Trwające wątki

Połowa Arcanterry przepadła wraz z forum. Przepraszamy.
Blog oficjalnie nieczynny ;)

piątek, 24 lutego 2017

Zeconi - Trening siły

Koronacja, tak? Nowy cesarz, tak? O nie, nie pocieszą się nim długo. Brat tego pożałuje w najbardziej bolesny sposób jaki tylko uda mi się wymyślić. Nie po to ciężko pracowałem, nie po to uważałem na tych durnych lekcjach i nie po to słuchałem głupiego druida by teraz nic z tego nie mieć. O nie! Tak być nie może, nie odpuszczę mu tego. Umrze on albo ja! Ewentualnie będzie błagał mnie o litość, a wtedy zgodzę się, skazując go na banicję. Taki kochany braciszek, że nic matce nie powiedział? Dobrze wiemy, że to tron należy się mnie, ja to wiem i on też. Tchórz! To królestwo nie będzie miało przyszłości... jednak ja je uratuję. Nie wiem jeszcze w jaki sposób mógłbym to rozegrać, ale coś wymyślę.
Wybiegłem z komnaty ze złością i pobiegłem na Solitudine, by trochę ochłonąć. Dobra walka czy trening dadzą upust tym emocjom, a wtedy będę w stanie myśleć. Jebać tą całą uroczystość, niech sobie nie myśli, że wygrał. Nie zobaczy mnie tam, a jego życie zamieni się w piekło. Dopilnuję tego!
Wchodząc do koszar szturchnąłem jakiegoś czarnego wilka, bowiem wiedziałem, że treningi są w parach, a mnie szczerze nie obchodziło to z kim będę trenować, byle by był to konkret.
- Trenujesz? Arena walk czy tchórzysz? - zapytałem, wyraźnie sobie kpiąc z wilka i podpuszczając go.

Ingrate
Minęło już trochę czasu, ale ja w gruncie rzeczy nadal żyłem jednym wydarzeniem. Rudy szaleniec nie żyje. Zamordował go mój czarny kolega, Olethros, który teraz już też nie żyje. Tak po prostu. I co? Co mam myśleć? No zabił, zrobił to, ale ja cały czas czułem jakieś takie malutkie dziwne uczucie, że nie wiem, że żałuję, że mnie tam nie było? Czy nie fajnie by było kogoś zamordować? W środku ciemnej, głuchej nocy włamać się do zamku i z zimną krwią, z dumą na pysku zrobić to, pozbawić życia swojego wroga. To brzmi naprawdę dziwnie, ale tak jest. Ah, jak ja dobrze pamiętam ten dzień, w którym się dowiedziałem o tym zabójstwie, kolejne tygodnie minęło w takim wspaniałym, wręcz nie do opisania uczuciu ekscytacji, że co teraz, co się dzieje, może lud się poderwie i ruszymy jak w opowieściach na zamek na resztę rodziny tego śmiecia, a potem nie wiem, zjednoczymy się i sami zaczniemy sobą rządzić... Ach, pamiętam, pamiętam to piękne, ogniste uczucie. A potem? Wiecie co się stało potem? Potem zaczęły się przygotowania do koronacji tego... yhym... spokojnie, bez przekleństw... syna rudego. Tak, cholera, kochany synuś będzie nami rządził. Ekscytacja wygasła, pojawił się gniew palący całe ciało, przez te następne dni chodziłem taki wściekły, później mój gniew trochę ostygł, zmieszał się z rozczarowaniem, i tak, rozrywany na strzępy przez te wszystkie emocje krążyłem po lodowej krainie. Stwierdziłem, że dobrze, że ją mam - mogę siedzieć z dala od cholernego zamku, tępego króla, mogę sobie żyć we względnej samotności, tak jak mi się to podoba, na własnych zasadach, bo wojsko też nie chce specjalnie marznąć i rusza tutaj bardzo rzadko. A żeby jeszcze bardziej rozładować wszystkie te emocje, chodziłem częściej na treningi. Na Solitudine też ciemno, tak, no, powiedzmy samotnie, więc czemu nie? Tego dnia jak zwykle trzeba było znaleźć sobie kogoś do pary, no to snułem się trochę po koszarach, a nagle ktoś znalazł mnie. Proszę, proszę, taki, co to ledwo od ziemi się odbił i cwaniakuje jaki to młody, silny i waleczny. Arena walk czy tchórzysz? Bać się walki z nim? Też mi coś. Prychnąłem pod nosem. Niech on mnie jeszcze tylko nie denerwuje, nie teraz, bo ostatnim czasem jak się wkurzę, to mam ochotę rozwalić łeb! I wiecie co? Dobra. Niech będzie walka. I niech będzie jak najbardziej brutalna. Chcę go widzieć w krwi. Powiadomiłem młodego basiora, że przyjmuję wyzwanie, po czym któryś z wojskowych zaprowadził nas na arenę. Pierwszy atak na niej należał do mnie. Stworzyłem mocny podmuch powietrza i skierowałem go nisko, miał bowiem za zadanie zwalić szarego wilka z łap.

Zeconi
Nim weszliśmy na arenę, ja już leżałem. No ładnie, ładnie, nie sądziłem, że aż tak bardzo pali się do tego by mnie trochę poobijać. Cóż, skoro wiedziałem już jaki mój przeciwnik ma żywioł, postanowiłem pokazać mu swój. Wstałem szybko z ziemi i pobiegłem w jego kierunku rzucając przy tym ostrzami powietrza. Zamierzałem najpierw go trochę poharatać magią, jednak dobrze wiedziałem, że może je odbić, no ale to wymaga koncentracji, więc był zajęty. W czasie kiedy on zajmował się ostrzami, które w kontakcie z jego skórą zostawiłyby bardzo przyjemne blizny, ja zaatakowałem fizycznie. Oszołomiony wilk przez chwilę nie planował kontrataku, więc zdążyłem go pogryźć i rozszarpać trochę skóry. O dziwo, miałem na to wystarczająco siły.
Nagle coś wybuchło, a mi zrobiło się biało przed oczyma, po czym poczułem ugryzienie. Ojć, to nie tak miało być! Warknąłem wściekle i starałem się zaatakować go ponownie. Długo się szamotaliśmy fizycznie, aż w końcu sędzia ogłosił remis... zaraz po tym, obydwaj padliśmy zmęczeni na ziemię. Coś czuję, że spędzę najbliższe dwa dni u medyka, ale to nic. Nie myślałem już o koronacji, a jedynie o tym, by położyć się w ciepłym posłaniu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nowsze Starsze Home