Obudziłam się z niemiłym mrowieniem na karku. Otworzyłam szeroko oczy. Słońce dopiero świtało. Nigdy o tej godzinie nie wstawałam z łoża, ale dzisiaj zrobiłam wyjątek, ponieważ cały grzbiet mnie swędział. Zaczęłam ocierać się o brzeg posłania, ponieważ był wykonany z drewna. Troszkę to ukoiło moje swędzenie, lecz nie na długo. Z każdym drapnięciem przynosiło to sekundową ulgę, aczkolwiek po chwili coraz bardziej stawało się to nieprzyjemne. Zauważyłam Dusu - zjawę, która ukazuje mi się od dzieciństwa. Nazwałam ją tak, ponieważ kiedyś usłyszałam o roślinie widmo noszącej tą samą nazwę. Jeleń chichotał i zaczął naśladować mnie, pocierając zadem o ścianę. Syknęłam na niego, a ten rozpłynął się - norma. To tak, jakbym go straszyła, a on się bał i uciekał. Wstałam i przemogłam się - postanowiłam pójść do medyka. Nie ufałam im do końca, wolałam wujka Ikelosa. Niestety słyszałam, że wczoraj wyruszył na wyprawę i wróci dopiero w Penktę. Podreptałam do drzwi, wzdrygając się. Chciałam jak najszybciej zakończyć te bóle, więc dosłownie pobiegłam do komnaty medycznej. Weszłam do niej, a następnie wskoczyłam na pierwsze legowisko z brzegu. Zaraz po tym podeszła do mnie wadera. Przedstawiła się jako Panama i zapytała, co mi dolega.
- Od rana swędzi mnie grzbiet - odparłam zwięźle.
- Twoja odpowiedź jest bardzo niedokładna... Nie za wiele mogę z niej wywnioskować - stwierdziła.
Zawrzałam z wściekłości. Niedokładna to zaraz będzie ona jak jej w tą pustą bańkę przywalę! Spokój, spokój... Im szybciej jej wytłumaczę dokładnie o co chodzi, to szybciej mnie wyleczy, tak?
- Powiedz mi, gdzie wczoraj przebywałaś? W jakimś lesie, może nad jeziorem? - dopytywała.
A co, ona to moja matka że musi wiedzieć gdzie byłam? Prychnęłam na nią i zaczęłam myśleć.
- Byłam w Lesie, dokładniej w jego zachodniej części - odparłam oschle.
Panama wpatrzyła się w moje futro. Nagle zrobiła taką minę, jakby coś odkryła.
- No oczywiście! Przecież to Zachodni Vermis. Wbijają swoje rurki do ciała zwierząt i pobierają z nich krew. Mogą siedzieć na kimś nawet do końca jego życia - mówiła zachwycona.
- Bla, bla, bla. Nie potrzebna mi jest teoria - po prostu mnie wylecz! - warknęłam zniecierpliwiona.
Medyczka ukłoniła mi się w znaku przeprosin i popędziła do jakiegoś pomieszczenia. Chwilę później wróciła z niego niosąc, za pomocą telekinezy, czarną maść. Nałożyła ją na łapy, po czym nasmarowała cały mój grzbiet. To coś śmierdziało okropnie! Jak lisie łajno. W końcu wadera skończyła smarowanie.
- I co? Będę tak cuchnąć?! - syknęłam wkurzona.
- Tylko przez parę godzin, księżniczko. - podkreśliła ostatnie słowo.
Wstałam z legowiska, po czym wyszłam z sali. Pomyślałam, iż znowu udam się do Lasu. Co jak co, ale teraz nawet żaden owad i nic innego się do mnie nie zbliży!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz