Plaża była dobrym miejscem, żeby nieco odpocząć, a miałem od czego odpoczywać. Obowiązków miałem teraz nawał i… starałem się je wszystkie jakoś ogarnąć. Wstawałem wczesnym rankiem, wszystkiego doglądałem, starałem się jak najmniej rzeczy pozostawiać na barkach druida i innych. Tylko, że czasami zwyczajnie potrzebowałem chwili spokoju. Zwyczajnej chwili robienia niczego, słuchania ciszy i nie myślenia o niczym… Po prostu niczym oprócz tego jak przyjemny był wiaterek mierzwiący mi futro i słońce, którego promienie ogrzewały piasek, na którym leżałem.
Przybyłem tu rankiem, ale obecnie słońce stało już niemal w zenicie. Niby wiedziałem, ze lada chwila pasowałoby wracać, ale.. jakoś nie potrafiłem wstać i zebrać się w drogę powrotną. Mus to jednak mus, prawda? Trzeba było wstać, wrócić do zamku, uspokoić wszystkich, w tym druida, który zaczynał coraz bardziej panikować odkąd Zeconi całkowicie przestał się do mnie odzywać. Wiedziałem, że się martwił, ale to, że nade mną wisiał w niczym mi nie pomagało.
Wstałem i otrząsnąłem się, chcąc pozbyć się piachu, który zdążył osiąść na mojej sierści. Powoli, łapa za łapą, ruszyłem a stronę zamku. Na początku jeszcze plażą, wzdłuż brzegu, chcąc zostać tu jednak jak najdłużej. Moją uwagę przykuła czerwona plama, spora… Wraz z kolejnym powiewem wiatru poczułem i woń krwi. Ruszyłem w tamtym kierunku czujny, nasłuchując każdego szmeru.
Krew nie była świeża, do tego dalsze ślady, kierujące się w głąb lądu, wskazywały na to, że ktoś pospiesznie stąd odbiegł. Przez chwilę miałem odruch by sprawdzić co się stało. Iść po śladach. Miałem jednak świadomość tego, że może to potrwać dość długo, a poza tym druid chyba głowę by mi odgryzł gdyby się dowiedział, ze sobie hasam za czymś co potencjalnie mogło być niebezpieczne. Ruszyłem więc do zamku. Miałem zamiar kazać kilku strażnikom sprawdzić ślad. Mimo wszystko warto było sprawdzić czy to nie znów jakaś banda na kogoś napadła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz