Tak! Nareszcie koniec bełkotu rudej. Wyszłam szybkim krokiem z sali i pokierowałam się na dwór. Od niedawna spodobały mi się spacery po terenach Arcanterry. Praktycznie cały swój wolny czas poświęcałam teraz na przechadzki po lesie. Przekroczyłam biegiem mury i przyspieszyłam tempa. Miałam wrażenie, jakby ma energia się nie kończyła - jakbym mogła ciągle biec, tak bez końca. W końcu zatrzymałam się, słysząc jakieś jęki. Zdenerwował mnie ten fakt. Chciałam mieć spokój, a tu co? Jakieś okropne krzyki! Jak dorwę bydlaka co to robi, to powyrywam mu wszystkie kończyny. Rozejrzałam się. Zauważyłam jakieś przewalone drzewo. Paroma susami zbliżyłam się do niego. W tym samym momencie dostrzegłam jelenia o pięknym, wielkim porożu, który leżał pod kłodą. Urgh! Akurat do tych zwierząt miałam słabość... Wtem ukazał mi się duch tego samego zwierzęcia. Zaczął on niespokojnie tupać racicami o twardą glebę. Westchnęłam. Spróbowałam podnieść drzewo za pomocą telekinezy, lecz było na tyle ciężkie, iż nie unosiło się prawie w ogóle. Jeszcze nie odkryłam własnego żywiołu, więc ta opcja również odpada. Popatrzyłam na zjawę, która ciągle wręcz szalała i skakała wokół mnie.
- Ale co ja mam niby zrobić?! - warknęłam do niej, a ta natychmiast rozpłynęła się.
Prychnęłam coś pod nosem. Postawiłam jeden krok do przodu. Od razu poczułam coś lepkiego pod łapą. Spojrzałam na ziemię. Była tu duża kałuża z krwi zwierzęcia. Chyba nic innego mi nie zostało do zrobienia... Podeszłam do niego i chwyciłam zębami za jego kark. Jeleń szamotał się przez chwilę, lecz w końcu śmierć zakończyła jego cierpienia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz