Rozglądnęłam się po terenach Zamku. Grupka wilków przesiadywał a w ogrodach z czegoś się śmiejąc. Do Zamku wkroczył jakiś wilk. Od strony południowej przybyła para. Jeden wilk wyszedł z Zamku z torbą zbierając po drodze zioła. Patrzyłam na ten tętniący życiem teren i raz po raz zadawałam sobie pytanie czy chcę ich bronić. Czy nie lepiej zaszyć się w pracowni rzemieślniczej i nie wyściubiać z niej nosa. Czy lepiej być niewidoczną czy być wysoko postawioną? W tych dwóch opcjach kryło się pragnienie zachowania wiary mych przodków. Postawiłam pierwsze zdecydowane kroki ku budowli i stanęłam. Basior, którego szukałam był, o dziwo, w ogrodach. Cóż to? Zwolniony ze służby? Skręciłam w bok i potruchtałam w jego stronę. Zmroziło mnie kiedy zobaczyłam, że dołączył do wesołej grupki, atoli nie przerywałam biegu i w końcu dotarłam do niej. Parę wilków zlustrowało mnie od góry do dołu. No tak... Przerwałam im zabawę.
- Waćpan Vortex, czyż nie tak? - zwróciłam się do niego. On spojrzawszy po zebranych, skinął łbem.
- Możliwością byłoby... Mogłabym bronić obywateli ziem Arcanterry do wojska się zaciągając?
- Vortex spojrzał na mnie wzrokiem tęskniącym za rozumem.
- Chodzi ci o...? Tak, tak. Masz to stanowisko. - powiedział i zaraz zagadał innych wilków. Odeszłam nie wiedząc co o tym myśleć. Chociaż... Dał mi jakąś posadę w wojsku. Zawróciłam i dopytałam się. Powiedział mi, że jestem kapralem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz