Trwające wątki

Połowa Arcanterry przepadła wraz z forum. Przepraszamy.
Blog oficjalnie nieczynny ;)

poniedziałek, 6 marca 2017

Sarissa - Nikt nie zostanie sam

Wieści na zamku rozchodzą się zawsze szybko. Tak to już jest, że wilki, często znudzone, rozmawiają i dzielą się swoimi spostrzeżeniami, szczególnie, jeżeli dotyczą one innych. Tym razem wieść rozeszła się jeszcze szybciej. Okazała się ona bowiem po prostu czymś strasznym. Nie tylko obce wilki przekroczyły granice królestwa, ale dokonały ataku na naszych...
Nie to jednak sprawiło, ze gnałam teraz korytarzem jak burza. Ta wiadomość sama w sobie była straszna, jednak stało się o wiele gorzej... Celem ataku okazała się moja przyjaciółka i jej partner.
- Co z nimi?! - spytałam ledwie wbiegłam do gabinetu medyków.
- Są wycieńczone i wystraszone... Śpią - poinformowała mnie Hera.
- A ich rodzice? - spytałam.
- Niestety... straż nie zdołała dobiec na czas... - usłyszałam i poczułam jak do moich oczu napływają łzy, a serce na chwilę zatrzymuje się w piersi, zdjęte żalem.
Nie... To nie mogło się dziać. Nie z nią. Rue... wilczyca, która jako jedna z pierwszych okazała mi dobre serce, ta sama, którą uważałam za przyjaciółkę... Nie żyła.
- Ciekawe co z nimi teraz będzie - spytał ktoś. Nie wiem nawet kto to był.
- Ja się nimi zajmę - wypaliłam nie myśląc wcale o tym, jakie może mieć to konsekwencje. Nie mogłam być przy białej wilczycy. Nie wiedziałam, że coś jej zagraża, nie mogłam jej pomóc. Im jednak mogłam. Byłam to winna przyjaciółce. Nigdy nie potrafiłabym pozostawić jej szczeniąt samych. Dam radę... Muszę! I nigdy, przenigdy nie dopuszczę, żeby tym maleństwom stała się krzywda. Od tamtego czasu minął już rok...
Ruin
Obudziłem się rankiem i rozejrzałem się po komnacie. Rodzeństwo jeszcze spało, tak samo jak Sarissa. Znowu mi się śniło tamte wydarzenie, nie mogłem przestać o tym myśleć. Może lepiej jak pójdę się przejść? Cóż, zawsze pomagało trochę świeżego powietrza, jednak nic mi nie pomoże z tym co czuję. Jestem zagubiony, mimo iż wiem co robić. Wykonywać obowiązki, chodzić do szkoły i nie sprawiać problemów czarnej waderze. Starałem się mówić do mniej "mamo", jednak to nie prawda i nigdy ona jej nie zastąpi. Jest po prostu ciocią i mam nadzieję, że nie przeszkadzamy jej w życiu.
Wychodząc, potrąciłem coś, co spowodowało, że czarna wadera się obudziła. Spojrzałem na nią, a ona na mnie. Nie wiem czy wie, ale pewnie domyśla się, że często znikam o świcie lub wieczorami.
- Przepraszam, że cię obudziłem. Muszę się przejść. - oznajmiłem, a mój ton głosu był taki jak zawsze. Bezuczuciowy.
Sarissa
- Dobrze... - powiedziałam i uśmiechnęłam się ciepło do Ruina. - Tylko uważaj na siebie i wróć na śniadanie - dodałam.
Basior skinął i wyszedł. Ja zaś ułożyłam się spoglądając jeszcze w miejsce, w którym zniknął. Czułam się w takich chwilach zwyczajnie słaba. Starałam się być dla wilczków wszystkim tym, czego potrzebowali. Poświęcałam im tyle czasu i uwagi ile tylko mogłam, a swoje obowiązki wykonywałam jak najszybciej, choć nigdy jeszcze nie zapomniałam o dokładności. Wiedziałam jednak, że nie daję rady... Nigdy nie będę w stanie zastąpić im rodziców, których utracili. Nie będę też w stanie wymazać z ich pamięci tego co się stało. Wiedziałam aż za dobrze, że to wciąż w nich siedziało. Nie tylko w nich. Mnie także nie raz nawiedzał w snach długi korytarz, przez który biegłam jak na złamanie karku, słyszałam w nim płacz i czułam strach. Bałam się, że nie dobiegnę na czas i trzem maluchom stanie się jednak krzywda, że i one podzielą los mojej zmarłej przyjaciółki.
Zamknęłam mocno oczy i westchnęłam. Nie było czasu na smutek i złe wspomnienia. Nawet jeżeli szczeniaki miały już rok i bliżej im było do dorosłego życia niż bym tego chciała, wciąż byłam za nie odpowiedzialna. Musiałam być dalej silna, choćby po to, żeby oni nie musieli.
Ruin
Ciocia była naprawdę dobrym wilkiem i bardzo dziwiłem się, że nikogo nie ma, z nikim się nie spotyka... no może jest ktoś. Wujek Soovimatu również był bardzo dobry dla nas i dla Sarissy, ale nie wyglądało żeby coś planowali. Zachowywali się jak normalni przyjaciele. On był nowy i zagubiony, a ciocia mu tylko pomagała.
Wyszedłem z komnaty i udałem się do ogrodów, patrząc w cudowne gwieździste niebo. Ciemność wokół, a ja nie czułem strachu. Nie zależy mi na niczym, a to czy umrę nie jest mym zmartwieniem. Wiele wilków martwiło się, nie chciało umierać, bali się. To nie dla mnie, nic nie jest dla mnie i czasem chciałbym odejść i nie martwić się już niczym, po prostu nie myśleć, nie śnić, nie pragnąć, nie tęsknić... Boli mnie to wszystko. Życie jest niesprawiedliwe. W tym momencie się rozpłakałem. Wiem, mówiłem, że tego nie robię, bo nie robię jeśli jestem z nimi. Nikt nie powinien wiedzieć, więc czasem uciekam by dać upust swoim emocjom.
Renn
Ciche skrzypnięcie drzwi od razu postawiło mnie na nogi. Podniosłam czarny pysk, rozglądając się. Oczy miałam jeszcze lekko zlepione. Mlasnęłam parę razy, po czym ziewnęłam. Spojrzałam na Sarissę, naszą zastępczą matkę. Była ponoć przyjaciółką mojej prawdziwej rodzicielki, Rue. Tęskniłam za nią. W pamięci ciągle miałam widok nas uciekających. Nie chciałam od niej odchodzić... Ale brat mnie w końcu zaciągnął do ucieczki. Musiała cierpieć, broniąc nas. Przymknęłam oczy. Parę łez wypłynęło spod mych powiek. Czemu mama i tata musieli zginąć?... Dlaczego to nie mogłam być ja? Spojrzałam z bólem w oczach na naszą opiekunkę. Gorzkie łzy przestały kapać na moje łoże. Trzeba żyć przyszłością oraz teraźniejszością, nie przeszłością. Nie zmienię tego, co się już wydarzyło, ale mogę ukształtować to, co się dopiero zadzieje.
- M-mamo... - zaczęłam powoli. - Czemu spotkał nas taki los? Dlaczego nie mogliśmy być szczęśliwą rodziną?
Pociągnęłam kilka razy nosem. Czułam, że oczy mnie lekko piekły od płaczu, a na polikach miałam ślady po spływających po pysku łzach.
Sarissa
Wstałam i podeszłam bliżej Renn, żeby ją przytulić. Ułożyłam się tuż obok niej tak, by mogła wtulić się we mnie. Robiłam to kiedy byli mali, gdy mieli koszmary, gdy pragnęli w panice przytulić się do czegokolwiek co było choć odrobinę ciepłe i żywe.
- Nie płacz, kochanie - poprosiłam cicho i polizałam ją po policzku. - Wiem, że wam ciężko... To co was spotkało było złe i straszne, ale wasi rodzice zrobili to, co zrobili, abyście wy mogli żyć. Dali wam przyszłość. Dzięki nim jesteście tutaj, żyjecie i macie przed sobą całe to życie. Nie zwrócę wam rodziny, którą straciliście... Choćbym nie wiem jak się starała nie potrafię tego zrobić... Wiem jednak, że póki wasze serduszka biją macie przed sobą przyszłość i to taką, jaką sobie tylko wymarzycie. Któregoś dnia każde z was założy spokojną, szczęśliwą rodzinę. Zobaczysz... Wszystko będzie dobrze...
Wadera zadrżała i pociągnęła nosem, ale zaraz mocniej wtuliła pysk w moje futro i nieco się uspokoiła.
- Jeszcze wcześnie, postaraj się choć chwilkę zdrzemnąć - poradziłam lekko ocierając się pyskiem o jej kark.
Leżałam tak, tuląc ją i wsłuchując się w jej uspokajający się oddech. Jej serduszko wciąż rwało się co i rusz, ale było już i tak wyraźnie spokojniejsze. Ile ja bym dała, żeby wymazać z ich pamięci tamtą straszną chwilę lub przynajmniej im ulżyć. Serce mi się krajało w takich chwilach i miałam ochotę usiąść i płakać razem z nimi, ale wiedziałam, ze to nic nie da... Leżałam więc, gładząc ostrożnie futerko Renn i mrucząc cicho starą kołysankę. Wiedziałam, że było to nieco absurdalne, w końcu dzieciaki nie były już malutkimi szczeniętami,a le robiłam to mimowolnie, chcąc chyba uspokoić bardziej siebie, niż ich.
Adriel
Leżałem, nie spałem, choć moje oczy były zamknięte, a oddech pozornie spokojny. Nasłuchiwałem jak Ruin wychodzi, jak Renn się budzi... Słuchałem tego, co mówiła nasza zastępcza mama. Jej słowa zawsze dodawały mi otuchy. Wiedziałem, że rodzice zrobili to, żeby nas chronić. Dali nam nie jedno życie, a dwa i naszym obowiązkiem było to uszanować... Tylko, że... To było tak strasznie trudne. Szczególnie w dni takie jak ten. Od lat szczenięcych byliśmy silnie ze sobą związani. Kiedy jednak rodziców zabrakło staliśmy się sobie jeszcze bliżsi. Zawsze trzymaliśmy się razem, we trójkę, bojąc się spuścić się wzajemnie z oczu. Nie potrafiłem zliczyć ile razu budziłem się w środku nocy kiedy nie czułem przy sobie brata lub siostry, rozglądałem się wtedy zdjęty paniką, bojąc się, że i ich los mi zabrał. Ta więź sprawiała, że kiedy jedno z nas odczuwało strach, było przygnębione, reszta łapała to od razu, całkowicie podświadomie. Jedno z nas miało koszmar, reszta z miejsce śniła coś strasznego. Wystarczył przyśpieszony oddech jednego z nas, zbyt gwałtowne uderzenie serca, a w reszcie od razu budził się niepokój. Tym razem nie było inaczej. To, co wygoniło Ruina z pokoju opadło także na Renn i na mnie.
Czasami współczułem przez to cioci... kochała nas, martwiła się o nas i robiła co w jej mocy, tylko, że to było za mało... Każde z nas to wiedziało. Starałem się jej pomagać, pocieszać rodzeństwo, odrywać je jakoś od ponurych myśli. Nie wiem czy mi to w jakimkolwiek stopniu wychodziło, ale się starałem. Wiem, że oni także. Nie chcieli, żeby czarna wadera się martwiła i każdy próbował znaleźć na to swoje lekarstwo.
Wstałem i ziewnąłem.
- Pójdę poszukać Ruina - wyszeptałem tak, żeby nie zbudzić Renn, która znów zapadła w niespokojny sen. Czarna skinęła tylko i uśmiechnęła się ciepło. Jej uśmiech, choć zmęczony był pokrzepiający.
Wyszedłem cichutko z komnaty i skierowałem się do ogrodu.
- Hej braciszku... - przywitałem czarnego basiora i usiadłem blisko niego. Widziałem jak odwraca pysk, nie chciał, żebym go teraz widział. - Słońce lada chwila wstanie... Szkoda, bo ładnie widać dziś gwiazdy - zagaiłem. Nie maiłem zamiaru poruszać tematu rodziców czy tego, że płakał. Rozdrapywanie ran nie było niczym dobrym. Trzeba było żyć chwila obecną i spoglądać w przyszłość.
Ruin
Nie potrafię się odnaleźć. Nie wiem nic, czuję się bezradnie. Nie czuję potrzeby ciągnięcia tego dalej, jednak jest coś co zawsze nie pozwala mi tego zakończyć. Oni. Renn i Adriel. Po prostu kiedy chcę, to nie mogę. Tak jakby coś niszczyło moją telekinezę... Co ja mam robić? Komu powiedzieć? Kto mi pomoże? Nie umiem otworzyć się przed ciocią czy wujkiem, przed nikim. Udaję... całe życie, mimo iż się nie uśmiecham to jednak udaję. Taki silny? Taki wyjątkowy? Nie prawda, słabeusz. Zwykły normalny tchórz, który nie da rady odebrać sobie życia. Chcę być z mamą i tatą.
Kiedy przyszedł brat, odwróciłem się szybko i otarłem łzy łapą. Wiem, że wie, jednak nigdy o to nie pyta. Rozumie, bo jemu też jej ciężko. Dobrze wie, że płaczę zawsze, gdy wychodzę z pokoju, kiedy Renn jeszcze śpi. Sam by tak robił, byle by nie pokazać siostrze swej słabości. To wadera, a one przeżywają więcej. Mają bardzo dobrze rozwinięte emocje, więc skoro ja tak cierpię to nawet nie chcę wiedzieć jak ona to znosi.
- Masz rację, jednak każda pora jest wyjątkowo piękna. - oznajmiłem spokojnie, poprawiając łapą mokry pyszczek by w końcu móc usiąść normalnie i nie odwracać wzroku.
- Co dziś na śniadanie? - zapytałem, by nie ciągnąć myśli dalej i nie dołować nikogo więcej.
Adriel
Uśmiechnąłem się do brata i lekko szturchnąłem go w kark nosem.
- Chodź, zobaczymy co mają dobrego - stwierdziłem i wstałem.
Ruin ruszył za mną odrobinkę już chociaż spokojniejszy. Wiedziałem, że dzisiejszego dnia będzie chodził wyjątkowo zamyślony dlatego miałem zamiar być przy nim i może jakoś zająć mu czas na tyle, żeby nie miał za wiele czasu na zadręczanie się. Myślenie o tym, co było nie przynosiło niestety nic dobrego. Takie grzebanie w ranach, które niedawno jeszcze ziały, otwarte i jątrzące się tylko bardziej ans raniło. Nie, żebym umiał się przed tym bronić tak całkowicie, ale... starałem się. Za siebie i za nich.
- Może zapytamy mamę czy zabierze nas do lasu? Pomożemy jej zbierać zioła... Co ty na to? - spytałem. - Renn też powinno to dobrze zrobić. Ostatnio sporo siedzi w pokoju... - dodałem jeszcze.
Ruin
Razem z bratem udaliśmy się na śniadanie i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że postanowił nazwać Sarissę mamą. Może on potrafi, ale jak tak można! To nie jest nasza mama i nigdy nią nie będzie. Jak on może o niej zapominać?
- Mógłbyś przestać tak na nią mówić. - oznajmiłem obojętnie, bowiem mój ton głosu nie często ukazywał jakiekolwiek emocje. Po co? Ty wymagało większego wkładu energii, której nie mam i nie chce mieć. Czekam jedynie na dzień, kiedy odejdzie ode mnie całkowicie.
Chciałbym żyć jak dawniej, z mamą i tatą. Ciekawe czy przeprowadzilibyśmy się do zamku czy nadal mieszkalibyśmy w lesie. Właśnie, w lesie... znowu jego głupia propozycja. Naprawdę? Jeśli myśli, że Renn będzie chciała oglądać miejsce śmierci rodziców to jest w błędzie. Ona potrzebuje zapomnieć, a nie co chwila przypominać sobie o tym wydarzeniu. Jak dorośnie to będzie mogła sobie wychodzić na takie spacery, teraz lepiej niech siedzi w ogrodach i ogląda kwiaty, albo niech robi cokolwiek, byleby było to coś miłego.
Adriel
Spojrzałem na brata. Wiedziałem o co mu chodzi, widać to było to tym jak się spiął, mimowolnie, nawet jeżeli nie zdawał sobie s tego sprawy.
- Gdybym ja przygarnął szczenięta chciałbym, żeby choć po części traktowały mnie jak swojego rodzica. Szczególnie, gdybym starał się tak, jak stara się Sarissa. Wiem, że ona nie jest naszą prawdziwą mamą, ty to wiesz i ona także. To, że nigdy naszej mamy nie zastąpi, też jest oczywiste. Ale nie znaczy to wcale, że nie opiekuje się nami tak, jak powinna to robić matka. Być może zrezygnowała z posiadania własnych dzieci, żeby zająć się nami, nie wiemy tego i ona nigdy nam tego nie powie, ale należy jej się od nas chociaż tyle.
Zdawałem sobie sprawę z tego, że sytuacja nie była łatwa, ale trzeba było odsunąć to wszystko co było złe. Zastąpić te tragiczne wspomnienie takimi dobrymi, które dawałyby nam nadzieję. Nie miałem pojęcia jak tego dokonać, ale jakoś musiałem. Po prostu musiałem dalej żyć i sprawić, żeby żyło i moje rodzeństwo. Mówiąc życie nie miałem też na myśli wegetacji, która jedyne co by oferowała to przetrwanie kolejnego dnia. Nasi rodzice nie chcieliby, żebyśmy byli nieszczęśliwi i wiedziałem, że gdzieś tam są, spoglądają na nas sprzed oblicza Arcanusa i nie chciałem dalej ich martwić, dalej sprawiać im ból.
- Musimy jakoś pozbyć się przeszłości... Inaczej w niej zostaniemy na zawsze - stwierdziłem szczerze mówiąc chyba sam do siebie. Tak an głos, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że tak trzeba i to możliwe.
Ruin
Jak zwykle Adriel postanowił wymądrzać się, że to, że tamto i jak powinniśmy się zachowywać. No tak, bo przecież pan biały wie wszystko najlepiej i wie co każdy czuje. Zresztą, co mnie to obchodzi!? Nic. Może i byłem wdzięczny czarnej waderze, że poświęciła swoje życie dla nas i się starała, ale czy nie lepiej byłoby gdybyśmy odeszli razem z rodzicami? Dla mnie na pewno byłoby lepiej. Po co oni w ogólnie mnie stworzyli... żebym teraz cierpiał? Nigdy im tego nie wybaczę...
- Oj przestań. - odparłem ze znudzeniem. Naprawdę, nie miałem ochoty słuchać jego paplania w tym momencie. Zjedzmy coś, wróćmy do zajęć i po sprawie. To chyba nie jest trudne, nie mówić, prawda?
- Lepiej powiedz mi co dzisiaj mamy do zrobienia. - oznajmiłem obojętnie. Tak, nigdy tego nie wiedziałem, bo w sumie to nie często rozmawiałem z ciocią, ale on powinien wiedzieć czego by oczekiwała lub co zrobić by było miło, chociażby posprzątać komnatę. On zawsze coś tam robił.
Adriel
- Z tego co wiem Morocco miał mieć dla niej zioła. Moglibyśmy iść do niego i o nie zapytać - stwierdziłem.
Starałem się zawsze słuchać dokładnie tego co mówili inni. Sarissa nie nakładała na nas nigdy tak naprawdę obowiązków. Jedyne co musieliśmy robić to zjeść pojeść, umyć się, kłaść się spać o w miarę wczesnej porze i może czasami poodkładać miśki czy inne swoje rzeczy. Nie kazała nam nigdy gruntownie niczego sprzątać, pomagać sobie... Mimo to słuchałem co jest do zrobienia, rozglądałem się i starałem się, żeby było zrobione. W końcu należała jej się pomoc za to, co dla nas robiła. Skoro ona mogła rzucić wszystko, kiedy któremuś z nas była potrzebna chwila jej uwagi, to i my mogliśmy poświęcić swój czas na pomoc w jej obowiązkach, choćby taką małą.
Ruin skinął bez entuzjazmu, jak to miał w zwyczaju i szybko dokończyliśmy posiłek. Następnie skierowaliśmy swoje kroki do niedużego magazynu tuż przy bramie. Zawsze ktoś tam siedział, bo wilki z wioski często zostawiały tam rzeczy dla mieszkańców zamku, kiedy się spieszyły. Zielarze często zostawiali tak pakunki dla Sarissy.
- Witam - rzuciłem z uśmiechem wchodząc do środka.
- A witajcie, witajcie, maluchy - przywitał nas stary basior. - Dobrze się składa, bo mam coś dla waszej mamy. Gdzie ja to... - mamrotał do siebie wilk rozglądając się i mrużąc przy tym oczy. - A tak, mam! - zawołał i ułożył przed nami dwie torby wypchane roślinami. Znałem ich zapachy z oczywistych względów, ale nie miałem pojęcia co jest co... Może fajnie byłoby się co nie co dowiedzieć?
Ruin
No cóż, skoro muszę to zrobię, prawda? Niech brat ma trochę z życia, bo doskonale wiem, że lubi spędzać ze mną czas. Praca, praca... nie za bardzo mi się chce. Sarissa na pewno się ucieszy jak zwykle, bo czy są jakieś dni, kiedy nie jest uśmiechnięta? A może ona udaje? To bardzo prawdopodobne, bowiem straciła przyjaciółkę, jednak ma nas. Zastanawiam się czy jest zła, że jej znajoma ją zostawiła dla jakiegoś samca i jeszcze postanowiła zaszyć się w lesie. Gorzej jak ciotka mamę odwiedzała, a ja nic z tego nie pamiętam. Ehh, to nie mój interes. Lepiej zajmijmy się obowiązkami by mieć to jak najszybciej z głowy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nowsze Starsze Home