Pierwsze większe, udane polowanie to pamiętna rzeczy. W końcu po coś uczymy się tropić, skradać i zabijać… Podczas polowań ważne było wszystko. Od dobrej oceny sytuacji, szybkości w podejmowanie decyzji, po właściwy oddech, który nie tylko pozwoliłby się skupić i wsłuchiwać, ale nie zdradził by twojej pozycji potencjalnej ofierze.
Lekcje polowania lubiłem szczególnie, może więc dlatego tamten dzień, kiedy wreszcie udało mi się upolować coś większego niż zając, tak bardzo utkwiło mi w pamięci?
Pamiętam, że zaczaiłem się na skraju niedużej polany, na której często pasły się jelenie. Tym razem jednak szczęście mi nie dopisało. Mimo tego, ze zapach było wokół aż nadto zwierząt nie było widać. Przynajmniej tak myślałem do czasu, kiedy krzewy poruszyły się, a na polanę wypadł młody jelonek. Przystanął chwilę, zdyszany, choć nie wyczuwałem od niego strachu. Nie widziałem tez jego matki… Dziwne, ale za razem obiecujące…
Spiąłem mięśnie i skoczyłem. Ledwie chwilę zajęło mi dopadnięcie zwierzęcia, które ogarnięte zabawą nawet nie zdało sobie sprawy z tego co je tak właściwie trafiło.
- Nie! – usłyszałem krzyk i z ledwością uskoczyłem przed wymierzonym mi kopniakiem.
Czyli jednak mamuśka dotarła na miejsce. Widać było, że biegła jakiś czas za małym uciekinierem. Dzieciak zapłacił za nieposłuszeństwo. Trzymając jego stygnące ciało puściłem się biegiem przez las, wprost do zamku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz