- Brion! - zaśmiałam się do szarego wilczka. Był młodszy ode mnie o niemal rok, ale mimo to był jednym z moich najlepszych przyjaciół. Uwielbiałam jego wiecznie uśmiechnięty pyszczek i to, że zawsze potrafił mnie rozweselić.
- Wszyscy mówią, że odchodzisz... Czy to prawda? - spytał wyraźnie zmartwiony.
- Tak... - przyznałam.
- A... na długo?
- Ja... nie wiem jeszcze. To możliwe - oznajmiłam.
- Czyli to prawda... zamierzają cię wydać za mąż - stwierdził smutno.
- Nie bądź smutny... Jeszcze nic nie wiadomo. Poza tym wszyscy dobrze mówią o cesarzu Arcanterry, nawet moja babcia powiedziała, że władza wyszła mu na zdrowie, że zmienił się na lepsze, a ona rzadko kiedy kogokolwiek chwali.
[b]- Tak... Ona jest straszna. - stwierdził i zadrżał.
- Nie mów tak, troszczy się tylko... nietypowo to okazuje - wyjaśniłam. Nie miałam pojęcia dlaczego wszyscy tak się bali mojej babci. Była kochana, ciepła... tylko czasami warczała, a do tego była uparta, ale wystarczyło jej po prostu nie denerwować i wszystko było dobrze.
- Będę do ciebie pisał - stwierdził Brion pewnie, na co szerzej się uśmiechnęłam i obiecałam, że będę robić to samo.
Kilka kolejnych dni byłam bardzo niespokojna. Bałam się zwyczajnie, szczególnie, że naprawdę moje rzeczy pakowano co tylko pokazywało mi nieuchronność tego co miało się stać. Niby mama powtarzała wciąż, że do niczego mnie nie zmuszą, że jeżeli będzie mi w jakikolwiek sposób źle, to mogę wrócić, ale... Dla mnie nie wydawało się to wcale takie łatwe. Tak czy owak, dzień mojej podróży nadszedł, a ja ze łzami w oczach żegnałam się ze wszystkimi. Mnóstwo wilków przyszło pożyczyć mi powodzenia. Kilkoro zaoferowało, że choćby mieli wybrać się pod sam zamek cesarza to mi pomogą, jeżeli będę tej pomocy potrzebować. Wystarczyło, że dam im znać. Byli przesłodcy.
W końcu trzeba było ruszyć w drogę. Wraz ze mną wyruszyła Gizelle, która nie tylko była służką mojej rodziny, ale przede wszystkim moją przyjaciółką, oraz siedmiu strażników. Wszyscy mieli ze mną już zostać. Sami z resztą, jak twierdzili, nie wyobrażali sobie by było inaczej.
Droga okazała się o wiele dłuższa niż myślałam i była... koszmarna. Nigdy tak daleko się nie wybrałam. W ogóle rzadko opuszczałam zamek... Dziwne, bo Xav twierdził, że dojdziemy do Arcanterry przed czasem. Tak też się stało i wkrótce zakomunikowano mi, że właśnie przekroczyliśmy granicę.
- Tu się chwilę zostaniemy - oznajmił Xav podchodząc do mnie. - Do zamku dotrzemy jutro późnym wieczorem jeżeli wszystko dobrze pójdzie.
- Dobrze... - uśmiechnęłam się do niego, ale nie było mi do śmiechu. Z każdym krokiem coraz bardziej się bałam. Nie wiedziałam czego... Raz chciałam wracać jak najszybciej, zaraz jednak bałam się, że wszystkich zawiodę jeżeli cesarz jednak mnie nie zechce... Nie wiedziałam też jaki on jest... Wiele pytań, odpowiedzi wcale.
Usłyszałam gardłowe warknięcie. Uniosłam się zaniepokojona. Zwróciłam też uwagę na to, na co spoglądali moi strażnicy. Był to wilk... Basior, młody.
- Em... witam... - przywitałam się. Mój głos drżał lekko, choć starałam się, żeby było inaczej. Był to przecież pierwszy mieszkaniec Arcanterry i pasowało wywrzeć dobre wrażenie, choć dyplomata był ze mnie, jak z koziego tyłka instrument grający.
Zeconi
Zatrzymałem się gdzieś przy granicy Arcanterry na pustych terenach, zarośniętych trawą. Nikogo tu nie było, jednak od czasu do czasu widać było spacerujących strażników. Zrobiłem sobie małe gniazdko przy drzewie, które opadło na ziemię, wyrywając kawałek terenu, tak, że widać było korzenie. Wykopałem jakąś dziurę, bym mógł zostawić tam mój niewielki pakunek i jedzenie. W dodatku było nawet trochę miejsca dla mnie, także bardzo przyjemne mieszkanko.Byłem na zewnątrz i trenowałem właśnie swój żywioł, a dokładniej umiejętność utworzenia tornada. Dobrze mi szło i jakiś miały wietrzyk powstawał, ale nie satysfakcjonowało mnie to. Chcę być tak potężny, by huragan osiągał ogromne prędkości, by wyrwał drzewa z korzeniami, by garnął wszystko co stanie na jego drodze. Co to jest cztery metry! Nic. Tym to ja najwyżej trawnik będę mógł kosić, a nie pozbywać się drewna.
Nagle dostrzegłem grupkę wilków, dość sporą jak dla mnie. Właśnie przekroczyli moje tereny i widać było, że zatrzymują się tutaj na noc. Cóż, sam nie dam im rady, więc chyba lepiej będzie jak zostawię to spokoju i wrócę do swoich obowiązków i zajęć. Tak też zrobiłem i zająłem się trenowaniem ostrzy, nawet nie zauważając kiedy tajemnicze wilki do mnie podeszły. Kurde! Powinienem być bardziej uważny. Wrr...
- Witajcie w naszym królestwie. Co was tutaj sprowadza? - zapytałem z uśmiechem. Wiadomo, trzeba zagrać miłego i uprzejmego, zwłaszcza przy takiej grupie. Może wzięli mnie za strażnika czy coś? Mniejsza.
Viviann
Wzięłam głęboki wdech. Czyli wilk naprawdę był stąd... Był jakimś strażnikiem? Łowcą? Jak miałam to rozpoznać? Nie miałam pojęcia jakie tu panowały zwyczaje. Co jeżeli coś źle zrobię i obcy się zezłości? Albo gorzej... co jeżeli strzelę jakąś gafę przy cesarzu? Zaczynałam czuć narastającą panikę. Zawsze taka byłam. Kiedy stawiało się przede mną sytuację, w której nie miałam pewności co zrobić, truchlałam i wszelkie składne myśli odpływały sobie w siną dal.Vi... weź się w garść - zganiłam się w duchu.
- Ja... jestem Viviann En'Satahriel... córka króla Argusa ze Smoczej Watahy... - wyrecytowałam. Tak się robi... znaczy, przeważnie tak robiłam przy szlachcicach z innych watah. - Przybyliśmy tutaj, ponieważ muszę spotkać się z cesarzem. Chcieliśmy się tutaj zatrzymać... Jeżeli oczywiście możemy. I... Czy zdradzisz mi swoje imię?
Nie wiedziałam czy powinnam pytać o to ostatnie, ale tak chyba będzie lepiej, prawda? Wiedzieć jak się do niego zwracać. Wilki w końcu przywiązywały sporą uwagę do imion. Do tego uprzejmość wymagała aby dowiedzieć się z kim się rozmawia.
Zeconi
O tak, oczywiście, że z cesarzem, bo po cóż to inne wilki miałaby tu przychodzić, prawda? Na pewno nie po to by rozmawiać z takim nic nie wartym wilkiem jak ja. Szlag by to trafił! Niech dadzą mi spokój, wszyscy! Nic nie powiedziałem, jednak widać było, że jestem zdenerwowany, chociażby dzięki temu, iż wokół mnie zaczął zbierać się wiatr. Jej strażnicy pomyśleli sobie, że chcę jej zrobić krzywdę i od razu dobili mnie do gleby. Kurwa! Szlag by to wszystko wziął. Miałem być spokojny, ale ostatnio to mnie szlag jasny trafia, jak tylko pomyślę o tym pierdolonym cesarzu. Niech zdechnie, skurwysyn!- Puszczaj mnie! - warknąłem na strażnika, który trzymał kły na mym gardle i zaciskał mocniej, gdy tylko się ruszyłem. Kurwa, kurwa, kurwa! Ja pierdole.
Viviann
Nie miałem pojęcia co się działo. Ten obcy wilk nagle zjeżył się, a wokół zerwał się wiatr. Był zły... było to widać i nie tylko ja to dostrzegłem. Gizelle stanęła tuż obok mnie, lekko mnie za sobą chowając, a moi strażnicy rzucili się w stronę młodego basiora chcąc zapobiec atakowi na mnie. Tylko dlaczego on miałby mnie atakować? Przecież nie miał szans na obrabowanie mnie... nie sam. Nie miałam pojęcia też dlaczego mógł chcieć mnie skrzywdzić. Przecież nie znałam go, a do tego wataha mojego ojca zawsze utrzymywała dobre stosunki z Arcanterrą i rządzącymi tutaj wilkami.- D-dość! - zawołałam nie mogąc już dłużej znieść niepewności i tego co się wokół mnie działo. - P-puścicie go...
- Panienko... - zaczął Xav, ale przerwałam mu.
- Puśćcie go... proszę - powtórzyłam.
Moi obrońcy bardzo niechętnie pozwolili się wyrwać basiorowi. Widziałam jak wstaje, jak omiata wszystko i wszystkich złym wzrokiem, pełnym złości. Tak, bałam się go. Bałam się tej nienawiści, jaka z niego promieniowała, ale byłam jej też ciekawa w najgłupszy z możliwych sposobów. Przecież nic nie bierze się znikąd, prawda? Każdy ma jakieś powody, które nim kierują.
- Jeżeli jakoś cię uraziliśmy... ja uraziłam, to przepraszam - powiedziałam do niego. Nie wiedziałam jak mogłabym go uspokoić. - Chodźmy dalej... - zwróciłam się do swoich ludzi.
Tak, było już późno, a ja byłam zmęczona, głodna i do tego teraz nieźle wystraszona, ale musiałam opanować drżenie. Nie mogliśmy tu zostać. Lepiej będzie nie niepokoić dalej obcego.
Zeconi
Wadera rozkazała swym strażnikom mnie puścić, co mogło oznaczać, że jest wysoko postanowiona. Zresztą skoro zmierza do Uriana to logiczne, że z czymś większym niżeli informacjami. Nie interesuje mnie to, niech ich wszystkich harpie rozszarpią! Pierdolona władza.Zmierzyłem wszystkich wzrokiem, po czym wysłuchałem wadery i bez słowa odszedłem. Muszę nieco bardziej uważać, ale jak, skoro mnie to wszystko tak strasznie denerwuje?! Poćwiczę jeszcze trochę, odpocznę i będę się zbierał. W sumie to mam ten medalion od wujka, ale jednak wolę korzystać z łap. Zawsze to jakiś trening mięśni, a rozleniwić się nie zamierzałem. Muszę być twardy, silny i niezwyciężony, a kiedy to osiągnę... zjawię się w zamku. Odda mi władzę, albo zginie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz