Trwające wątki

Połowa Arcanterry przepadła wraz z forum. Przepraszamy.
Blog oficjalnie nieczynny ;)

sobota, 25 marca 2017

Viviann - Wycieczka pełna pomyłek

W Arcanterze byłam już tydzień. Przestałam być sensacją, poznałam kilka wilków i zamek. Okazało się, że nie znano tutaj pisma i moje książki były czymś naprawdę niezwykłym, ja za to musiałam się uczyć obsługi tych dziwnych kamieni. Przyznam szczerze, ze były ciekawe. Jak z resztą wiele rzeczy tutaj.
Z Urianem... szło mi chyba dobrze. Przynajmniej taką miałam nadzieję. Zawsze był uprzejmy, choć nigdy jakiś szczególnie wylewny. Sporo rozmawialiśmy. Zapragnął nawet nauczyć się pisać co mnie osobiście ucieszyło. Interesujące było uczyć kogoś czytać. Czułam, że się zrozumiemy... nawet mimo lekkiego dystansu, który niewątpliwie był między nami. Zastanawiałam się tylko czy... coś więcej. Może to i było dziwne, szczególnie w sytuacji, w jakiej się znalazłam, ale chciałam po prostu się zakochać i być kochana... Zdawałam sobie jednak sprawę z tego, ze ciężko komuś takiemu jak ja liczyć na coś więcej niż po prostu wzajemną tolerancję i uprzejmość. Dopiero teraz zaczęłam się zastanawiać czy moje siostry kochały swoich mężów? Niby wyglądały na zadowolone, ale... czy były szczęśliwe?
Zamek nieco mi się znudził... Znałam już chyba każdy zakątek. Chciałam zobaczyć coś więcej. Moją uwagę przykuła grupka wilków. Okazało się, ze to młodziki, które wybierały się na wycieczkę z przewodnikiem. Gizelle i reszta zajęci byli swoimi sprawami. Wiedzieli, że nic mi tu nie grozi. Byłam więc sama i... zdecydowałam się dołączyć do wycieczki. Przecież w grupie nic mi się nie stanie. Skoro dzieciaki mogły iść i czuły się bezpiecznie to chyba wszystko będzie, dobrze? Powiedziałam tylko strażnikowi, żeby powiadomił cesarza, że wybrałam się na małe zwiedzanie i pospiesznie dołączyłam do wyruszającej grupy.
Szłam rozglądając się i słuchając tego co miał do powiedzenia przewodnik. Szliśmy przez naprawdę piękny las. Nawet nie wiem kiedy się zagapiłam. Rozejrzałam się dookoła, ale nikogo nie było.
Serce zaczęło walić mi jak młotem. Przecież nie mogli odejść daleko, prawda?
Puściłam się biegiem jedną ze ścieżek, ale chyba wybrałam złą drogę, bo wbiegłam głębiej w las, a po grupie i przewodniku nie było śladu. Co ja narobiłam?! Nigdy nie byłam sama w lesie...
Wtem coś warknęło tuż za mną. Odwróciłam się i krzyknęłam w przestrachu, bo zbliżał się do mnie niedźwiedź, a ja? Ja nie potrafiłam się ruszyć sparaliżowana strachem.
Zeconi
Tym razem padło na las, w sumie to idąc z granicy do terenów wojskowych trzeba było się gdzieś zatrzymać, prawda? Nie mam zamiaru się śpieszyć, bo co ja niby mam ze sobą zrobić? Tego jeszcze nie wiedziałem, a złość coraz bardziej zamieniała się w obojętność. Niedługo wyjdzie na to, że stanę się jakimś ponurakiem i jeszcze przyznam Urianowi rację. Nie, tak być nie może. Niech sobie nasz kochany władca nie myśli, że się przed nim ukłonię. Co to, to nie.
Właśnie zamierzałem sobie coś upolować, kiedy usłyszałem jakiś krzyk. Jeden, a potem nic. Pewnie znowu jakaś głupia wadera ubrudziła sobie futerko i ryczy gdzieś. Jednak zaraz po krzyku do uszu dobiegł ryk niedźwiedzia. Emm, może jednak powinienem tam pobiec? Zobaczyć co się dzieje, zwłaszcza, że to na pewno wadera, a nie samiec. Basiora to miałbym gdzieś, dobra, biegnę!
Niedźwiedź machnął łapą, chcąc właśnie uderzyć drobniutką waderkę, która no cóż... pewnie już by się nie obudziła. Zareagowałem szybko i rzuciłem w jego łapę ostrzem, rozcinając nieco poduszeczkę. Co jak co, ale to serio boli. Misiek zdenerwował się jeszcze bardziej, jednak widać było, że no... boli. Podszedłem do samicy i stanąłem przed nią, warcząc na miśka.
- Zgoda? - spojrzałem w jego oczy, po czym dodałem, że wataha nigdy nie jest sama. Zaraz się zleci więcej wilków i nie da sobie rady.
Nie jestem głupi by walczyć z niedźwiedziem, zwłaszcza, że nie zamierzam go zjeść. Co jak co, ale drapieżników się nie je, prawda? Misiek pomyślał trochę, po czym orzekł, że przeprasza i poszedł. W sumie to jaki miał cel? Serio chciał jej coś zrobić? Może to ona go zdenerwowała? Myślałem, że Urian dogadał się z drapieżnikami w Arcanterze jakie zasady ich obowiązują... widocznie nie do końca się tym zajął.
- A ty nie masz co robić tylko zaczepiać mieszkańców? - odwróciłem się do wadery i zapytałem, oczywiście czepiając się jej.
Nie oczekiwałem odpowiedzi, więc od razu postanowiłem wrócić do swoich zajęć, a mianowicie polowania. Zając czy bażant powinien mi wystarczyć, czyż nie?
Viviann
Oczy piekły mnie niemiłosiernie, a całe ciało drżało. Dlaczego ten niedźwiedź mnie zaatakował? Przeszkodziłam mu w czymś? Wtedy zerknęłam na ślady krwi w pobliżu. Ta krew nie należała do niedźwiedzia... Czyli co nie co się wyjaśniło... chociaż tyle. Nie zmieniało to jednak faktu, że stał przede mną ten sam młody basior, który chciał mnie zaatakować kiedy tu przybyłam. Powinnam się bać? Pewnie tak... i bałam się, ale... wilk tym razem nie był zły. No może odrobinę, ale nie było w nim tej wściekłości, a do tego przecież mi pomógł.
- P-przepraszam... - jęknęłam. - Nie chciałam nikogo niepokoić.
Basior ruszył, a ja wstałam i na chwiejnych nogach ruszyłam za nim. Dlaczego? Cóż... nie miałam za bardzo innej możliwości, bo bardziej niż tego, że go zezłoszczę bałam się zostać tu znów sama. Serca waliło mi tak, że miałam wrażenie, że zaraz tu zemdleję. W co ja się wpakowałam?
- W-wybacz mi... ale... J-Ja się chyba z-zgubiłam - stwierdziłam kiedy spojrzał na mnie niechętnie. - Naprawdę nie chcę ci robić problemu, ale gdybyś mógł mi wskazać drogę do zamku... Albo do jakiegoś miejsca gdzie pokierują mnie dalej... - spojrzałam na niego z nadzieją.
Zeconi
No proszę, proszę, proszę. Teraz to mi pomóż, a wcześniej to niby taka twarda, tak? Bez swoich obrońców jest nikim, jednak z drugiej strony czy ona mi się czasem nie przyda? Skoro wcześniej miała tylu pomocników, to mogę ją gdzieś zamknąć i wypuścić dopiero jak brat odda mi władzę. To całkiem dobry pomysł. Czy ja mam gdzieś moje sznury? Chociaż na pewno nasza królewna będzie walczyć, co wyda się naprawdę słodkie... hmm. Dobra, najpierw dowiem się czy się opłaca, bo jak nie to się tylko narobię. Równie dobrze mogą być kupcami czy coś.
- Przypomnij mi kim jesteś? - zapytałem, spoglądając na nią. Niby coś tam mówiła na początku, ale wyleciało mi to z głowy. Jedyne czego się nie da zapomnieć to jej uroku, bo co jak co, ale jest prześliczna. Kurde, dawno nie widziałem Shae... ciekawe co u niej. Czekaj, czekaj, czy ja tęsknię? Nie no, to przecież tylko wadera. Dobra, nie tylko... biała jest naprawdę wyjątkowa. Mam nadzieję, że wszystko się ułoży i wkrótce się zobaczymy. A może zaprowadzić tą niewiastę do zamku i przy okazji skoczyć do mej lubej? Nie, to by było marnotrawstwo. Ani trochę się to nie opłaca. Zamknę ją w jakieś grocie i zaszantażuję brata. Tak, to jest to.
Viviann
- Królewna Viviann ze Smoczej Watahy - powiedziałam choć coś mi mówiło, że nie powinnam mu zdradzać prawdy o sobie. Zignorowałam jednak to ostrzeżenie. Nie zamierzałam kłamać, nigdy tego nie robiłam.
Teraz mogłam przyjrzeć się bliżej wilkowi. Nie miałam pojęcia czy nazywać go wybawcą czy zagrożeniem... Był w każdym bądź razie niewiele starszy ode mnie... Może rok? Był jednak o wiele bardziej zahartowany. Widać w nim było siłę, pewność i grację, której mnie brakowało od zawsze. Byłam zawsze tym najsłabszym szczenięciem, drobna, chorowita i chorobliwie wręcz nieśmiała. Nie potrafiłam z niczym poradzić sobie sama. A on? On żył tutaj... w lasach lub wręcz na pustkowiach. Żył i miał się dobrze nawet jeżeli jego futro nosiło ślady podróży, a oczy były przenikliwe i czujne.
- Więc... pomożesz mi..? Proszę... - powiedziałam.
Zeconi
No proszę, królewna i to taka chyba prawdziwa, prawda? W końcu żadna wadera w Arcanterze nie śmiałaby tak o sobie mówić, bowiem me siostry są troszkę o coś takiego zazdrosne. Księżniczkami były i będą, tego się raczej nie zmieni. A więc skoro Viviann jest królewną, to oznacza to tylko jedno, bowiem po co miałaby tu przyjść? Młoda wadera bz żadnego stażu i umiejętności. Wesele, niedługo się szykuje, prawda? Co jak co, ale to nawet głupiec by wiedział i rozkminił. Chyba jednak coś im przeszkodzi w tym szczęściu... tylko czekaj, trzeba to przeanalizować. Jeśli porwę przyszłą żonę brata i w zamian za nią zażądam władzy to wszystko nie trzyma się kupy. Na co im wtedy ta królewna jak nie będzie cesarza, a wątpię by chcieli mi ją ofiarować. Nie, coś tu jest nie tak. Chyba mój plan właśnie poszedł w diabły. Ehh. A gdybym ja się z nią ożenił? Nie, to też bezsensowne, bo Urian weźmie byle kogo i zrobi z niej cesarzową. Nie musi mieć odpowiedniej krwi, a można to wywnioskować z tego, że moja matka to nikt ważny. Zwykła szara wilczyca z wiochy.
- Królewna, powiadasz? - zapytałem z wrednym uśmieszkiem. Jeszcze nie wiedziałem co z nią zrobić, ale Urian musi cierpieć. Może tak, zabić ją?
- No wiesz, tak się składa, że się tam nie wybieram. - uśmiechnąłem się słodko i spojrzałem na nią, przekrzywiając lekko łeb. Co jak co, ale ładna z niej będzie żona. Szkoda by było, gdyby coś jej się stało, prawda?
Viviann
Basior uśmiechnął się jakoś dziwnie... Do tego zbliżył się krok w moją stronę, a ja... zamarłam. Miałam złe przeczucia, naprawdę złe. Mimo to kiedy odwrócił się i ruszył na przód ruszyłam za nim. Co innego miałam zrobić? I tak nie dałabym rady mu uciec... Z każdym kolejnym krokiem prosiłam wszystkie znane mi bóstwa aby wszystko dobrze się ułożyło, żebym wyszła wreszcie z tego lasu, cała i zdrowa...
Nie miałam pojęcia dokąd idziemy... Byłam całkowicie zdana na niego.
- P-przepraszam... - powiedziałam żeby zwrócić na siebie uwagę mojego przewodnika. - Czy... powiesz mi chociaż jak mam się do ciebie zwracać?
Zeconi
Wadera mimo wszystko postanowiła za mną iść, co mnie dziwiło. No kurde, powiedziałem, że nie idę do zamku a ta za mną lezie. Mniejsza, może się odczepi, albo jednak ją porwę? Nie wiem. Zastanawiając się nad tym czy mi się ona w ogóle opłaca, czy jednak jest nic nie warta, wadera odezwała się i to bardzo grzeczny sposób. Odwróciłem się do niej i widząc, że naprawdę się boi zrobiło mi się jej szkoda. Biedna, zagubiona i do tego bardzo słodka. Uśmiechnąłem się ponownie, czego ostatnio prawie w ogóle nie robiłem. Róbmy tak dalej, a narobię sobie zapas szczęścia na najbliższy rok.
- Zeconi. - oznajmiłem stanowczo. Podawanie jej mojego przydomku mogłoby być błędem. Nakablowałaby jeszcze Urianowi jaki to jego brat jest zły, nie dobry, że potraktował ją tak a nie inaczej i jeszcze jej strażnicy chcieliby się zemścić czy coś.
Patrząc na nią dłużej, naprawdę zacząłem rozmyślać o tym czy jej czasem nie odprowadzić albo czy nie poszukać jakiegoś strażnika, który zrobiłby to za mnie. Co jak co, ale ja się w zamku nie pojawię, nie ma takiej opcji. Fakt, jest to własność Uriana, ale no z drugiej strony to też rozumna istota i chyba własne zdanie posiada, prawda? W dodatku wadera, no kurde... nie mógł by to być basior? Dawno by się odczepił, a tu proszę... chyba się szykuje mała przeszkoda w drodze do koszar. No nie wiem, nie wiem...
Zastanawiałem się przez dłuższą chwilę, a ona milczała oczekując na... w sumie to nie wiem na co, ale też się nie odzywała. Stała i obserwowała mnie tymi swoimi jasnymi oczętami, wyglądając przy tym bardzo ślicznie. Taka no, królewna i to nie tylko pod względem statusu społecznego. Kurwa! Będę tego żałować.
- Dobra, chodźmy. Zaprowadzę cię tak byś potem sama doszła do zamku. - oznajmiłem przewracając oczyma, po czym ruszyłem w kierunku twierdzy. Głupia słabość do płci pięknej! No co ja poradzę, no? Jestem tylko samcem...
Viviann
- Dziękuję! - zawołałam z entuzjazmem, być może zbyt wielkim, ale... moje złe przeczucia jakoś odpłynęły.
Strach odpuścił. Może zostało mi sporo niepewności i wyrzucałam sobie głupotę, ale... w Zeconim było coś, co sprawiało, że ogarnęło mnie poczucie bezpieczeństwa. Było to naprawdę dezorientujące, szczególnie, że przyszło nagle. Coś w nim się jednak zmieniło... rozluźnił się, spojrzał na mnie tak, że byłam pewna, że mnie nie skrzywdzi... Przynajmniej tak to czułam i miałam nadzieję, że się nie mylę.
Szłam za nim krok w krok, starając się tym razem nie zgubić, nie rozglądać na boki i nie rozpraszać. Nie wiem dlaczego ostatnio skupienie się na czymkolwiek sprawiało mi taki kłopot. Zazwyczaj było mi z tym o wile łatwiej. może to dlatego, ze to miejsce było dla mnie takie nowe? A może wreszcie miałam odrobinę swobody? Nawet chyba zbyt wielką odrobinę, bo jak widać skorzystałam z niej w najgorszy możliwy sposób. w każdym razie w rodzinnym zamku zawsze ktoś przy mnie był, zawsze ktoś mnie pilnował. W gruncie rzeczy niemal nie opuszczałam budowli... Teraz wszystko się pozmieniało.
Miałam sporo pytań... chciałam wiedzieć dlaczego Zeconi jest tu sam, dlaczego tak się wcześniej zezłościł... Chciałam, żeby coś mi o sobie opowiedział. Chyba pierwszy raz byłam kogoś aż tak ciekawa... Nie wiedziałam tylko czy powinnam zarzucać go pytaniami... Tylko, że tak ciężko było mi się powstrzymać.
- Zeconi... Czy ja... Czy mogłabym zadać ci kilka pytań? - spytałam spoglądając na niego bacznie i próbując wybadać czy się czasami nie złości z powodu mojej ciekawości. - Chciałabym nieco więcej się o tobie dowiedzieć... Jeśli oczywiście pozwolisz.
Zeconi
Spokojnym i wolnym krokiem szliśmy w kierunku zamku. Czemu tak? No cóż, wadera co jakiś czas rozglądała się obserwując wszystko dookoła, a ja nie chciałem jej w tym przerywać, zwłaszcza, że tak słodko starała się skupić i mnie nie zgubić. Szczerze? Bawiło mnie to, w taki pozytywny sposób. Ehh, dawno się tak nie czułem. Zawsze miałem słabość to takich wader, jednak to oczywiste. Basior potrzebuje kogoś kogo będzie mógł bronić, dla kogo będzie bohaterem. Czy ja właśnie stałem się kimś takim dla niej? W sumie to uratowałem ją przed niedźwiedziem, prawda? A teraz jeszcze prowadzę do zamku... właśnie, do zamku. Nasze drogi się rozejdą a ja znowu wrócę do swych zajęć. Ehh, niech to się już skończy. Chcę mieć wszystko z głowy.
- Daj waderze łapę, a odgryzie ci nogę. - zaśmiałem się, jednocześnie powodując, że wadera zamilkła, rozmyślając o tym co właśnie się stało. Przynajmniej tak wyglądała.
- A pytaj skarbie, jednak nie licz, że odpowiem na wszystko. - dodałem po chwili. W sumie to sam byłem ciekaw tego co tam sobie wymyśliła i o czym myśli. Kilka pytań? To nie bierze się znikąd. Myślała nad tym dłużej, prawda?
Viviann
Odetchnęłam z ulgą, bo pierwsza reakcja Zeconiego lekko mnie zaniepokoiła. Okazało się jednak, ze wszystko było w porządku. To dobrze.
- Więc... - zaczęłam. - wybacz wścibstwo, ale... chciałabym wiedzieć dlaczego jesteś tu sam. Nie masz rodziny?
Może i było to nieco zbyt osobiste, ale jakoś nie umiałam sobie wyobrazić, że ktoś od tak chciał być sam. Samo to wydawało mi się nierealne i przygnębiające. Ja nie umiałabym nie mieć nikogo przy sobie, nie mieć się do kogo odezwać, komu wyżalić czy w kogo wtulić kiedy było mi źle lub się czegoś panicznie bałam. Szczególnie jednak rzucało mi się w oczy to, że basior był młody... przystojny, co nie trudno było zauważyć i nie był ponurakiem, po którym można by się było spodziewać chęci izolacji.
- I jeszcze... odkąd wtedy widziałam cię po raz pierwszy zastanawiam się.... dlaczego byłeś taki zły - dodałam jeszcze. - Jeżeli to przeze mnie... Jeśli coś zrobiłam to naprawdę jeszcze raz przepraszam. Byłabym też wdzięczna gdybyś mi powiedział co takiego zrobiłam niewłaściwie... Nie chcę znów tego powtórzyć.
Szłam powoli, wyczekując jego odpowiedzi.
Zeconi
Słuchając jej pytań nie trudno było się nie zaśmiać, bowiem to jej całe przejęcie tą sprawią i w ogóle. Już dawno o ty zapomniałem, a tu proszę, gnębiło ją to najwidoczniej i spać nie dawało. Oh, czy to nie słodkie? Mała wpadka, a ileż to myśli wywołała. Co mam jej niby powiedzieć? Cześć, jestem bratem twojego przyszłego męża, którego nienawidzę i planuję go zabić, tak? W sumie to nie takie głupie, bo można było dodać coś jeszcze w stylu, że byłaby moją żoną a niego jego i to właśnie z tego powodu się złoszczę. Całkiem niezły tekst na podryw, czyż nie? Oj pewien jestem, że by jej się gorąco zrobiło, słysząc coś takiego, a jednocześnie znowu zrobiłaby jakąś słodką, niezręczną minkę.
- Uuu, widzę, że się nie cackasz. - zaśmiałem się, po czym głośno komentowałem to, czy jej powiedzieć czy nie powiedzieć. No może jednak? Nie, na co jej to wiedzieć, prawda? Ehh, że też dałem się w to wpakować.
- Załóżmy, że trochę się z rodziną pokłóciłem. Zdarza się, prawda? A co do drugiej sprawy, to można to połączyć. - uśmiechnąłem się zwycięsko, bowiem możliwe, że nic z tego nie zrozumie, a odpowiedź została udzielona. No i prawidłowo.
- W sumie to wypadałoby przeprosić za tamto zachowanie, ale zrobię to następnym razem. - puściłem jej oczko. Przy okazji postanowiłem też o coś spytać, skoro już tak sobie rozmawiamy. Też będzie grubo, skoro ona tak wyruszyła jak z kopyta, to czemu ja nie miałbym?
- Zaproszenie na ślub to dostanę, czy może nie jestem mile widziany? - zaśmiałem się. No cóż, czego można się po mnie spodziewać jak nie jakiegoś żartu, prawda? One to lubią. Poczucie humoru to podstawa, szkoda jedynie, że ona jest taka sztywna. Widać, że się nie rozluźniła, ale to słodkie.
Viviann
Cóż... Musiałam przyznać, że nie rozumiałam jego odpowiedzi. To, że pokłócił się z rodziną było jasne... no dobrze, wilki się kłócą. Ciężko mi było zaakceptować taki stan rzeczy, bo uważałam, że rodzina powinna trzymać się razem. W końcu kto ci pomoże, jeżeli nie najbliżsi? Mimo to rozumiałam to. Nie wiedziałam tylko co to miało do naszego pierwszego spotkania i tego, że tak nagle zmienił mu się humor. Czyżby ktoś z jego rodziny był kimś kogo znam? A może po prostu miał zły nastrój i wybuchł od tak? Ciężko było stwierdzić.
Wtem Zeconi zapytał o zaproszenie na ślub. Zaskoczyło mnie to, choć fakt, nie trudno było się domyślić dlaczego jestem w Arcanterze, a do tego plotki pewnie już rozeszły się po całej krainie.
- Ja... nie wiem - stwierdziłam. - To znaczy, nie chodzi o to, że nie chciałabym cię zaprosić, bo wręcz przeciwnie. Zwyczajnie... nie wiadomo czy do jakiegokolwiek ślubu dojdzie - oznajmiłam szczerze, na co wilk przystanął i rzucił mi zaciekawione spojrzenie.
Nie wiedziałam czy powinnam mu o tym wszystkim mówić, skoro jednak już zaczęłam to nieładnie byłoby przerwać.
- Chodzi o to, że... mój przyjazd raczej nie był pomysłem cesarze... Podejrzewam, że moja babcia się w to wmieszała i tak troszkę nie miał wyjścia innego niż mnie przyjąć. Moja babcia jest uparta i obiecała sobie, że póki żyje pomoże nam, mnie i mojemu rodzeństwu, poukładać życie. Tak więc znalazła mojemu bratu żonę. Miłą, dobrą i z szanowanej rodziny panującej w sąsiadującej watasze. Moje siostry także poswatała z książętami, którzy byli według niej ich godni. A dla mnie wymyśliła sobie cesarza... I to nie tak, że nie lubię Uriana, ale... póki co stanęło na tym, że powinniśmy lepiej się poznać.
Zeconi
W sumie to bardzo możliwe, że z tego związku nic nie będzie. Ojciec w końcu wziął sobie jakąś nic nie wartą waderkę z wioski, więc Uriana też nie zmuszą do małżeństwa. Chociaż biorąc pod uwagę to jak się płaszczy i spełnia zachcianki wszystkich wokół to możliwe, że i na to da się namówić. O Arcanusie, co z niego za oferma życiowa. Nawet druid musi mu waderę znaleźć, bo sam się zabrać za to nie potrafi. Naprawdę? Wybrali kogoś takiego na cesarza? Toż to żenujące! Po mnie to chociażby się można szczeniąt spodziewać i to jakiej ilości. Każda by chciała mieć ze mną dziecko, a im więcej cesarskiej krwi tym lepiej, prawda? Jak on się dorobi chociaż jednego to już sukces, gorzej jak mały zdechnie. I po tronie, prawda? Ehh, co on by beze mnie zrobił. Ja już o to zadbam, by przyszłych władców nie zabrakło.
- Cały Urian. Taki z niego basior, że sam sobie cesarzowej znaleźć nie potrafi. - zaśmiałem się, bowiem serio... to jest żałosne. Ha!
- Poza tym, nawet jeśli by się to udało, to nie ma opcji, że będę to oglądać. - dodałem z uśmiechem. O tak, niech sobie cudowny cesarz nie myśli, że zamierzam oglądać jego cudowny pysk. Wystarczy, że ma pod sobą całe królestwo, ja w tej żenadzie nie zamierzam uczestniczyć.
- Szkoda będzie patrzeć na to jak taka cudowna wadera marnuje sobie życie przy kimś takim. Oh, serce by mi chyba pękło, a tego nie chcemy, prawda? - wytłumaczyłem, widząc, że nie za bardzo rozumie o co chodzi.
Viviann
- Znasz Uriana? - było bardziej stwierdzenie, niż pytanie. W końcu Zeconi mówił o nim tak, jakby go bardzo dobrze znał.
Zaczęłam nieco... kojarzyć. Basior znał cesarza, wspomniałam o nim przy naszym pierwszym spotkaniu...
- Czy Urian jest tą rodziną, z którą się pokłóciłeś? - spytałam ostrożnie. Nie doczekałam się odpowiedzi. Wilk tylko warknął coś niezbyt zadowolony.
Dobrze, nie chciał o tym rozmawiać, nie ma kłopotu. Szanowałam to. W każdym razie Gizelle coś tam wspominała o rodzeństwie Uriana, o tym, ze pokłócił się z bratem, że zamek aż huczał od plotek. Nie interesowało mnie to. Nie lubiłam plotek, szczególnie, że większość z nich było wyssanych z palca, podkoloryzowanych lub wyolbrzymionych tak, ze byle sprzeczka stawała się otwartą wojną. Wychodziłam także z założenia, że jeżeli ktoś będzie miał ochotę coś mi powiedzieć o sobie, to to zrobi. Na co mi były opinie innych?
Szliśmy jeszcze chwilę, dość długą, jednak tym razem marsz okazał się nawet przyjemny. Zeconi zerkał na mnie, nie gonił, choć zdecydowanie mógł narzucić dużo większe tempo. Był silny i znał ten las. Poruszał się tu cicho i z gracją, której mnie zdecydowanie brakowało ledwie postawiłam łapy na czymś co nie było równiutką, wypolerowaną kamienną posadzką przykrytą co najwyżej jakimś dywanem.
Tak czy owak doszliśmy na skraj lasu, a spomiędzy drzew przywitała mnie sylwetka dobrze znanej budowli. Zamek! Wystarczyło przejść kawałek traktem i będę na miejscu.
- Dziękuję! - zawołałam i lekko doskoczyłam do Zeconiego.
Basior uśmiechnął się do mnie czarująco, na co serce zabiło mi odrobinę mocniej. Naprawdę przyjemnie patrzyło się na niego spokojniejszego, bez gniewu w oczach był taki czarujący.
- Co do... następnego razu - zaczęłam, bo dobrze pamiętałam, że niejako obiecał mi wtedy przeprosiny - to z miłą chęcią. I obiecuję, że nie będę już wtedy przeszkadzać jedzącym niedźwiedziom... No i będę się starała nie zgubić - uśmiech się i zanim zdarzyłam pomyśleć co robię, lekko polizałam basiora po policzku.
- J-jeszcze raz dziękuję - rzuciłam szybko i speszona własnym zachowaniem ruszyłam niemal biegiem w stronę murów kamiennej budowli.
Zeconi
Spacer z tą waderą był bardzo przyjemny, a najlepsze jest to, że w końcu się uśmiechnąłem i zapomniałem. Nie wiem dlaczego, ale przeszły mnie myśli, że muszę iść do zamku porozmawiać z Urianem. Co dziwnego, porozmawiać... tak jak kiedyś. W prawdzie denerwował mnie zawsze, kiedy starałem się jakieś waderze zaimponować, ale poza tym był całkiem spoko. Te nasze zabawy, przepychanki i powietrzne żarty. Czy mi tego nie brakuje? A może jednak brakuje?
Spojrzałem na szczęśliwą królewnę, która pożegnała się i pędem ruszyła w stronę zamku. Westchnąłem tylko i przez chwilę jeszcze ją obserwowałem. No cóż, to koniec i wątpię w to, że kiedyś się spotkamy. Nie wierzę, że zniósłbym to, ona jest Uriana, a mnie szlak trafia jak sobie to przypomnę. No cóż, śliczna jest i naprawdę szkoda. Coś mi się wydaje, że przez nią pogodzenie się będzie znacznie trudniejsze, bowiem pociąga mnie niesamowicie.
Pokiwałem głową, wyrzucając z siebie te myśli i ruszyłem w stronę koszar. Pora na wojsko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nowsze Starsze Home