie. To działa tak jak u roślinek - najpierw są malutkie i zielone a później wyrastają na piękne, kolorowe kwiaty. Jak dorośniesz to może będziesz nawet większa ode mnie, wiesz? - odparła entuzjastycznie.
Kiwnęłam główką na znak, że rozumiem. Teraz już wszystko jasne! Czyli w przyszłości będę miała ładne, wielobarwne futerko! Jak fajnie! Chciałabym być błękitna, ponieważ to mój ulubiony kolor, chociaż... Każdy kolor jest najpiękniejszy!

Adriel
Rzuciłem się w pogoń za braciszkiem z pełnym zadowolenia szczekiem. Ruin był szybki przebiegł przed mamą, ja niestety nieco się nie wyrobiłem i wleciałem wprost między jej łapy.
- Wybacz mamuś! - szczeknąłem do niej na co uśmiechnęła się i polizała mnie. - Zaraz cię złapię! - zawołałem do brata, który przycupnął na przednich łapakach i machając ogonem, wciąż gotowy do dalszej ucieczki, czekał na mnie.
Ruszyłem do przodu i po chwili udało mi się pachnąc go nosem.
- Ty gonisz! - zaśmiałem się i uciekłem ile siła w łapkach wyrywając się lekko na przód wydeptaną ścieżką.
Śmiejąc się odwróciłem, żeby zobaczyć, że braciszek już prawie mnie ma. Uskoczyłem i to nawet zgrabnie, no przynajmniej przez chwilę, bo wywróciłem się i szorując po wilgotnej ziemi wpadłem w krzaki.

Rue
Gdy Ruin miał już capnąć Adriela, coś nie wyszło i ten drugi wpadł w krzaki. Złapałam szybko w płuca powietrze, wydając przy tym zduszony jęk. Przyspieszyłam kroku, lekko popędzając córkę i już za chwilę byłam przy szczeniaku. Utknął w jakichś cierniach, na szczęście tylko ogonem, aczkolwiek z pewnością straci trochę futra. Adriel miał lekko zaszklone oczy, najwyraźniej kolce wbijały się w jego delikatną dziecięcą skórę. Podeszłam do niego szybko, uważnie oglądając ranę. Młody wilk próbował wyplątać się z krzewu, lecz to tylko pogarszało sytuację. Westchnęłam, po czym próbowałam delikatnie każdy kolec wyplątać z białego futra synka. Uspokajałam go czułymi słowami, a jego rodzeństwo siedziało cierpliwe, obserwując zaistniałą sytuację. Gdy po długim zmaganiach, w końcu udało mi się wyplątać większość niepożądanych kawałków gałązek, Adriel uwolnił się z krzewu, lekko piszcząc. Polizałam go po głowie. Parę szczątków jeszcze zostało na ogonku białego basiora. No trudno. Wyczyszczę to, jak wrócimy.
- Boli cię nadal? - zapytałam troskliwie, przytulając go.

Adriel
- Troszkę... - powiedziałem pochlipując, ale zacisnąłem ząbki i starałem się nie płakać. Mamie będzie przykro... martwiła się. A to ja po prostu za szybko biegłem. To nie była niczyja wina.
Kolce były wstrętne. Musiałem zapamiętać na przyszłość, żeby trzymać się od nich z daleka.
- Moje maleństwo - wyszeptała i polizała mnie znów, a ja wtuliłem się w nią. - Dasz radę iść, skarbie?
- Tak... Dam radę - powiedziałem dzielnie i dreptałem ścieżką tuż przed nią. Ruin szedł tuż obok, zerkając na mnie co chwilkę, gotów mi pomóc jeżeli potrzebowałbym tej pomocy.
- Już dobrze - powiedziałem do niego i nawet się nieco uśmiechnąłem. - I.. przepraszam... Przeze mnie musimy wracać do domu.

Ruin
Strasznie byłem przestraszony, kiedy mój braciszek wpadł w kolce. Nie wyglądało to dobrze, ale na szczęście mama szybko mu pomogła. Ona jest naprawdę cudowna! Kiedy dorosnę to na pewno będę taki dobry jak ona i taki dzielny jak tatuś. Całą sytuację obserwowałem bardzo dokładnie, czasem zamykając oczki, bo to na pewno musiało boleć. Biedny braciszek.
- Wszystko będzie dobrze. - powiedziałem do niego, kiedy mama zajmowała się jego ogonkiem.
Niestety, ale musieliśmy wrócić do domku. Nie chciałem tak szybko wracać, ale bez Adriela zabawa nie miała sensu i mógłby być smutny, że on nie może z nami biegać. Nie chciałem by był smutny, więc uśmiechnąłem się przyjaźnie, by on też się uśmiechnął.
- Pobawimy się kiedy indziej. - odparłem i polizałem go po pyszczku.
- Kocham cię braciszku. - dodałem.

Adriel
- A ja ciebie i to bardzo mocno - stwierdziłem i przystanąłem, żeby wtulić się na chwilkę w brata. - I naprawdę już mi lepiej.
Ruszyliśmy w drogę powrotną. Ta zawsze była jakaś krótsza. To było dziwne i zabawne. Za każdym razem jak gdzieś szliśmy to wydawało się, że to jednak trwało dłużej, a powrót do domu był taki króciutki, nawet jeżeli byliśmy już zmęczeni i szliśmy wolniej. Zapytałem mamę o to, powiedziała, że to najprawdopodobniej przez to, że znamy już tę drogę i wydaje się przez to krótsza.
Szybko dotarliśmy do domu.
- Mamusiu... a moglibyśmy chociaż zostać tutaj, przed domem i jeszcze troszkę się pobawić? - spytałem z nadzieją. Nie chciałem psuć rodzeństwu zabawy tak całkiem...

Rue
Po powrocie do naszej groty nad rzeką, Adriel poprosił o jeszcze jedną chwilę na zabawę. Nie widziałam ku temu żadnej przeszkody. Wiadome było, że szczenięta potrzebują się wyszaleć, bo jak nie to będą psocić w domu. Uśmiechnęłam się życzliwie do synka, twierdząco kiwając głową.
- Tylko nie oddalajcie się za bardzo. Mam was mieć ciągle na oku - nakazałam.
Mój głos nie był srogi czy oschły - wręcz przeciwnie. Brzmiał on spokojnie, jakby to była prośba. Dzieci skinęły pyszczkami na znak, iż przystają na tą propozycję. Pomimo ich młodego wieku ufałam im, dlatego nie musiałam na nie ciągle patrzeć, lecz jednak matczyny instynkt podpowiadał mi obserwację maluchów. Usiadłam przed pieczarą. Itten ciągle nie wracał, co bardzo mnie martwiło. Wiedziałam jednak, że sobie poradzi.

Ruin
Ucieszyłem się bardzo, kiedy mama pozwoliła nam się jeszcze trochę pobawić, jednak smutno mi było, że Adriela boli ogonek. Podbiegłem do braciszka i zapytałem czy nie będzie miał nic przeciwko, bo nie chcę by było mu smutno, ale powiedział, że wszystko dobrze. Utuliłem go do siebie, polizałem i pobiegłem podenerwować Renn. Oczywiście nie chciałem jej zdenerwować, a jedynie troszkę podokuczać by zachęcić ją do zabawy. Nie było to wcale trudne, ugryzłem ją lekko w ogonek i postanowiła się zemścić, więc tak zaczęła się zabawa w ganianego gryzionego. To bardzo fajna gra, tylko czasem zdarza się, że ktoś ugryzie za mocno, jednak jesteśmy wilkami i musimy sobie z czymś takim dawać radę. To dobry krok ku dorosłości! Trzeba być silnym.
Biegłem właśnie w kierunku Adriela, kiedy usłyszałem krzyki taty. Bardzo się przestraszyłem, więc szybko uciekłem do mamy, cały czas piszcząc i podkulając ogonek. Kiedy znalazłem się pod jej łapkami, odwróciłem się i zobaczyłem tatę całego we krwi. To nic takiego, bo często wracał z polowania w takim stanie, ale teraz był bardzo zły... 

Renn
Siedziałam sobie spokojnie, obserwując poruszające się białe obłoczki na niebie. Mamusia mi tłumaczyła, że to są chmurki. Byłam ciekawa tego, jak powstają, więc kiedyś zapytałam o to mamę. Stwierdziła, iż to takie jakieś duże jaszczurki robią dym i on przelatuje przez całą krainę. Bardzo chciałabym spotkać takie stworzenie i nauczyć się od niego robienia takich śmiesznych obłoczków!
W pewnym momencie Ruin podbiegł do mnie, łapiąc za mój niewinny ogonek. Pisnęłam cichutko, spoglądając na brata. Jęzor miał wystawiony, a jego postura wskazywała na to, że chce się bawić. Nie mogłam mu tego odmówić, przecież to rodzina, więc poczęłam biec za nim. Turlaliśmy i śmialiśmy się. Niestety nasze zajęcie przerwał donośny głos tatusia. Był on cały we krwi. Bałam się jej, dlatego razem z Ruinem podbiegliśmy do białej wilczycy, kuląc ogonki. Zamknęłam swoje oczka, po czym przycisnęłam łebek do matczynego futra. Teraz byłam niewidoczna, więc bezpieczna. Załkałam cichutko, bowiem nie lubiłam, kiedy tatuś krzyczał.

Rue
Itten podbiegł do nas cały zakrwawiony, z raną na grzbiecie i piersi. Wpatrywałam się w niego oszołomiona. Basior ciężko dyszał.
- Azbun!... On... Powrócił... U... Uciekajcie... - powiedział.
Samiec upadł na ziemię. Stałam sparaliżowana, a szczeniaki płakały. Nie wiedziałam, czy to sen, czy może prawdziwe zdarzenie. Z daleka usłyszałam szalone krzyki. Wiedziałam, że nie mogę tu zostać. Uroniłam pojedynczą łzę, po czym rozkazałam szczeniakom, aby biegły za mną. Udamy się do Zamku, tam jest dużo straży więc powinno być bezpiecznie. Biegliśmy przed siebie. Majestatyczna budowla, w której mieszkała rodzina cesarska, była dosyć daleko. Nadal słyszałam okrzyki basiora. Kim on był? Co chciał zrobić? Jedno było pewne - nic dobrego.
- Nie uciekniecie mi! - wydarł się.
Ledwo mogłam złapać oddech, szczenięta również. W takim tempie nigdy nie dotrzemy do Zamku, no chyba że... Zatrzymałam się.
- Dzieci! Biegnijcie prosto tą drogą do Zamku, takiej dużej budowli! - nakazałam młodym.
Odwróciłam się w stronę pędzącego, rudego basiora. Gdy mnie ujrzał, zapłonął ogniem. Woda pokonuje ogień, więc miałam minimalne szanse na zwycięstwo. Musiałam ochronić szczenięta - nawet kosztem własnego życia. Próbowałam wytworzyć kulę wody... Cóż, wyszło jak wyszło, była do mała, lewitująca ciecz. Skierowałam nią na Azbuna. Gdy chlusnęła mu pod łapy, ten syknął z bólu. Cofnęłam się parę kroków do tyłu. Wystarczy go spowolnić. Wtem obok wilka utworzyło się parę ogników, które po chwili poczęły lecieć w moją stronę. Pobiegłam w bok, lecz nie uniknęłam trafienia, a płomień poparzył mnie w bok, zostawiając zwęglony ślad na futrze. Jęknęłam z bólu, przewracając się. Azbun od razu to wykorzystał, kierując na mnie kolejne ogniste kule. Pod wpływem bólu nie mogłam się podnieść, co za tym idzie nie mogłam nawet ugasić tego wodą, gdyż spanikowana nie umiałam używać swojego żywiołu. Patrzyłam, jak basior do mnie podchodzi. Na pysku miał wielki uśmiech.
- Cz-czemu?... - wydusiłam.
- Nigdy nie wybaczę mojemu braciszkowi za to, co zrobił - odparł, śmiejąc się.
Wtem coś uderzyło Azbuna w bok. Wróg przeturlał się po ziemi, brudząc przy tym swe futro. Ujrzałam czarnego basiora stojącego nad swym bratem. Itten. Samce poczęły walczyć kłami oraz pazurami. Ja, nie mogąc na to patrzeć, zamknęłam oczy. Moja głowa bezwładnie opadła na ziemię. Gdy odgłosy walki ucichły, poczułam czyjeś ciepło przy boku. Uchyliłam powieki. Wszystko było zamglone.
- Rue... Cieszę się, że cię spotkałem - wydukał Itten.
Następnie nastała głucha cisza. Poczułam, jak moja dusza odłącza się od ciała i wzlatuje ku górze. Po chwili mogłam otworzyć oczy. Obok mnie znajdował się mój partner. Uśmiechnęłam się do niego szeroko, zapominając o wszystkich swych troskach. Razem wzlecieliśmy do góry, do Arcanusa.

Adriel
Nie miałem pojęcia co się dzieje... Żadne z nas nie miało. Tata był cały we krwi, kazał nam uciekać. To było coś złego? Ktoś zrobił mu krzywdę? Dlaczego? Przecież tatuś był taki kochany. Dobry i miły... Biegliśmy z mamą, ale i ona zatrzymała się. Wskazała kierunek kazała nam biec. Zrobiliśmy to... Nawet jeżeli wiedziałem, że i jej może ktoś zrobić krzywdę. Gdybym był większy to bym jej bronił, ale... Teraz musiałem opiekować się rodzeństwem.
- Renn! - zawołałem i podbiegłem do siostrzyczki, która zaniosła się płaczem. - Musisz wstać i musimy biec dalej, tak jak kazała mama - powiedziałem ze strachem spoglądając na ścieżkę za nami.
Moja siostrzyczka potrząsnęła łepkiem. Widać było, że była zmęczona, u kresu sił. Nigdy nie biegliśmy jaszcze tak długo. Ja także czułem ból w płucach, serduszko biło mi strasznie szybko, a łapki drżały, ale musieliśmy uciekać.
- No już... Proszę - szarpnąłem ją za futerko na karku. Wstała i poganina przeze mnie i Ruina wreszcie zaczęła biec.
Wybiegliśmy z lasu i zobaczyliśmy trę wielką budowlę, którą opisała mama. Było już tak bardzo blisko, a ja byłem tak bardzo zmęczony...

Ruin
Biegliśmy najszybciej jak potrafiliśmy, cały czas mając siebie nawzajem na oku. Bardzo się bałem, ale starałem się nie płakać, by nie męczyć się bardziej. Mama zawsze mnie pocieszała, a teraz? Mam nadzieję, że zaraz do nas przyjdzie i wszystko będzie jak dawniej. Bardzo się boję...
W końcu dobiegliśmy do takiej dużej budowli, gdzie spotkaliśmy bardzo miłych panów, którym wszystko powiedzieliśmy. Jeden z nich zabrał nas do komnaty, a drugi pan gdzieś pobiegł mówiąc, "Znajdziemy go." Miałem ochotę się rozpłakać, ale wiedziałem, że musimy być twardzi by dać poczucie bezpieczeństwa siostrze. Tata dużo mówił o tym jakie są wadery i jak powinniśmy się zachować, jednak w głębi duszy... strasznie się bałem. Co teraz z nami będzie? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nowsze Starsze Home